Tłusty Piątek

Kto raz w życiu zrobił samodzielnie 170 pączków w jednej transzy, ten nigdy nie będzie się krzywił na zrobienie jednej, małej porcji. W zeszłym roku zaszalałam. Przerobiłam kilka kilo mąki, 60 żółtek i bodaj 6 wiaderek z konfiturą różano – owocową. Od nadziewania pączków przed smażeniem dostawałam oczopląsu, od stania w oparach oleju myślałam, że zemdleję. Koniec końców jakoś się to udało się, a w Tłusty Czwartek z moich pączków skorzystało ponad 30 osób. Jeśli nie więcej. Bo tego dnia jakoś dziwnie dużo osób miało w Lesie coś do załatwienia ;)

W tym roku moją grupą docelową było 10 osób. Ponieważ przez cały karnawał nie było mnie w domu pomyślałam, że przełożony o jeden dzień tłusty czwartek będzie fajnym pretekstem do tego aby trochę posmażyć i spotkać się zanim znowu w świat ruszę. Tym bardziej, że w Pradze pączkowania się nie obchodzi, więc niech tradycji stanie się zadość.

Postanowiłam, że we właściwym dniu przez cały dzień będę się ślinić się do monitora na widok zmasowanego pączkowego ataku z Polski, wieczorem tylko przygotuję ciasta, żeby na drugi dzień wszystko usmażyć na świeżo. Nocleg dowolnego (oprócz jak się okazało ciasta zaparzanego) w lodówce bardziej pomaga niż szkodzi, więc jest to fajna opcja, żeby podzielić pracę na dwa dni, a nie zajechać się w kilka godzin.

Miałam kilka upatrzonych przepisów z mojej nowej ulubionej książki Kuchnia Warszawska (jeszcze o nie raz usłyszycie), z których chciałam skorzystać. Ale jak zwykle gdy przyszło co do czego, górę wzięła dusza eksperymentatora. Wybaczcie więc, że nie będzie dzisiaj przepisów, ale zawsze kiedy wpadam w twórczy szał, to nie mam głowy do zapisywania w notesiku każdej dodanej łyżki mąki. Przepisy na pewno powtórzę i  wrzucę z dokładnością co do grama lub szklanki. W menu miały się znaleźć: pączki, faworki, churros i oponki serowe.

Faworki zamiast na śmietanie zrobiłam na zmielonym twarogu sernikowym i mleku. Ciasto tłukliśmy wspólnie może z 30 minut, więc po usmażeniu wyglądały tak, jakby dopadły je bakterie bąblowca ;) Były oczywiście chrupkie i smaczniutkie, więc jak się okazuje ciasto faworkowe zniesie wiele.

Oponki serowe zrobiłam na tym samym twarogu sernikowym i samych tylko żółtkach. W zasadzie, to robi się je tak samo jak leniwe, do mąki trzeba dosypać tylko trochę sody lub proszku do pieczenia, a potem usmażyć. Moje oponki wyszły szalenie delikatne, choć ja jednak wolę kiedy ser jest w nich bardziej grudkowy, a przez to i bardziej wyczuwalny.

Do churros podchodziłam dwa razy. Zaparzona mąka, do której następnego dnia, na chwilę przed smażeniem miałam dodać jajka okazało się że po nocy na balkonie zamarzła na bryłę i nie bardzo wiedziałam co z nią zrobić. Wyrzuciłam ją i zaparzyłam od nowa. Do ciasta starłam po trochu skórki pomarańczowej i gałki muszkatołowej, które w połączeniu z cukrem cynamonowym stworzyły niepowtarzalny melanż smaków. Tym churros nadaję status priorytetowy, muszę je odtworzyć przy najbliższej okazji.

No i na koniec zostawiam pączki. Myślałam, żeby zrobić je z połowy porcji słynnego dwudziestożółtkowego przepisu. Ale okazało się, że kupiłam trochę za mało jajek, a do sklepu koszmarnie nie chciało mi się wychodzić. Stwierdziłam więc, że niedostatek żółtek nadrobię masłem. A jeżeli dodam masło, a ciasto i tak będzie leżeć przez noc w lodówce to… zrobię je jak brioche. A przecież mam też trochę przefermentowanego, ale już nieaktywnego białego zakwasu. Fajnie podkręci smak razem z dużą ilością koniaku ;) Raz się żyje, mruknęłam pod nosem i zabrałam się do dzieła. Na początku zmieszałam mleko z zaczynem zakwasowym i drożdżowym, dodałam mąkę o lekko zmieszałam. Odstawiłam na pół godziny. Potem dodałam żółtka i zimne, ale miękkie masło. Z 20 minut wyrabiałam ciasto mikserem, drugie 20 ręcznie, wściekle uderzając nim o blat, rozciągając i składając. Kiedy zaczęło odchodzić całymi płatami przełożyłam je do miski. Ależ miało strukturę. I jaki zapach! Nie mogłam od niego odkleić nosa! Uspokoiło mnie to trochę, schowałam je do lodówki. Potem,  ze 2 razy złożyłam ciasto w godzinnych odstępach. Idąc spać wyciągnęłam ciasto z lodówki aby je złożyć po raz ostatni. Chyba przez późną porę zapomniałam go z powrotem schować do lodówki, więc następne 5 godzin wyrastało na blacie kuchennym. Kiedy rano weszłam do kuchni przywitał mnie wielki, wystający wysoko ponad rant miski, lekko zeschnięty z wierzchu blob. Zwilżyłam go mlekiem i zagniotłam, a potem przystąpiłam do tradycyjnej procedury formowania i nadziewania pączków intrygującą konfiturą porzeczkową Mamuni.

Chciałabym Wam opisać to, jak smakowały te pączki. Wieczorem, kiedy nieco dojrzały. Trudno mi znaleźć słowa. To moje nowe pączki idealne. Ciasto jest tak smaczne, aromatyczne o miękkiej strukturze. Ale jednocześnie bardzo konkretne. Taki jeden pączek waży pewnie tyle, co trzy ze sklepu. W sobotę rano, już po imprezie rozpaczałam, że nie został ani jeden. Tak samo faworek, oponka, czy choćby pół churro…

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>