Ucierane maślane z malinami i twarogiem

Czasami kiedy sobie przypomnę, że napisałam książkę kucharską, ogarnia mnie pusty śmiech. Odkąd zaczęłam wytwarzać jedzenie nie tylko dla siebie moje wizyty w kuchni ograniczyły się do niezbędnego minimum. Zeby zalać płatki mlekiem, ukroić kromkę chleba, może usmażyć jajka. Zapach świeżo upieczonego ciasta, którym kiedyś tak często perfumowałam nasz dom stał się prawdziwą rzadkością. Ale wiem też, że tak musi być, bo zwyczajnie nie da się wszystkiego na raz. Czasami jednak, gdy dobrze odeśpię, wypocznę  a w perspektywie mam dzień netflixa i drzemek potrafię jeszcze zaliczyć zryw w kierunku kuchni…

IMG_8784

Był pierwszy dzień mojego urlopu. Stary z domu, fortecy brak, przelotni goście nazajutrz. To musiało się skończyć jakimś maślanym ciastem, a o tym myślałam już od jakiegoś czasu. Coś jak gateaux brettone, ale spulchnione proszkiem do pieczenia i pianą, bardziej wilgotne niż kruche. Nawet wyszło za pierwszym razem. Jest banalnie proste, a jeżeli macie mikser do ucierania to już w ogóle nie ma o czym mówić. Ja swoje zrobiłam totalnie analogowo – ubijając pianę ręczną trzepaczką po babci, a ciasto utarłam trzepaczką balonową (bo mimo, że wróciliśmy do Warszawy prawie rok temu, nasze kartony z poprzednim życiem wciąż nie zostały otwarte, szkoda gadać…).  Piecze się szybko, jeszcze szybciej znika. Gdyby nie goście, rozprawiłabym się z całą blachą. Smakuje najlepiej w tym krótkim momencie, kiedy jest jeszcze lekko ciepłe, ale dobrze już wystygnięte i ścięte. Trzyma świeżość przez następne 2 dni, jeżeli owiniecie je szczelnie folią spożywczą. Robiłam je z i z malinami i śliwkami, z malinami smakuje o wiele lepiej. Sprawiłam nim sobie wiele radości, którą chciałabym się z Wami dzisiaj podzielić. 

IMG_8801 

Ucierane maślane z malinami i twarogiem (12 porcji)

200 g bardzo miękkiego masła

100 g cukru pudru

2 łyżki cukru kryształowego

3 żółtka + 3 białka 

150 g kwaśnej śmietany

200 g maki

1 łyżka proszku do pieczenia

1/2 łyżeczki soli

2 szklanki malin

150 g twarogu

płatki migdałowe

Zacznij od ubicia białek z 2 łyżkami cukru. Dzięki temu nie będziesz musiał myć trzepaczki, którą utrzesz ciasto. Odstaw pianę na bok. Do miski przesiej mąkę, proszek do pieczenia i 1/2 łyżeczki soli. W misce utrzyj masło z cukrem pudrem na puszystą, białą masę. Dodaj żółtka i śmietanę, dobrze połącz je z ciastem. Przesiej do miski składniki sypkie i dobrze je zmieszaj z masą maślano – jajeczną. 1/3 ubitej piany dodaj do  i połącz z ciastem. Pozostałą jej część delikatnie wmieszaj do ciasta przy pomocy szpatuły.

Przełóż ciasto do formy wyłożonej papierem do pieczenia i równomiernie rozsmaruj jego dość cienką warstwę. Udekoruj warstwą malin, następnie pokrusz na maliny twaróg i dołóż jeszcze więcej owoców. Brzegi ciasta udekoruj płatkami migdałowymi. Wstaw do piekarnika nagrzanego do 175 stopni i piecz przez około 45 – 50 minut, aż wierzch ciasta i migdały ładnie się zezłocą. Po upieczeniu odczekaj przynajmniej godzinę zanim je pokroisz. Smacznego!

IMG_8788

IMG_8775

Bób, kurki i ziemniaczki z jednej patelni

Powietrze najpierw pachniało czarnym bzem. Potem jaśminem. Teraz słodką lipą. Już prawie dwa miesiące zachwycam się warszawskim latem.  Zyję trochę na opak – od zmierzchu do świtu. Od chleba do chleba. Mało snu, prawie wcale snu. Wyśpię się, zapadnę w sen jesienią. A teraz niech to wszystko trwa. Szkoda uronić ani sekundy. Nie tęsknię za San Francisco. Z San Francisco brakuje mi dobrej kawy na każdym kroku, ale i to daje się obejść. Warszawa jest wspaniała, Warszawa ma wszystko. Bardzo tęskniłam z tym miastem. Cieszę się, że jesteśmy z powrotem.

