Hola Mexico: przygody w Puebla

_MG_3645

Puebla, czwarte co do wielkości miasto w Meksyku położone jest o niespełna półtorej godziny drogi od Mexico City. Przyjechałam tam w towarzystwie Katrin, przesympatycznej Niemki poznanej w hostelu, która postanowiła przyłączyć się na ten kawałek podróży. Zawsze zastanawiałam się jak nawiązuje się takie znajomości, że nagle ktoś zupełnie obcy przyłącza się do Twojej drogi, ale teraz wiem, że w świecie podróżników jest to naturalne jak powietrze i dzieje się to praktycznie samo. Ludzie przyjeżdżają z otwartymi planami i przede wszystkim głowami, zostawiają za sobą cały dystans i po prostu poddają się chwili. Piękna sprawa.

_MG_3633

_MG_3941

_MG_3627

_MG_3660

_MG_3927

Nasz hostel mieścił się w samym centrum zabytkowego centrum miasta. Niemal od razu po zrzuceniu bagaży udałyśmy się na rekonesans okolicy. Nie miałam praktycznie żadnych oczekiwań wobec tego miasteczka, oprócz jednego. Do Puebla przyjechałam po to, aby zjeść mole. To gęsty zawiesisty sos, który powstaje z około dwudziestu składników (w tym kakao) gotowanych przez kilka dni. Jego robienie jest tak skomplikowane, że nawet część meksykańskich gospodyni daje sobie spokój i po prostu kupuje mole gotowe. Na bazarach wyeksponowane jest w dość nieapetycznej formie uklepanych stosików, które budzą dość jednoznaczne skojarzenia. Choć mole to przysmak popularny nie tylko w Puebla, ale ogólnie na południu kraju, to jednak mole poblano uznaje się za typowe narodowe danie i stanowi najpopularniejszy wariant sosu, który w Meksyku występuje w kilku odmianach i kolorach. Puebla ogólnie słynie z doskonałej kuchni i specjałów, których można spróbować jedynie w tym rejonie, m.in chalupas (smażone tortille) czy mrówcze jaja smażone na maśle. Niestety tym razem podróż w pojedynkę nie sprzyjała poznawaniu kuchni tak, jakbym tego sobie życzyła. Długie spacery przepijane świeżo wyciskanym sokiem pomarańczowym skutecznie zabijały mój apetyt, a kiedy dochodziło do właściwego posiłku nie było sensu zamawiać więcej niż jedno danie, ale jak to mówią – nie można mieć wszystkiego ;)

_MG_3968

Mole serwowane jest jako danie obiadowe, w lokalach restauracyjnych. Oznacza to, że wskakujemy na inny pułap cenowy. O ile jedzenie uliczne jest bardzo tanie, to za danie w restauracji zapłacimy już trzykrotnie – czterokrotnie więcej. Na szczęście można to trochę oszukać, zamiast zamawiać mięso oblane mole, można poprosić danie nieco mniejsze – np. smażone tortille pływające w sosie. Niestety obecność mole na potrawach czyni je szalenie nieatrakcyjnymi wizualnie :)

Alternatywą do restauracji jest całkiem spora ilość małych lokali o skromnym menu. W jednym z nich, małej rodzinnej restauracyjce spróbowałyśmy podstępnej cemita. Świeża bułka, kawałek żółtego sera, cienki plaster panierowanego sznycla, avocado, miękka słodko – dymna papryka chipotle. Brzmi jak marzenie, prawda? Istotnie, do momentu w którym nasze kubki smakowe nie rozpoznają intruza. Zielone listki wciśnięte między avocado a paprykę rozpylają w naszych ustach zapach i smak mydlin, który, jak się okaże, postanie z nami na długo. Śledztwo doprowadza mnie do winnego. Ma ksywę papalu i pochodzi z Boliwii. To gatunek bliski kolendrze, o milionkroć od niej silniejszy w smaku. Mydlaną kolendrę, którą uwielbiam w tym wypadku ktoś postanowił namoczyć w płynie do naczyń i trzymał ją tam przez tydzień. Tak dla mnie smakuje papalu. Choć wiem też, że i do tego smaku mogłabym się przyzwyczaić. Ale ponieważ był to pierwszy raz, a w dodatku zostałam wzięta z zaskoczenia, zrozumcie moje emocje.

