Truskawkowy weekend

Na Halę Mirowską miałam iść tylko po kalarepkę, ale wróciłam obładowana siatami. Jak zwykle: Tu troszkę sałaty, tu szparagi, tu twaróg, jeszcze coś tam i trzy siaty wypchane. W drodze powrotnej uroczy dziadziuś sprzedający lekko podwiędnięte łubiny ze swojego ogródka, których kupiłabym i całe naręcze, gdyby tylko miał. A na sam koniec jeszcze truskawki. Od razu łubianka, bo po co się rozmieniać na kilogram.

Ileż radości było w domu przy rozpakowywaniu tych wszystkich zakupów. Mina mi tylko zrzedła, kiedy wierzchnia warstwa pięknych czerwonych truskawek z łubianki odsłoniła drugą, nieco mniej atrakcyjną, pod którą z kolei spoczywało cmentarzysko truskawek spleśniałych, zgniłych i zmurszałych. Och jak się zdenerwowałam, gdyby nie lenistwo wróciłabym do sprzedawczyków i wysypała im te truskawki na głowę. Widać z truskawkami w łubiance jak z kotem w worku. No ale co robić, odzyskałam sprawną połowę i zajęłam się ich dalszym przetwórstwem.

Nie oszukujmy się. Obecne truskawki nie grzeszą smakiem. Są kwaśne i twarde. Mają za dużo wody, a za mało słońca. Na szczęście wystarczy je wspomóc odrobiną cukru, aby smakowały jak trzeba. Zrobiłam do nich leniwe: 150 g tłustego twarogu zmieszałam z 1 żółtkiem, szczyptą soli i 3 kopiastymi łyżkami mąki. Całość lekko zagniotłam i uformowałam w podłużny wałek na dobrze umączonym blacie. Wałek spłaszczyłam ręką, pocięłam na kluski i ugotowałam we wrzącej wodzie. Kilka truskawek pocięłam na kawałki i wrzuciłam do garnuszka, dodałam trzy łyżki cukru i doprowadziłam do wrzenia. Gotowałam do momentu aż sos zaczął się pienić i polałam nim truskawki, na które pokruszyłam resztkę białego sera i trochę łubinu od uroczego dziaduszka ;)

W sobotę zaś zachciało mi się innego truskawkowego klasyka: makaronu z truskawkami, twarogiem i śmietaną. Ponieważ miały to być pierwszy makaron z truskawkami w tym roku nie było mowy, żeby makaronu nie zagnieść samej. W międzyczasie wystąpiły pewne trudności bo zdałam sobie sprawę z tego, że w moim mieszkaniu tymczasowym nie posiadam wałka ani cedzaka. Na szczęście lata w gry przygodowe nie poszły na marne. Wałkiem stała się butelka po oliwie, a cedzakiem tarka z grubymi oczkami (dowody zdjęciowe znajdziecie na facebookowym profilu Gotuje,bo lubi – klik). Makaron (100 g mąki, kapka oliwy, szczypta soli, 1 jajko) wałkowałam tak zawzięcie, że dziś mam takie zakwasy, że naprawdę zastanawiam się, czy nie można tego przełożyć na jakieś  makaronowe zajęcio  – warsztaty fitness ;) Kiedy moje tagliatelle gotowały się w osolonej wodzie w miseczce rozgniotłam kilka truskawek z 2 łyżeczkami cukru i łyżką kwaśnej śmietany. Ugotowany, odcedzony na tarce makaron dodałam do sosu i delikatnie go z nim przemieszałam. Całość okruszyłam twarogiem i finito.

Nie zdziwiłabym się, gdyby to menu zagościło u mnie na dłużej. Chociaż nie. Przecież kupiłam kilogram ulubionych ziemniaczków wielkości orzechów włoskich. I przecież wiem co z nimi zrobię ;)

cdn

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>