Ryżowe coś…

Nie wiem jak to nazwać. Sajgonki nie, gołąbki też nie. W sumie mogłabym odpalić dvd z Nigellą – to ona oznajmiła mi ten przepis, ale czuję w sobie wielką niemoc i chyba chwilowy przesyt Brytyjką :) Może ktoś ma pomysł, jak możnaby nazwać tę leciutką, chrupiącą i ożywczą potrawę. Zapraszam. Twórca najbardziej oryginalnej odpowiedzi wygra farelkę ;)

ryżowe coś

4 papiery ryżowe

1/8 opakowania makaronu ryżowego

1 ogórek

1 pęczek kolendry

cebulka dymka

2 garście kiełków sojowych

sos sojowy

sos rybny

olej sezamowy

sok z limonki

 

Makaron ryżowy moczymy w gorącej wodzie. Parę minut mu wystarczy. Kiedy jest dośc miękki mieszamy go z kiełkami, dymką, kolendrą i ogórkiem pokrojonym na cienkie paseczki (usuwamy część z nasionami). Doprawiamy sosem sojowym i sosem rybnym.(Nigella dodawała jeszcze wasabi). Po dwie łyżli wystarczą.

Przygotowany farsz zawijamy w papier ryżowy, który musimy uprzednio pomoczyć w gorącej wodzie. Najlepiej w jakimś płaskim naczyniu. Jest z tym troche zabawy, bo nie opanowałam jeszcze wyciągania go, ażeby nie pokleił się i poskręcał. Jak już się uda rozprostować papier na ściereczce, wkłądamy do niego farsz i zawijamy jak roladkę. Kroimy na 3 części.

Podajemy z sosem sojowym zmieszanym z kapką oleju sezamowego oraz soku z limonki obficie posypane kolendrą. Myślę, że fajnie byłoby posypać je białym sezamem.

PS. Roladki zjadłyśmy na spółkę z koleżanką. Wyszło ich trochę więcej, ale podjadałam w trakcie krojenia. Makaronu zawsze można ugotować troszkę wiecej – roladki wyjdą wtedy grubsze. No i warto mieć więcej niż cztery papiery ryżowe – bo a noż nie wyjmie się on z wody tak jak powinien i się podrze…

Curry godne.

To chyba numer jeden w kategorii na najpyszniejszą, a zarazem najszybszą potrawę. Wymaga ona co prawda drobnej inwestycji ale składniki, które nabędziemy będą nas cieszyć jeszcze przez długi długi czas. Curry lubię robić naprędce, pod nagłym impulsem i potrzebą zjedzenia czegoś pysznego, ale nieskomplikowanego. Zwłaszcza wtedy, kiedy w lodówce spoczywa świeża kolendra. Najlepsze jest w opcji krewetka, cieciorka – chrupiące, a zarazem łagodne. Zresztą – do środka można nawrzucać czego się tylko chce i co ma się akurat pod ręką… Porcja, którą przedstawiam jest dla jednej osoby, na dwa razy. Trochę po południu na ciepło, trochę wieczorem na zimno :)

 

 

0,5 szklanki mleka kokosowego

3 łyżeczki żółtej pasty curry

2 łyżki sosu rybnego

1 łyżka oliwy

7 krewetek

garść cieciorki

mała szklanka bulionu

1 pałąk trawy cytrynowej

1 łyżeczka brązowego cukru

sok wyciśnięty w połowy limonki lub cytryny

 

Pastę curry podsmażamy na oliwie. Kiedy zacznie intensywnie pachnieć, zalewamy ją mlekiem kokosowym. Dorzucamy do niego trawę cytrynową i sos rybny. Gotujemy przez chwile delikatnie mieszając. Kiedy mleko zacznie bulgotać wrzucamy krewetki i cieciorkę. Gotujemy przez około 4 minuty, do momentu aż krewetki nabiorą różowawego koloru. Następnie dolewamy bulion i czekamy, aż curry ponownie się zagotuje.

Pod sam koniec wyciągamy trawę cytrynową, doprawiamy cukrem i sokiem z limonki. Curry podajemy z ryżem lub makaronem ryżowym obficie posypane świeżą kolendrą.

Enjoy! :)

 

 

 

 

 

Akcja boćwina, pt.1

Dawno, dawno temu dostałam od Węża quinoa. To perliste coś jest zdaje się kaszą, która ma w sobie wiele dobra. No ale dostałam tę paczuszkę i nie za bardzo wiedziałąm, co z nią zrobić. Do czasu, aż weszłam na bloga Beaty na którym znalazłam przepis na sałatkę z quinoa i boćwiny. Boćwiny, nie botwiny. Podobno to nie to samo – tak twierdziła Beata i Maciek Kuroń, na którego wpisy trafiłam w poszukiwaniu boćwinowej prawdy. Nazajutrz udałam się na halę mirowską z twardym postanowieniem zakupu boćwiny – nie botwiny. Jeden stragan, drugi, trzeci. Wszędzie szczaw, szparagi i szpinak. W końcu jest – leży to to czerwone, ale na oko wygląda jak botwina – czyli młody burak cukrowy, a nie jak boćwina – czyli burak liściowy. Podchodzę do Pani i pytam, czy ma w sprzedaży boćwine. A ta na mnie oczy. To ja jej tłumaczę jak mogę. A ona jeszcze większe oczy i mówi, że boćwina nic jej nie mówi. Odzywa się na to Pani ze straganu obok – „Pani, to jedno i to samo. Boćwina to na Litwie się tak mówi. Tu ludzie chodzą i wypytują, z tego się robi sałatki, zupy i różne takie. Niech Pani to bierze.” No to wzięłam, bez przekonania. Panie sprzedawczynie potrafią być bardzo wpływowe :) Sałatkę zrobiłam, ale zanim ją przedstawię pokarzę wam coś innego, na co także natknęłam się na jednym z blogów. Dolmades się to nazywa i jest alternatywną wersją gołąbków – tak po krótce. Farsz trochę zmieniłam – pomyślałam, że fajnie byłoby nadziać liście korzennym pilawem, na wzór tego Nigelli – ale po swojemu.