_MG_5197-4

Pierwsze kroki po przyjeździe skierowałam na Halę Mirowską – nie było mnie tam prawie pięć lat. Jak ja kocham ten obfity bazarek – głośnych sprzedawców, niezadowolone klientki, zawalone stragany. Wszystko soczyste, kolorowe i może nie zawsze bardzo sezonowe, ale kto by chciał jeść mango czy morele z Hiszpanii, skoro na straganach jagody, porzeczki, kurki i bób.

To szybkie danie. Trochę tego, trochę tego. Dużo masła. I gotowe. Fajnie będzie to zjeść z sadzonym jajkie, albo po prostu ot tak.
_MG_5201-6

Bób, kurki i ziemniaczki z jednej patelni ( 2 porcje)

250 g ugotowanych młodych ziemniaków irga

1 szklanka ugotowanego, wyłuskanego bobu

200 g kurek, oczyszczonych

3 gałązki szałwii

50 g masła

sól, pieprz do smaku

Na patelni rozpuść połowę masła, dodaj kurki i przesmaż je delikatnie. Przez krótką chwilę, dopóki lekko nie zmiękną, ale pozostaną wciąż jędrne. Pod koniec dodaj listki szałwii i usmaż je przez chwilę, aż staną się chrupiące. Wrzuć bób a po chwili ugotowane ziemniaki. Dodaj pozostałe masło. Smaż jeszcze chwileczkę aż ziemniaki się zarumienią  a bób pokryje masłem. Podawaj natychmiast. Samo lub w towarzystwie sadzonego jajka.

Jesienna panzanella z brukselek i dyni

Jakoś mniej lub bardziej po nowym roku na blogu zwykło się pojawiać podsumowanie ulubionych książek kucharskich ubiegłego roku. Książki to wciąż jedyne rzeczy, których kupowaniu nie mogę się oprzeć, choć ubiegły rok był w tej kwestii nieco inny. Odpuściłam sobie większość nowości na rzecz lektur, które pozwoliłyby mi drążyć tematy, które w pieczeniu najbardziej mnie fascynują. W większości dość stare wydawnictwa wygrzebane gdzieś na aukcjach internetowych, z nieco obciachowymi zdjęciami, ale za to jakie inspirujące! I choć bardzo chciałabym pokazać Wam kilka swoich „retro” nabytków, jest to niestety niemożliwe. Cała moja kolekcja, którą uzbierałam tutaj przez ponad trzy lata trafiła do papierowych kartonów i niedługo uda się w długą podróż za siedem mórz i rzek na stary kontynent :) Przed nami kolejna przeprowadzka, choć tym razem to powrót na stare śmieci. Po czteroletniej emigracji wracamy do Polski i mimo lekkich obaw jestem szalenie podekscytowana. Póki co nikt nas z San Francisco nie wygania i moglibyśmy dalej wieść tu spokojny żywot, ale jak celnie zauważyła moja koleżanka Magda „względny spokój to żaden argument żeby zostać”. No więc wracamy. I niech się dzieje. Przede mną intensywny miesiąc żegnania się z San Francisco. Ostatni moment żeby się  podouczać, nawąchaći i upchać w kieszeniach ten nadbagaż wrażeń, aby mieć co wspominać i o czym pisać w długie zimowe wieczory ;)

_MG_7637

Gdyby to książkowe podsumowanie roku jednak się odbyło, na jego czele znalazła by się książka autorstwa Naomi Pomeroy „Taste and Techniques”. Naomi Pomeroy to założycielka portlandzkiej restauracji Beast serwującej jej kuchnię autorską. Historia Naomi, która w kulinariach w znacznej mierze wyszkoliła się sama dzięki książkom kucharskim to wręcz filmowa historia o ambitnej kobiecie, która karmiła ludzi wbrew wszelkim usankcjonowanym regułom kulinarnego świata. Od klubu kolacyjnego do własnej restauracji, z przykrymi perypetiami po drodze. Tym bardziej cieszy happy end, którego zwieńczeniem jest ta książka. Naomi Pomeroy dokłada następną pozycję do kategorii książek kucharskich, która jest mi niezwykle droga. To książki podręczniki, gdzie oprócz przepisów znajdziemy dokładne wytłumaczenie procesu i użytych technik. To jedna z tych książek która nie dość, że nas zainspiruje to do tego sprawi, że będziemy lepszymi kucharzami. Książka jest pięknie wydana, na zdjęcia nie można przestać się patrzeć. Przepisy mają różną trudność i są piękną mieszanką klasycznej bistronomii z lekkimi akcentami współczesnej kuchni amerykańskiej.

