Londyn jak z książki kucharskiej: Ottolenghi

Ottolenghi poświęcam oddzielny wpis, bo jest to dla mnie miejsce szczególne. Może będę brzmiała jak egzaltowana nastolatka, może jak akwizytor. Z góry przepraszam, ale to są po prostu emocje. 

Zawsze kiedy ktokolwiek pyta mnie, kto jest moim kuchennym guru odpowiadam, że on. Yotam Ottolenghi. Jego kuchnia, która jest zderzeniem nowoczesnego, zdrowego ale przystępnego podejścia do gotowania z silnymi wpływami kuchni blisko – wschodniej. To kuchnia w której główną rolę pełnią warzywa, choć mięso też się zdarza, ale dużo rzadziej. Łączą się więc one w ciekawe konstelacje: z kaszami, serami, świeżymi ziołami, ziarnami. Doprawione niezwykłymi melanżami przypraw. Niemożliwie smaczne.

Pierwsze wrażenie: butik z żywnością. Wizyta w Ottolenghi to doznanie estetyczne. Tam wszystko jest piękne. Począwszy od rozświetlonej bielą małej przestrzeni, delikatnych dekoracji ale przede wszystkim jedzenia, od którego nie można oderwać oczu. Po tym jak wyszłam ze środka postałam sobie chwilę niedaleko i obserwowałam ludzi, którzy idąc przez siebie nie mogli przejść obok witryny obojętnie. Każdy się zatrzymywał, choć na chwilę, by poczuć się jak dziecko w sklepie z zabawkami.

Witryna Ottolenghi to jedna z dwóch powierzchni, jakie zajmuje jedzenie w tym małym lokalu. Druga to wzdłużścienny kontuar na którym wyłożone jest jedzenie wytrawne. Ale wróćmy do witryny. Przedstawia się na niej cała słodka oferta, którą znam w większości z książek kucharskich Yotama. Na paterkach, w blaszkach i koszyczkach cieśnią się muffinki, brownies, serniczki, babeczki, brioszki. Każda rzecz świeża i przepiękna. Efekt tej mnogości tylko potęguje zachwyty i naprawdę nie wiadomo co wybrać. Ja chciałabym wszystkiego spróbować, chociaż po gryzie.

Jedzenie wytrawne wyłożone jest na wielkich, pięknych, ceramicznych talerzach i to z nich kupuje się porcje na wagę. Okazuje się, że w tym lokalu jedzenie można kupować tylko na wynos, ale jakoś mnie to nie martwi. Królują warzywa, ale zauważam apetycznie wyglądające kurczęce udka obficie posypane pietruszką, które wyglądają jakby pięć minut temu wyszły z piecyka.

Wybór jest bardzo trudny, bo wszystko wygląda na najsmaczniejszą potrawę świata. Na szczęście można wziąć po troszku tego i po troszku tego, więc decyduję się na sałatkę z jakiejś fajnej odmiany fasolki, sałatkę z młodych pieczonych ziemniaczków i odrobinę sałatki z bulguru olbrzymiego. Na deser wzięłabym wszystko, ale w końcu mój wzrok najbardziej oczarowuje claffoutis z rabarbarem, jeżynami i pistacjami. Rabarbar jest różowiutki, jarzeniowe pistacje cudownie z nim współgrają (Chwilę potem okaże się, że claffoutis nie jest tradycyjnym claffoutis w postaci zapieczonego ciasta naleśnikowego, ale pulchnym i maślanym ciastkiem. Do zestawu Pani dołącza widelce, a ja już wiem, gdzie spożyję swój obiad.

Ottolenghi które odwiedziłam mieści się przy Holland Street 1, a vis a vis niego rozpoczynają się Kensighton Gardens. Z moją siateczką udaję się na drugą stronę ulicy i wyszukuję odpowiedniej ławki. Akurat było słońce, ludzie biegali po ścieżkach w krótkich spodenkach. Dobrałam się do mojego pudełeczka. I po raz kolejny zamarłam w ekstazie. To jedzenie smakuje dokładnie tak jak myślałam, że smakuje u Yottama. Te wszystkie  pół czy ćwierć łyżeczki tego i tamtego tworzą te kompozycje smaków, które pieszczą wszystkie zmysły. Wierzcie mi, ale w chwili kiedy siedziałam na ławce i machając nogami z radości spożywałam swój posiłek patrząc na sielskie, wczesnowiosenne scenki parkowe czułam się jak królowa życia.