 


2 pęczki boćwinki

2 torebki ryżu basmati

2 cebule

4 ząbki czosnku

4 łyżki oliwy

0,6 l bulionu warzywnego

2 łyżki masła

przyprawy hinduskie: cynamon, kumin, kolendra, czarny kardamon,

sól

pieprz

 

 

Na oliwie podsmażamy cebulkę i czosnek. Leciutko, aby się zeszkliła. Po chwili dorzucamy do niej przyprawy i wszystko dokłądnie mieszamy. Wedle uznania, choć z czarnym kardamonem bezwzględnie trzeba uważać – 0,5 ziarna absolutnie wystarczy. Kiedy przyprawy zaczną intensywnie pachnieć, wsypujemy na patelnię surowy ryż i dokłądnie mieszając podsmażamy go przez chwilę, aż dokłądnie oblepi się przyprawami.

Potem dolewamy bulion. Na początku małymi porcjami, wszystko dokładnie łączymy, potem dolewamy wszystko do końca. Czekamy aż się zagotuje i na minimalnym gazie zostawiamy na pod przykryciem na 15 minut, żeby ryż pochłonął całą wodę.

W tym czasie sprawiamy botwinę. Zanurzamy liście w gotującej się wodzie, do momentu aż zmiękną. Kiedy są już mięciutkie i jedwabiste wykłądamy je na talerz. Żeby uniknąć myśli samobójczych w trakcie zwijania gołąbków, proponuję wybrać z pęku tylko te największe, co do któych nie mamy wątpliwości że pomieszczą farsz.

Tak przygotowane liście nadziewamy farszem i zwijamy „po gołąbkowemu”. Ażeby nasz ryż był jeszcze bardziej aromatyczny, fajnie wrzucić do niego po ugotowaniu  ze 3 łyżki masła i przemieszać widelcem.

Kiedy sakiewki są zwinięte, mamy dwie opcje – wkłądamy je do naczynia żaroodpornego, podlewamy lekko wodą i króciutko dusimy ok.3-4 minuty. Botwinka mięknie, ale niestety traci swój przecudowny zielono różowy kolor. Druga opcja – układamy je w naczyniu do gotowania na parze i gotujemy przez chwilę. Straty na kolorze są znacznie mniejsze.

I to wszystko. Sakiewki można spożywać na ciepło i na zimno, z sosem albo bez sosu, ale zawsze z wielkim smakiem. Lubie to!

Pomarańcz i kolendra

O ile kiedyś nie lubiłam kolendry i z przerażeniem patrzyłam, jak moja koleżanka Marta podkrada małe listki w hipermarkecie i je je ot tak, to teraz mogłabym się kolendrą nacierać. Razem z czosnkiem. Kiedy zobaczyłam tę przepiękną płynną kompozycję w gazecie Kuchnia, nie czekałam jakoś długo na przetestowanie przepisu. Zrobiłam cały garnek. Byłam zadowolona – zarówno ja, jak i moi goście. Nawet Eli smakowała, a Ela zawsze jak coś zamawia to bez kolendry i pietruszki. No i przede wszystkim przepięknie ta zupa wygląda – z kleksem oliwy kolendrowej – cieszy oko conajmniej tak jak kubki smakowe.

zupa pomarańczowo kolendrowa

 

6 dorodnych marchewek

1,5 litra bulionu warzywnego

otarta skórka z jednej pomarańczy

szklanka wyciśniętego soku z pomarańczy

duża cebula

5cm korzeń imbiru

pęczek świeżej kolendry

3 łyżki oliwy

po łyżeczce mielonego kuminu i kolendry

sól, pieprz

 

Na rozgrzanej oliwie podsmażamy cebulkę. Dodajemy do niej pokrojone w kostkę marchewki, imbir i przyprawy i dusimy około 5 minut. Po tym czasie zalewamy wszystko bulionem i dosypujemy skórkę pomarańczową. Gotujemy do momentu, aż marchewki będą miękkie – zajmuje to około 15-20 minut. Kiedy marchewki nie stawiają oporu miksujemy wszystko, a pod koniec miksowania dolewamy do zupy sok pomarańczowy. Doprawiamy całość solą i pieprzem. Zupa gotowa.

Miksujemy cały pęczek (liście + łodyżki) kolendry z 3 łyżkami oliwy. Dodajemy szczyptę soli i pieprzu. Finito.

Do miseczki wlewamy pomarańczowy eliksir i zakrapiamy go zielonkawą emulsją. Enjoy!