_MG_3617

Kolejnym ciosem w było piwo, którym poszłyśmy zapić gorycz obiadu. Ja zamówiłam Coronę, Katherina postanowiła jednak skorzystać z piwa podawanego w towarzystwie tajemniczej salsy. Meksykanie lubią pić piwo z sokiem pomidorowym, ale okazuje się że nie tylko. Chętnie dodają do niego sos worcester, maggi i tabasco. Na raz. Do tego brzeg szklanki jest pokryty centymetrowym korzuchem kryształów soli. To musiała przełknąć Katrin, a potem honorowo zmęczyć do końca.

Cios trzeci – smażona tortilla nafaszerowana chicherrone (prażoną świńską skórą) upada na ziemie zaraz po pierwszym gryzie. Może to i lepiej.

Cios czwarty – sklepik z churros jest już nieczynny.

Cios piąty – idąc po mokrym chodniku, nagle psują mi się jedyne japonki.

Rynek starego miasta w Puebla bardzo przypomina mi Zamość,. Jest ładnie, ale dość nudnawo. W sam raz, by przełazić tam jeden dzień i udać się na przód. Ale zanim ja pojadę do Oaxaca, a Katrina bardziej na wschód, spotkamy na rynku jakiegoś bardzo popularnego chillijskiego aktora, który tego dnia kręcił sceny do nowego serialu w katedrze na rynku. Wstąpimy do galerii na wystawę instalacji z zinów brazylijskiego artysty. Posiedzimy na schodkach obserwując życie ulicy w promieniach zachodzącego słońca, a potem w kawiarni czekając dwie godziny na koniec deszczu podczas których będziemy obserwować chłopaka który słuchając muzyki, pali fajkę, popija kawę, skubie ciastko, a do tego jeszcze jest pogrążony w lekturze. Król życia. A potem była tęcza. I słodka bułeczka na dworcu i liczi z ulicy. Jak tak to teraz czytam, to jak na półtora dnia w Puebla to wcale nie było tak nudno ;) No i przecież jeszcze pojechałyśmy na wycieczkę do Choluli…

_MG_3659

_MG_3938  _MG_3923

_MG_3667   _MG_3634

_MG_3967

_MG_3953

_MG_3959

_MG_3984

 

 

 

Tartine Bakery. Po raz pierwszy.

Przylecieliśmy, poszliśmy spać, obudziliśmy się o wiele za wcześnie. Było koło dziewiątej, kiedy wsiedliśmy do autobusu, który miał nas zawieźć do San Francisco. Kiedy opuściliśmy pojazd skierowaliśmy swoje kroki prosto ku Tartine Bakery.

Kiedy niemal rok temu upiekłam pierwszy chleb zgodnie z instrukcjami Chada Robersona nie przypuszczałam, że tak szybko będę miała okazję na własnej skórze sprawdzić, jak książkowe wypieki smakują w oryginale. Tartine Bread to jedna z czterech najważniejszych książek na mojej półce, której lektura wywarła na mnie ogromne wrażenie i szalenie mnie zainspirowała. Było dla mnie oczywiste, że jeżeli kiedyś pojadę do San Francisco będzie to pierwszy adres, pod który się udam.

Wczoraj obywatele Stanów Zjednoczonych obchodzili święto pracy. Szliśmy opustoszałymi ulicami, mijając kolejnych szaleńców i bezdomnych, droga dłużyła się w nieskończoność, ale w końcu znaleźliśmy się na skrzyżowaniu 18th Street & Guerrero, na którym mieścić się miała piekarnia. Z daleka dostrzegliśmy lokal bez żadnego szyldu i ogromną kolejkę, wylewającą się daleko poza drzwi wejściowe. To na pewno tu, pomyślałam. Im bardziej zbliżaliśmy się, tym bardziej dawał się wyczuwać maślany zapach świeżo upieczonego ciasta. Na okienku mała karteczka: Tartine Bakery & Cafe.

