Tartine Bakery. Po raz pierwszy.

Przylecieliśmy, poszliśmy spać, obudziliśmy się o wiele za wcześnie. Było koło dziewiątej, kiedy wsiedliśmy do autobusu, który miał nas zawieźć do San Francisco. Kiedy opuściliśmy pojazd skierowaliśmy swoje kroki prosto ku Tartine Bakery.

Kiedy niemal rok temu upiekłam pierwszy chleb zgodnie z instrukcjami Chada Robersona nie przypuszczałam, że tak szybko będę miała okazję na własnej skórze sprawdzić, jak książkowe wypieki smakują w oryginale. Tartine Bread to jedna z czterech najważniejszych książek na mojej półce, której lektura wywarła na mnie ogromne wrażenie i szalenie mnie zainspirowała. Było dla mnie oczywiste, że jeżeli kiedyś pojadę do San Francisco będzie to pierwszy adres, pod który się udam.

Wczoraj obywatele Stanów Zjednoczonych obchodzili święto pracy. Szliśmy opustoszałymi ulicami, mijając kolejnych szaleńców i bezdomnych, droga dłużyła się w nieskończoność, ale w końcu znaleźliśmy się na skrzyżowaniu 18th Street & Guerrero, na którym mieścić się miała piekarnia. Z daleka dostrzegliśmy lokal bez żadnego szyldu i ogromną kolejkę, wylewającą się daleko poza drzwi wejściowe. To na pewno tu, pomyślałam. Im bardziej zbliżaliśmy się, tym bardziej dawał się wyczuwać maślany zapach świeżo upieczonego ciasta. Na okienku mała karteczka: Tartine Bakery & Cafe.

Zawsze jestem wzruszona, kiedy udaje mi się zrealizować kolejne marzenia. Stojąc przed zatłoczoną piekarnią czułam się bardzo szczęśliwa. Przedarłam się jakoś przez tłum i weszłam do środka. Było dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałam – w gablotach piękne ciasta i wypieki, na stolikach wielkie, kolorowe kanapki na chlebie Tartine. Drewniane stoły, barwni ludzie, Kolejka zniechęcała, ale z drugiej strony nigdzie się nam nie spieszyło. Zajęliśmy miejsce na jej końcu i rozpoczęliśmy odliczanie. Ja byłam jak w transie – w sumie mogłabym i czekać 11 godzin, a i tak by mnie to nie ruszyło. Przyłożyłam nos do szyby i przyglądałam się pracy zaplecza – jedna dziewczyna kroiła śliwki, druga nożyczkami obcinała nadmiar ciasta z brzegów tortownicy, chłopak przebierał listki szpinaku. Co chwila przychodził mężczyzna i wieszał na hakach czyste wielkie mieszadła i miski. Wszyscy pracowali spokojnie i w skupieniu. Byłam bardzo zdziwiona, że nie udziela im się atmosfera wielkiej kolejki i kolejnych zamówień. Wyobrażałam sobie jakby to było, gdybym ja tam stała. Gdy zbliżyliśmy się do wejścia, wyszedł akurat Chad Robertson – założyciel Tartine Bakery i autor książki Tartine Bread. Znowu zatrzęsło mną od środka.  Chłopięcy, delikatny, młody. Zrobiłam mu zdjęcie, ale nie zadziałał autofocus. To nic, na pewno będzie jeszcze okazja :)

Miałam ogromny problem co zamówić. Wszytko wyglądało tak pysznie. Nakładane łyżką do miseczek ciasta bitą śmietaną i owocami, tartaletki z bezą, niedomykające się z nadmiaru dobra kanapki, puddingi, tarty na kruchym cieście, kisze, no i wszystkie te wypieki z ciasta francuskiego – ogromne pain au chocolat, croissanty, czy tarty frangipane. Szczere porcje, na których widać nikt nie oszczędza. Tak powinno być w każdym banku ;)

Naprawdę oszalałam. Poszliśmy w słodkim kierunku. Do pudełka na wynos trafił pudding brioche (bardzo smaczny), francuska tartaletka z masą frangipane i jagodami (obłędna), no i pain au chocolat, który uzmysłowił mi jak niewiele umiem, jeżeli chodzi o ciasto francuskie. Ciasto Tartine cudownie listkowało się, było idelanie chrupiące, a wnętrze lekkie, miękkie i delikatne. Ależ bym chciała się nauczyć robić je tak, jak należy. Najlepiej u źródeł. Z pewnością w przyszłości podejmę takie próby ;)

Tartine opuściliśmy niemal na kolanach, słodycz i masło przygwoździły nas do ziemi ;) Nie zrobiłam zbyt wielu zdjęć, tłum troszkę mi to utrudniał, a też nie napinałam się jakoś zbytnio, bo zupełnie inaczej podchodzę do fotografowania kiedy wiem, że gdzieś wrócę. Udaliśmy się w strone metra – po drodze wstąpiłam do położonego obok tartine Bi Rite, w którym stojąca w obok mnie Macy Gray (!!!) poskarżyła mi się na kolejkę i chaos. Dwa domy dalej trafiłam na dwie dziewczynki sprzedające lemoniadę z zaimprowizowanego straganu pod domem. A chwilę potem, znaleźliśmy się w centrum tętniącej życiem dzielnicy Castro. I w tym momencie zrozumiałam, czemu każdy kto opuszcza San Francisco wyjeżdża odurzony tym miastem. Jakie szczęście, że moja przygoda z nim dopiero tak naprawdę się zaczyna :)



 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>