„Opowiadania drewnianego stołu” – moja pierwsza…

Ponad dwa lata temu wymyśliłyśmy sobie razem z moją koleżanką Magdą, że sprawimy czytelnikom bloga uciechę i opublikujemy zbiór przepisów w wersji elektronicznej. I jak to często bywa, kiedy nadaje się sprawom obrót, chwilkę potem zgłosiło się do mnie wydawnictwo i zaproponowało wydanie książki na papierze…

okladka

Książka którą oddaję dzisiaj w Wasze ręce, to zbiór ulubionych przepisów na dania, które pojawiały się na moim improwizowanym stole, którymi raczyliśmy samych siebie oraz naszych licznych gości. To proste, nowoczesne i bezpretensjonalne jedzenie, które zaspokoi potrzeby ciała, ale przede wszystkim duszy. Znajdziecie tam propozycje na każdą porę dnia i roku. Część z przepisów znacie z bloga, ale prawie 100 z nich to propozycje całkiem nowe. Zadowoleni będą wszyscy bez względu na kulinarne wyznanie. Większość przepisów to przepisy wegetariańskie, ale mięsożercy również poczują się dopieszczeni. Ta książka to także podsumowanie blogowego rozdziału w mojej kulinarnej podróży (spokojnie, blog będzie trwał dalej ;) i mogę Wam obiecać, że to dopiero początek. Lista pomysłów na kolejne, nieco bardziej specjalistyczne wydawnictwa jest długa. A chęci do pracy nie brakuje ;)

Wierzę, że będzie się Wam dobrze gotowało z „Opowiadaniami…” i że dania dostarczą Wam niezapomnianych doznań. Każdy przepis opatrzony jest zdjęciem, a o wyjątkową szatę graficzną książki zadbała moja niezwykle utalentowana koleżanka Magda Valencia, więc mam nadzieję, że kartkowanie książki będzie dla Was niezwykle przyjemne.

Na razie ze względu na operacje wyrostka musiałam odwołać przyjazd do Polski, ale już niedługo wracamy na dobre, więc na pewno zorganizujemy jakieś spotkania autorskie. Książka dorobiła się swojego instagramowego konta, gdzie będę wrzucała Wasze zdjęcia, abyśmy nawzajem mogli się inspirować, chwalić i wymieniać uwagami. Wpadajcie!

Także tak. Od dzisiaj oficjalnie w księgarniach, Empikach i księgarniach internetowych:

„Opowiadania drewnianego stołu. 125 przepisów jak sprawić przyjemność sobie i bliskim”

wydawnictwo Septem, 288 stron, oprawa twarda

 

Deserowa pigwa do zamknięcia w słoiku


_mg_6569

Jesienią tamtego roku ogarnęło mnie szaleństwo robienia przetworów. Bardzo małych porcji dżemów i marmolad, ale robionych na tyle często, aby niemal tydzień po tygodniu upamiętnić przemykające przez sezony owoce. Marzy mi się spiżarka wypełniona małymi słoiczkami z pięknie wykaligrafowanymi etykietami, które rozdawałabym z rozkoszą ulubionym znajomym.

W robieniu słodkich przetworów jest coś kojącego, a sprawianie owoców to mój mała medytacja. Jest wiele szkół robienia dżemów, jak w każdej dziedzinie kulinarnej sztuki i tu można błysnąć pomysłami. Osobiście nie jestem purystką i lubię w słoiczkach łączyć różne smaki. Gruszkę z amaretto, morele z marakują, kiwi i żółtą limonkę, kardamon i mirabelkę. Wszystko dyskretne, gdzieś w tyle, aby tylko podkreślić właściwy smak owocu.

Sezon na cytrusy dopiero się rozkręca, już wyczekuję tych wspaniałości, których najprawdopodobniej nie spróbuję nigdzie indziej w świecie. Tymczasem na półkach persymony, jabłka, gruszki winogrona. I pigwy. Z tymi to nigdy nie wiadomo co zrobić. Każdy kto się z nimi zmagał wie, że to dość niewdzięczny owoc. Mało aromatyczny, gruboskóry w obejściu. Ale właśnie ta delikatność jest atutem pigwy. Gdy podda się ją aromatycznej gorącej kąpieli, po kilku godzinach zupełnie zmienia oblicze. I kolor.