Zawsze jestem wzruszona, kiedy udaje mi się zrealizować kolejne marzenia. Stojąc przed zatłoczoną piekarnią czułam się bardzo szczęśliwa. Przedarłam się jakoś przez tłum i weszłam do środka. Było dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałam – w gablotach piękne ciasta i wypieki, na stolikach wielkie, kolorowe kanapki na chlebie Tartine. Drewniane stoły, barwni ludzie, Kolejka zniechęcała, ale z drugiej strony nigdzie się nam nie spieszyło. Zajęliśmy miejsce na jej końcu i rozpoczęliśmy odliczanie. Ja byłam jak w transie – w sumie mogłabym i czekać 11 godzin, a i tak by mnie to nie ruszyło. Przyłożyłam nos do szyby i przyglądałam się pracy zaplecza – jedna dziewczyna kroiła śliwki, druga nożyczkami obcinała nadmiar ciasta z brzegów tortownicy, chłopak przebierał listki szpinaku. Co chwila przychodził mężczyzna i wieszał na hakach czyste wielkie mieszadła i miski. Wszyscy pracowali spokojnie i w skupieniu. Byłam bardzo zdziwiona, że nie udziela im się atmosfera wielkiej kolejki i kolejnych zamówień. Wyobrażałam sobie jakby to było, gdybym ja tam stała. Gdy zbliżyliśmy się do wejścia, wyszedł akurat Chad Robertson – założyciel Tartine Bakery i autor książki Tartine Bread. Znowu zatrzęsło mną od środka.  Chłopięcy, delikatny, młody. Zrobiłam mu zdjęcie, ale nie zadziałał autofocus. To nic, na pewno będzie jeszcze okazja :)

Miałam ogromny problem co zamówić. Wszytko wyglądało tak pysznie. Nakładane łyżką do miseczek ciasta bitą śmietaną i owocami, tartaletki z bezą, niedomykające się z nadmiaru dobra kanapki, puddingi, tarty na kruchym cieście, kisze, no i wszystkie te wypieki z ciasta francuskiego – ogromne pain au chocolat, croissanty, czy tarty frangipane. Szczere porcje, na których widać nikt nie oszczędza. Tak powinno być w każdym banku ;)

Naprawdę oszalałam. Poszliśmy w słodkim kierunku. Do pudełka na wynos trafił pudding brioche (bardzo smaczny), francuska tartaletka z masą frangipane i jagodami (obłędna), no i pain au chocolat, który uzmysłowił mi jak niewiele umiem, jeżeli chodzi o ciasto francuskie. Ciasto Tartine cudownie listkowało się, było idelanie chrupiące, a wnętrze lekkie, miękkie i delikatne. Ależ bym chciała się nauczyć robić je tak, jak należy. Najlepiej u źródeł. Z pewnością w przyszłości podejmę takie próby ;)

Tartine opuściliśmy niemal na kolanach, słodycz i masło przygwoździły nas do ziemi ;) Nie zrobiłam zbyt wielu zdjęć, tłum troszkę mi to utrudniał, a też nie napinałam się jakoś zbytnio, bo zupełnie inaczej podchodzę do fotografowania kiedy wiem, że gdzieś wrócę. Udaliśmy się w strone metra – po drodze wstąpiłam do położonego obok tartine Bi Rite, w którym stojąca w obok mnie Macy Gray (!!!) poskarżyła mi się na kolejkę i chaos. Dwa domy dalej trafiłam na dwie dziewczynki sprzedające lemoniadę z zaimprowizowanego straganu pod domem. A chwilę potem, znaleźliśmy się w centrum tętniącej życiem dzielnicy Castro. I w tym momencie zrozumiałam, czemu każdy kto opuszcza San Francisco wyjeżdża odurzony tym miastem. Jakie szczęście, że moja przygoda z nim dopiero tak naprawdę się zaczyna :)



 

 

 

 

 

#hala mirowska #iloveit

Pół nocy nie spałam głowiąc się skąd wziąć agrest do sesji zdjęciowej. Sprzedawca jednego z najlepiej zaopatrzonych sklepów z owocami mieszczącym się w hali na ulicy Polnej dzień wcześniej rozwiał moje złudzenia, że uda mi się go dostać gdziekolwiek. Rano pełna nadziei udałam się w kierunku Hali Mirowskiej, a nóż ktoś tam akurat…

Oczywiście, że mieli. Niezawodna para z krytego pasażu między Halą Mirowską a MarcPolem. Już nie raz ratowali mnie z różnych opresji, tym razem też mogłam na nich liczyć. Kupiłam te dwa pojemniczki, płacąc jak za zboże, ale agrest o tej porze roku nie możę być tani.  Swoją drogą ciekawe skąd pochodzi. Przy stoisku spotkałam koleżankę, która też że tak powiem robi w branży ;) Obok Wodza otworzył się nowy sklepik z oliwkami. Prowadzi go kompletny freak, właśnie zostałam zmuszona do degustacji dziesięciu różnych odmian oliwek. Musisz tam pójść.