Bardzo przykleiłam się do tej książki i przez tygodnie nie wypuszczałam jej z rąk. Pewnego dnia, kiedy pragnęłam zjeść coś lekkiego i warzywnego postanowiłam przyrządzić dwa przepisy: zarumienioną dynię i pieczone brukselki, które można spożywać same lub jako jeden z dodatków do dań mięsnych. Ja postanowiłam że wymieszam je razem wraz z bardzo ożywczym pietruszkowym winegretem (zrobionym mniej więcej według jeszcze innego przepisu z książki), chlebowymi grzankami i podam w formie sałatki -takiej  jesiennej panzanelli, która wspaniale wypełni czas oczekiwania na wiosenne nowalijki. Następne będą suflety. Ale to jak już się przeprowadzimy i wyjmiemy książki z pudełek :)

_MG_7636

Sałatka z dynią i pieczonymi brukselkami (2 porcje)

300 g brukselek

2 łyżki oliwy

sól, pieprz

Brukselki przetnij na pół i pozbaw odstających liści. Wrzuć je do miski, oprósz solą i pieprzem, polej oliwą i dokładnie wymieszaj. Wysyp na blaszkę i wstaw do piekarnika z opcją grill na 8 minut. Po tym czasie przemieszaj brukselki i kontynuuj pieczenie przez następne 6 minut. Brukselki w tym czasie powinny się stać się chrupkie i złociste z zewnątrz i jędrne w środku. Upieczone brukselki odłóż na bok.

2 małe dynie delikata

4 łyżki oliwy

Dynię opłucz, osusz, przekrój na pół wzdłuż. Wydrąż nasiona i następnie pokrój dynię na plastry o grubości ok 2 mm. Plasterki zmieszaj w misce z dwoma łyżkami oliwy. Pozostałe dwie łyżki rozgrzej na patelni. Kiedy tłuszcz się nagrzeje zacznij smażyć partiami plasterki dyni na złoty kolor z obu stron. Układaj plasterki w ten sposób, aby każdy miał wokół siebie trochę miejsca. Jeżeli ułożysz za dużo plasterków na raz dynia zamiast się usmażyć na złoto, po prostu się rozgotuje. Usmażoną dynię odłóż na bok. Możesz delikatnie odsączyć nadmiar tłuszczu przy pomocy ręcznika papierowego.  Przygotuj sos:

1 mała szalotka

2 łyżki białego octu winnego

1 łyżeczka soku z cytryny

 1 łyżeczka miodu

1/4 szklanki łagodnej oliwa z oliwek

1/2 pęczka pietruszki

1 garść uprażonych orzechów laskowych

1 szklanka grzanek chlebowych

Szalotkę i pietruszkę posiekaj możliwie najdrobniej. Ocet winny wymieszaj sokiem z cytryny i miodem. Cienką stróżką wlej olej (ok 1/4 szklanki) i ubij z octem i miodem. Przygotowany sos zmieszaj z szalotką i pietruszką. Odstaw na bok na 3 minuty.

Brukselkę, dynię i grzanki chlebowe umieść w jednej misce. Polej je przygotowanym sosem, delikatnie wymieszaj rękami, odstaw na 5 minut. Przełóż na talerz, posyp uprażonymi laskowymi. Podawaj natychmiast.

Smacznego!

_MG_7634

Najlepsza zupa świata z freekeh i pulpecikami

Zaraz po tym jak oddałam manuskrypt książki nadszedł dziwny czas. Im bliżej było zdania i końca projektu, tym mój notes wypełniał się pomysłami na nowe dania, bez których, jak mi się wydawało, książka nie mogła się obyć. W końcu jednak trzeba było powiedzieć stop, ale moja rozpędzona wyobraźnia nie bardzo chciała się temu poddać. Wypluwała kolejne pomysły, z których uzbierałaby się jedna trzecia następnej książki, a przecież prace nad pierwszą miały zająć jeszcze trochę czasu. Wymyśliłam więc, że przez chwilę, aby nieco się uspokoić zacznę gotować z przepisów innych. W trakcie pisania unikałam wertowania cudzych książek kucharskich, aby bardziej niż inspirować się innymi skupić się na swoich kulinarnych wspomnieniach. Fajnie też było zmienić paletę i oddać się na chwilę w czyjeś ręce.