Od nieatrakcyjnej bladości, do ponętnego różu. Tego uświadczycie, gdy zanurzycie ją w gorącym, słodkim syropie. Dorzućcie laskę wanilii, cynamon, kilka goździków. I patrzcie jak pięknie pigwa mięknie wam w oczach…

_mg_6573-2

 

Deserowa pigwa (2 słoiki)

4 dorodne owoce pigwy

4 szklanki wody

3 szklanki cukru

1 laska wanilii

1 łyżeczka goździków

1 arkusz papieru do pieczenia 

Z papieru do pieczenia wytnij kółko o średnicy garnka, w którym będziesz gotował pigwę. Na środku okręgu wytnij małe kółko, przez które będzie uciekać para. Pigwę obierz ze skórki i przekrój na pół. Bardzo dokładnie Wydrąż gniazda nasienne (bardzo przydatne będzie narzędzie do robienia kulek z melona) i każdą częśc pokrój mniej więcej na 4 ćwiarki (ale możesz też zachować całe półówki). Do garnka wlej wodę, dodaj cukier, ziarna z rozkrojonej laski wanilii i goździki. Doprowadź miksturę do wrzenia a następnie wrzuć do niej owoce. Zmniejsz gaz i przykryj owoce papierem do pieczenia i lekko go dociśnij do powierzchni wody (dzięki temu owoce będą całe zanurzone i równomiernie się ugotują). Gotuj pigwę przez kilka godzin ( u mnie około 2), aż zmięknie i nabierze pięknej, głęboko różowej barwy. Po ugotowaniu przełóż ją do słoika razem ze słodkim syropiem, możesz ją też zapasteryzować. Używaj jako dekoracji lub nadzienia do ciast i deserów. Ja uwielbiam ją jeść na śniadanie z kremowym labneh wymieszanym z wodą różaną.

_mg_6571

 

Gryczane ciasto z jabłkami z piekarni Huckleberry

Jutro święto dziękczynienia, więc w sklepach dzieje się mniej więcej to samo, co dzieje się u nas przed Bożym Narodzeniem. Natężenie ruchu na supermarketowych ścieżkach jest dość gęste i jeżeli nie muszę pilnie iść do sklepu, to raczej wybieram dom. Tradycja nie nakazuje mi uczestniczyć w tym święcie, więc wszystkiemu przyglądam się z boku z niewątpliwym poczuciem ulgi.

Chwilowo mam wrażenie przedawkowałam z owocowymi pajami, więc z przyjemnością wertuję książki w poszukiwaniu jakichś ucieranych przepisów. W ten sposób natknęłam się na intrygujący przepis na ciasto z użyciem sporej ilości mąki gryczanej.

_mg_6641

Tak jak kocham kaszę gryczaną, tak jej intensywny smak nie bardzo kojarzy mi się ze słodkimi wypiekami. I pewnie przemknęłabym przez ten przepis, gdyby nie to że zupełnie ostatnio do codziennej kawy w ulubionej kawiarni często domawiam gryczane ciastko z wiśniami i migdałami, które smakuje wprost rewelacyjnie. Ucieszyłam się zatem, gdyż poczułam, że dzięki niemu zbliżę się nieco bliżej do rozgryzienia tajemnicy sukcesu owego gryczanego wypieku.

Ciasto z przepisu piekarni Huckleberry w Santa Monica jest po prostu rewelacyjne. Gryczane, ale zbalansowane przez dodatek mąki z migdałów i  kukurydzy, która wspaniale uwydatnia maślaność smaku. Moim zdaniem najlepiej smakuje w dniu wypieku, na drugi dzień jego gryczany smak nieco łagodnieje. Zdaję sobie sprawę, że to takie ciasto, które albo się pokocha, albo znienawidzi. Przepis w książce da nam dużą tortownicę, dla tego na ten pierwszy raz można ilość składników podzielić na pół i, tak jak zrobiłam to ja, upiec w małej blaszce na próbę. U mnie test wypadł pozytywnie, więc już planuję kolejną, z drobnymi zmianami, gdzie tym razem do jabłek dołożę odrobinę kandyzowanej pigwy.

_mg_6656

Gryczane ciastko z jabłkami ( 1 duża tortownica 24 cm)

225 g miękkiego masła

340 g cukru

2 łyżeczki soli

1 łyżka esencji waniliowej (użyłam amaretto)

6 jajek

4 jabłka

150 g mąki migdałowej

100 g mąki gryczanej

75 g mąki pszennej

55 g mąki kukurydzianej

2 łyżeczki proszku do pieczenia

płatki migdałowe (do posypania, opcjonalnie)

miód (do posmarowania jajek po pieczeniu)

Jabłka obierz ze skórki. Jedno zetrzyj na tartce o grubych oczkach, pozostałe przetnij na pół, wydrąż gniazda nasienne i potnij na cienkie plasterki. Piekarnik nagrzej do 180 stopni.  W misce zmieszaj wszystkie mąki, sól i proszek do pieczenia. W oddzielnej misce utrzyj cukier i masło, aby stało się lekkie i puszyste, następnie zacznij dodawać pojedynczo jajka, wbijając następne w momencie, gdy poprzednie połączy się masą. Dodaj esencję waniliową, starte jabłko i ucieraj jeszcze chwilę. Wsyp do miski wszystkie składniki sypie i miksuj tylko do momentu aż połączą się z masą maślano – jajeczną.