Oczywiście, że poszłam. Już od progu powitał mnie rubaszny jegomość, Daro. Żartom i dowcipom nie było końca. A Panie ze stoisk obok tylko chichotały, jak nastoltaki. Ależ ich życie musiało nabrać koloru odkąd się sprowadził. Po serii utarczek słownych wyszłam od niego z dużo większym kawałkiem chałwy niż planowałam i nastrojem wywindownym do maksimum.


Obowiązkowo zajrzałam do kultowej mirowskiej postaci – Pana Darka znanego też jako Wodza. Uwielbiam te wizyty, bo pan Darek oprócz tego że zna i ma wszystkie warzywa, zioła i przyprawy świata (skrzętnie pochowane w przepastnych chłodziarkach) to do tego jest niesamowitym człowiekiem. Warto wdać się z nim w dyskusję, lub po prostu go wysłuchać. Bo do powiedzenia ma wiele mądrych rzeczy. Więc tak sobie gawędziliśmy, a w międzyczasie przewijało się morze klientów. Dwie meksykanki, kucharz z restauracji GEMO szukający przyprawy sambal oelek do pasty, którą ucierają na miejscu, ktoś po tajską bazylię czy jedną marchewkę. Pan Darek to magnetyczna postać i przyciąga ludzi bardziej niż szeroki asortyment jego stoiska. W czasie naszej pogawędki i ja nabyłam parę zupełnie niepotrzebnych rzeczy: kwiaty gałki muszkatołowej czy olej musztardowy. Czy wspomniałam o topinamburze? :)

Po półtorej godziny ruszyłam dalej – do moich ulubionych Panów sprzedających jaja. Ojciec i syn. Zawsze promienni i sympatyczni. Uwijający się między górami wytłaczanej i jajek do wyboru do koloru. Zielononóżki czy jednyneczki – najlepsze u nich.

Wracając jeszcze tylko rabarbar i truskawki. Pierwsze w tym roku szparagi i boćwina. Na hali mirowskiej tracę zdrowy rozsądek. Chcę mieć wszystko – zielone i świeże.  Wracając do domu zaopatrzyłam się w konwalię. Urocza babuleńka chciała mi wcisnąć pięć pęczków. Obiecałam, że kupię dwa jak pozwoli sobie zrobić zdjęcie :) I w sumie dobrze zrobiłam, bo kiedy zeszłam na dół w cukierni u Meryka dostrzegłam Panią, która często ratuje mnie w pudełeczka do roznoszenia słodkości znajomych, czasami też, kiedy rogal marciński był troszkę mniejszy niż powinien dostawałam od niej drugiego. Podarowałam jej bukiecik konwalii. W końcu kto powiedział, że obdarowywać kwiatami kobiety mogą tylko mężczyźni ;)

Barcelońskie smaczki

To nie będzie wpis o wielkich paellach, owocach morza, rybach i wizytach w wykwintnych restauracjach, bo mój wyjazd był wybitnie low – costowy. Nie będzie też to wpis o kuchni hiszpańskiej, bo z tego co się zorientowałam, nie ma czegoś takiego jak kuchnia hiszpańska. Jest kuchnia katalońska, majorkańska, baskijska… Każda inna i jedynie słuszna wg mieszkańców danego rejonu. Nie będzie to także kulinarny przewodnik po Barcelonie, bo większości nazw i adresów zwyczajnie nie pamiętam. Czym więc będzie ten wpis? Będzie to wpis o tym, czego w Barcelonie udało mi się spróbować. O małych i troszkę większych przyjemnościach. Ziemniakach i dulce de leche. Jedzeniu domu i jedzeniu ulicy. Zupełnie niegroźnych dla portfela. Takich po prostu barcelońskich smaczkach.

AA jak ananas zalany anyżówką

Specjał kuchni majorkańskiej. Świeżego ananasa pokrojonego w plastry zalewa się wódką anyżówką, przekłada listkami mięty i wstawia na długo do lodówki. To doskonałe, szalenie orzeźwiające połączenie smaków i nabiorą się na nie nawet Ci, którzy na dźwięk słowa anyż dostają ataku paniki. Spokojnie, trzy plastry takiego ananasa i świat nabiera różowych barw. A, że ciężko poprzestać jedynie na trzech…

A jak alfajores

Czyli dar Argentyńczyków dla Barcelończyków. Ultra kruche (bo na smalcu) ciasteczka, przełożone grubą warstwą dulce de leche. Do dostania w większości barcelońskich cukierni. Nic więcej wiedzieć nie potrzebujecie ;)

A jak Eyescream

Co się niedosmakuje to się dowygląda. Z takiego założenia wyszli lodziarze z barelońskiej lodziarni Eyescream, którzy wymyślili lody, które paczą. To bardzo fajny przykład przerostu designerskiej formy nad lichą lodową treścią. Zamarzniętą lodową bryłę ścina się niczym kebaba specjalną piłką, a następnie oprawia oczami i dwoma rodzajami sosu. Lody sernikowe które zamówiłam były wybitnie wodniste i bez smaku, ale radocha była. I 4 euro w porfelu mniej. Dla dzieci. Małych i dużych.