_mg_1498

W ten oto sposób znowu zaczęłam wertować swoje ulubione „Jeruzalem” autorstwa Yotama Ottolenghi i Samiego Tamimi. Szukałam czegoś pożywnego i rozgrzewającego i tak oto trafiłam na pikantną zupę z freekeh i pulpecikami.

Freekeh to jedna z moich kulinarnych obsesji. Młoda, jeszcze zielona pszenica, której pola wypala się aby nabrała ciekawego dymnego smaku to pozycja wyjątkowa na półce z kaszami. Pamiętam gdy gotowałam ją po raz pierwszy, nie wiedząc zupełnie czego się spodziewać. Leżałam na kanapie, a z kuchenki dochodził mnie intensywny dymny zapach, który jak się okazało stanowił istotę niesamowitego smaku freekeh. Kocham wszytko co dymne, więc od tego pierwszego razu zapałałam do freekeh ogromną miłością.

Ta zupa to palestyńska wariacja na temat zupy hariry. Gęsta, rozgrzewająca i bardzo pożywna. Dodatek pulpecików winduje ją do ragi niezwykłego comfort food, a pomieszane smaki wyrazistych przypraw, aromatycznego mięsa wzmacniają się z każdym podgrzaniem zupy. Lista składników może brzmieć nieco egzotycznie, ale jak zawsze w takim przypadku warto zadać sobie trudu aby jak najbliżej zbliżyć się do oryginału. Zupa i tak będzie dobra, jeżeli zamiast mielonej jagnięciny użyjecie wołowiny, bulion zastąpicie wodą, a zamiast freekeh dosypiecie po prostu bulguru. Jeżeli jednak chcecie wspaniałego przeżycia odwiedźcie arabskie delikatesy i kupcie składniki takie jakie nakazuje przepis. I w pewien mroźny zimowy wieczór nagotujcie wielki gar tej niezwykłej zupy i nakarmcie jego zawartością siebie i swoich przyjaciół. Gwarantuję, że przez długo nie będziecie w stanie wymazać tego doświadczenia pamięci.

_mg_1522

Pikantna zupa z freekeh i pulpecikami ( 6 porcji)

400 g mielonej jagnięciny lub wołowiny

1 mała cebulka, drobno posiekana

2 łyżeczki drobno posiekanej pietruszki

1/2 łyżeczki zmielonego ziela angielskiego

1/4 łyżeczki zmielonego cynamonu

3 łyżki mąki

2 łyżki oliwy

1/2 łyżeczki soli i 1/4 łyżeczki pieprzu

W misce zmieszaj wszystkie składniki, dopraw solą i pieprzem. Pozagniataj przez chwilę mięso, aby puściło takie włókna, wtedy będzie lepiej trzymało kształt. Małe porcje mięsa uformuj w kulki wielkości orzecha włoskiego a następnie obtocz w mące. Na patelni rozgrzej oliwę i podsmaż mięso na złoto z każdej strony i odstaw na bok.

2 łyżki oliwy

1 duża cebula

3 ząbki czosnku

2 marchewki

2 nacie selera

3 pomidory

40 g przecieru pomidorowego

1 łyżka przyprawy bahrat

1 łyżka mielonej kolendry

1 kawałek kory cynamonowej

1 łyżka cukru

150 g połamanego freekeh

500 g bulionu drobiowego

500 g bulionu wołowego

świeża kolendra, cytryna do podania

Do dużego garnka wlej oliwę, lekko ją podgrzej i dodaj posiekaną cebulę i czosnek. Smaż przez około 5 minut, aż cebula się zeszkli. Dodaj pokrojoną w kostkę marchewkę i seler naciowy, smaż przez dwie minuty. Dodaj posiekane pomidory, przecier pomidorowy, przyprawy, cukier, dwie łyżeczki soli, pół łyżeczki pieprzu i gotuj minutę dłużej. Wmieszaj w to wszytko freekeh i gotuj przez następne dwie minuty.  Wlej oba buliony, 800 ml gorącej wody i dodaj pulpeciki. Zawartość garnka doprowadź do wrzenia, a następnie zmniejsz ogień i delikatnie gotuj zupę przez około 45 minut. Zupa powinna w tym czasie znacząca zgęstnieć. Raz na jakiś czas możesz delikatnie zupę przemieszać, bo freekeh ma tendencję do osiadania na spodzie garnka. Na sam koniec dopraw zupę solą i pieprzem według swojej preferencji smakowej. Podawaj posypaną świeżą kolendrą i pokropioną sokiem z cytryny.

_mg_1509-3

_mg_1528