Przygotowanym ciatem wypełnij blaszkę. Na wierzchu ładnie ułóż plasterki jabłek. Wstaw ciasto do piekarnika i piecz przez godzinę piętnaście minut (patyczek włożony w środek ciasta powinien wyjść z niego suchy). Wyjmij ciasto z piekarnika. W tym momencie możesz posmarować plasterki jabłek miodem i posypać lekko podprażonymi płatkami migdałowymi. Wystudź ciasto, choć nie zawahaj się ukroić pierwszego kawałka, gdy jest jeszcze ciepłe. Smacznego!

Raz na wozie, raz pod wozem. Koktajl na zmocnienie nerwów i ciała.

 

 

Dwa ostatnie miesiące dały mi lekko po tyłku. Zaraz po tym jak okazało się, że nie mogę pojechać do Wietnamu okazało się, że podróż do Meksyku również się nie odbędzie. Proces odnawiania naszej wizy uziemił nas w US, jednak mimo to postanowiliśmy nie oddać tak łatwo naszych pierwszych długich wspólnych wakacji. Spakowaliśmy ciepłe kurtki, zatankowaliśmy paliwo do pełna i ruszyliśmy w siną dal na północ do Seattle by potem skręcić w prawo i dojechać do parku Yellowstone. Przez dwa kolejne tygodnie chłonęliśmy naturę, jedliśmy pyszne rzeczy i cieszyliśmy się swoim towarzystwem. To był naprawdę magiczny czas i będę się się już zawsze ogrzewać naszymi wspomnieniami z tej pięknej wycieczki. Nawet pomimo tego, że jakoś na półmetku, w stanie Montana zaczął mnie dość dziwnie boleć brzuch, który zaraz po powrocie okazał się być zapaleniem wyrostka robaczkowego. Odleżałam swoje w jednoosobowej sali czując się jak znieczulona bohaterka amerykańskiego serialu Ostry Dyżur. Tym razem bez operacji, na antybiotykach, wszystkie będzie dobrze.

Po powrocie do domu w ramach rekonwalescencji odbyłam dwa wspaniałe staże z prawdziwymi chlebowymi szamanami. I już się czułam dobrze, już planowałam wycieczkę do Warszawy, przywitanie książki na świecie, warsztaty, spotkania autorskie, pop upy, trele morele, gdy mój brzuch zabolał mnie po raz drugi, nokautując mnie tym razem w 3 godziny.

No więc teraz leżę owinięta w koc. Bilet skasowany, warsztaty odwołane, książka będzie musiała obronić się sama. W urodziny położę się na chwilę na stole operacyjnym, wyjmą mi ten punkt zapalny i od tej chwili mam nadzieję już wszystko będzie dobrze. Nie daję się poddać tym rozczarowaniom, a czas spokoju, no cóż, przymusowe leżakowanie to też nie taka zła rzecz. Mam wrażenie, że przez ostatnie lata ciągle gdzieś pędziłam, więc teraz nie zaszkodzi trochę posiedzieć :)

Kiedy czuję pluchę w sercu, wiem, że trzeba działać. Czuję, że mój organizm nie za bardzo lubi te antybiotyki, więc staram się go trochę pocieszyć. Kolory to moi ulubieni sojusznicy w walce z przeciwnościami losu, a mieniące się nimi jedzenie może być najlepszym lekiem. Ten koktajl to świeżo wyciśnięty sok z cytrusów i granata zmiksowany z bardzo dojrzałą persymoną. Przez bardzo dojrzałą mam na myśli taką, która prawie się rozpada i pod delikatną skórką kryje się pomarańczowy żel. Persymona cudownie zagęszcza ten koktajl, do którego trafia jeszcze łyżeczka startego korzenia kurkumy. Miałam okazję nieco poczytać o jej wspaniałych właściwościach, więc zamierzam podopieszczać nią trochę swoją nadwątloną odporność.

_mg_6251

Owocowy koktajl wzmacniający z kurkumą ( 2 szklanki ) 

1 grejfrut

1 pomarańcza

2 mandarynki

1/2 cytryny

1/2 granata

1 bardzo dojrzała persymona (podłużna Hachiya)

4 cm kawałek korzenia kurkumy

Wyciśnij sok z cytrusów,granata, dodaj persymonę (bez skórki) i startą kurkumę. Zmiksuj wszystko blenderem, przelej przez sitko. Podawaj natychmiast. Smacznego!