B jak biszkopt

Pyszny i delikatny maślany biszkopt, obok którego kładzie się na stole tabliczkę czekolady. Najpierw rozpuszczasz trochę czekolady na języku, a następnie zabierasz się za biszkopt. To jeden z najbardziej tradycyjnych i domowych deserów hiszpańskich. Wyrafinowana prostota. Zapijać vermutem.

C jak churros

Jeżeli jest jakaś rzecz, która po tym wyjeździe śni mi się po nocach, to jest to właśnie churros z pobliskiej Churrerii – gruby niczym boa nadziany dulce de leche. Nawet nie spróbuję opisać co czujecie, kiedy przegryzając się przez kruchą, lekko cynamonową skorupkę lądujecie w krainie boskiego dulce de leche. Odlot to za mało powiedziane. Totalna bomba kaloryczna. Po spożyciu jednej sztuki do Parku Guell można doskakać na jednej nodze.

F jak flan

Czyli galaretka z mleka z warstwą karmelu na górze. Same jajka i mleko. Zero żelatyny. Dla mnie nieco zbyt wodniste, więc następnym razem wybiorę crema catalana.

 J jak jamon

Bardziej charakterna od włoskiego prosciutto. Jeden z moich kulinarnych fetyszy. Nie da się od niej uciec. Doskonale smakuje na sniadanie – włożona w świeżą bagietce. Ale najlepiej smakowała mi ta z dusznego lokalu dla miejscowych w dzielnicy Gracia – w temperaturze otoczenia (32 stopnie), ciosana na grube kęsy z wyeksponowanej na ladzie nogi. Zapijana piwem zmieszanym ze spritem, kolejnym lokalnym przysmakiem.

K jak kuskus

Ze wszystkim co w Barcelonie teraz sezonowe: z karczochami, groszkiem, pomidorami, oliwkami. Lekkie, świeże, pożywne. Taka hiszpańska sałatka „dziadówka”. Z tym że tę, mogłabym jeść łyżkami, podczas gdy na naszą nie mogę nawet patrzeć.

P jak patatas bravas

Ziemniaki pokrojone w kostkę, smażone na słusznej ilości oleju. Takie jakby frytki nie w kształcie frytek. Żeby było jeszcze bardziej ciężkostrawnie podawane z sosem majonezowym zabarwionym pimentonem. To danie wymyślił sam szatan

P jak precel z masłem

Wyobraźcie sobie, że kupujecie sobie precla. I kiedy go przegryzacie na Wasz język wypływa strużka roztopionego masła. Takie i inne precle sprzedają w małym lokaliku na barcelońskiej starówce. Obtoczone w parmezan, w pestki i wszystko inne. Rewelacja. Adres dopiszę.

 

S jak sopresada

Kolejny majorkański przysmak. Miękka kiełbasa, a może po prostu smalec w kiszce. Z bardzo dużą zawartością pimenton. Dziwne, ale dobre.

T jak tortilla

To tylko ziemniaki z cebulą zalane jajkiem. To aż ziemniaki zalane cebulą i jajkiem. Perfekcyjnie grube, bez najmniejszej kropeczki spalenizny. Słodkawe, uzależniające. Im grubsze tym lepsze. A najlepiej tortilla smakuje rozsmarowana na kawałku chleba posmarowanego pomidorami w oliwie. W końcu nie od dziś wiadomo, że ziemniaki pożywane w towarzystwie chleba (albo na odwrót) to najlepsze jedzenie świata. Zdjęcia dedykuję Annie Boczkowskiej.

 Czego tu zabrakło? Sklepów z jamon, czekoladowego croissanta na smalcu, brioszek z wodą różaną i kruszonką, pizzy z catalońskim serem podobnym do ricotty, czekoladowych muffinków alla brownie, czy chleba Św. Jerzego. Nie mam ich zdjęć, więc się nie liczy. Ale spokojnie, ja tam jeszcze wrócę. Mój barceloński przewodnik podobno nie wyciągnął jeszcze wszystkich asów z rękawa. Aż strach się bać ;)