Japońskie opowieści: Miyajima

Trzydzieści kilka przystanków tramwajowych opad centrum Hiroszimy leży wyspa Itsukushima, zwana potocznie Miyajimą. Dla Japończyków to od wieków wyspa święta, zamieszkiwana przez bogów. Nikt nie może na niej umrzeć, nikt nie może na niej się urodzić. Przybywających turystów witają wszędobylskie dzikie jelonki, podobno posłannicy bogów…

Ale to nie dzięki swojej świętości wyspa jest celem wycieczek. To słynny pejzaż ze świątynną bramą tori, w czasie przypływu zanurzoną w morzu, w czasie odpływu odsłoniętą przyciąga dziennie tysiące turystów i pielgrzymów. Widok faktycznie zapiera dech w piersiach i można go kontemplować w nieskończoność.

 

Japońskie opowieści: Okinawa cd

W porównaniu z innymi japońskimi miastami Naha, trzystutysięczna stolica Okinawy, wydaje się być głęboką prowincją. Choć oczywiście jesteśmy w Japonii, gdzie skale odwzorowania są nieco inne. Życie toczy się w niej wokół głównego deptaku, gęsto usianego sklepami głównie pod turystów. W asortymencie: lokalna ceramika, słodycze z fioletowego ziemniaka i nalewki z zatopionymi wężami.

Im bardziej w głąb wyspy, tym ciekawiej. Cały dzień zajęła nam wyprawa do oceanarium, gdzie pływające w wielkimi zbiorniku rekiny były równie ciekawe co fale Japończyków z nieodłącznymi aparatami rejestrującymi wszystko dookoła. Show delfinów sobie darowaliśmy. Przypomniał mi się genialny, oskarowy zresztą dokument The Cove: zatoka delfinów i nie byłam w stanie znieść widoku pozornie tylko szczęśliwych czasoumilaczy.  Odwiedziliśmy też piękną jaskinię, w której o jeden ze zwisających stalaktytów rozwaliłam sobie autofocus w obiektywie. Na szczęście usterka zdaje się cofać, mam nadzieję, że ostatecznie rozejdzie się po kościach.

Po takich wycieczkach z przyjemnością wracaliśmy do Naha, gdzie udało się nam znaleźć bardzo przyjemną restauracyjkę prowadzoną przez mamę i dwie córki. Popróbowaliśmy trochę lokalnych „przysmaków”, ale na kulinarny rozrachunek z naszą podróżą nadejdzie jeszcze pora. Tymczasem wrzucam trochę zdjęć z Okinawy i lecę spać. Dzisiaj przemieściliśmy się do Hiroszimy, w której spędzimy najbliższe dwa dni. Czasu mało, a miejsc do odwiedzenia całe mnóstwo. Następne w kolejce: ukochane Kioto.

Japońskie opowieści: Okinawa

Gdy o północy ulicami przemierzają tłumy mężczyzn w garniturach, którzy dopiero co wyszli z pracy, na ulicach co dziesięć metrów widzisz maszynę z napojami,  deska w ubikacji jest podgrzewana, pod prysznicem używasz żelu Shiseido, wentylator ma napis Mitsubishi, a w kawiarni zamiast latte dostajesz rate znaczy, że jesteś w Japonii.

Zawsze zazdrościłam ludziom, że wracają w dalekie miejsca. Że mogą poznać je lepiej, oswoić, ulubić. Nigdy nie spodziewałam się, że Japonia będzie krajem, do którego zawitam dwa razy. Ale nigdy nie mów nigdy. Po trzech i pół roku znowu tu jesteśmy.

Droga była długa, ale tani bilet musiał mieć swoją cenę. Nasza podróż  trwała cztery dni. Po drodze zaliczyliśmy Berlin, Sofię, Bukareszt, Dohę, Tokio by w końcu wylądować na Okinawie w mieście Naha.  Tutaj zatrzymamy się na trzy dni, potem polecimy do Osaki, a potem… jeszcze nie wiemy.

Naha powitała nas 20 stopniami, wilgotnym powietrzem, kwiatami i białymi budynkami. Pierwsze co pomyślałam – jak w Miami, choć nigdy tam nie byłam. Krótki sen (jet lug obszedł się ze mną tym razem wyjątkowo łagodnie) i od rana w miasto. To nie Tokio, o 7ej rano wszystko jest pozamykane, ludzi na ulicach jak na lekarstwo. Cudowny spacer pod górę, do zamku Shuri. Niestety nie mamy szczęścia, bo ten w większości w remoncie. Potem kamienną drogą w dół i cementową pod bardzo górę i piękne ogrody kojące zielenią i harmonią rozmieszczenia elementów.

Jest ciepło i słonecznie. Po pierwszym dniu mamy spalone nosy i policzki. Pogoda sprzyja spacerom, ale po dziewięciu godzinach na nogach jesteśmy wykończeni. Robię zdjęcia, na razie muszę się rozkręcić. Jestem na etapie fotograficznej grafomanii – wszystko jest inne, wszystko chciałabym sfotografować. A przecież nie o to chodzi. Niemniej coś tam na kliszę wpada. Dzisiaj dzielę się pierwszą porcją Okinawy. Ale to oczywiście nie koniec, bo przed nami jeszcze dwa dni tutaj.

Ps. Mój mąż bardzo nie lubi jak o nim piszę, ale nie mogę o tym nie wspomnieć. Bartek uczy się japońskiego od dość dawna. To on jest motorem tego, że tutaj jesteśmy. On sam twierdzi, że nic nie umie, ale żebyście go widzieli z jakim przede wszystkim zaskoczeniem, ale i podziwem patrzą na niego Japończycy, kiedy podchodzi do nich i zagaduje w ich języku…

A to ja :)

Londyn jak z książki kucharskiej, pt. 3

Za nami Ottolenghi, kulminacyjny punkt mojej wycieczki, ale bynajmniej nie ostatni. Zapraszam na ostatnią część londyńskiego przewodnikach po miejscach związanych z moimi ulubionymi książkami kucharskimi.

Stacja piąta: Baker and Spice

Z Baker and Spice łączy się nazwisko Dana Leparda – chlebowego wirtuoza, najsłynniejszego wyspiarskiego piekarza. Jest on autorem książki Baker & Spice: Baking with Passion, w której zdradza przepisy na wypieki najwyższych lotów. Baker & Spice to prężna sieć małych piekarni, których w Londynie znajdziemy cztery. Ja trafiam do tej przy Elizabeth Street. Robi wrażenie lokalnej, ludzie wpadają do niej jakby po drodze, aby kupić chleb lub inne cuda ułożone w koszyczkach. Na miejscu można popróbować różnych sałatek, które wyglądają podobnie niż w Ottolenghi, ale nie robią już takiego wrażenia. Niestety na dzień dobry dostaję reprymendę za robienie zdjęć, więc kupuję szybko jedną drożdżówkę i uciekam na zewnątrz (gdybym chciała ją zjeść w lokalu, kosztowałaby odpowiednio drożej). Nie lubię jak zabrania mi fotografować (zwłaszcza, że nie używam flasha, nie przestawiam stolików ;) ), więc trochę się dąsam. Ale ta drożdżówka, a w zasadzie cudownie maślana brioszka z morzem kruszonki i kraterem owoców leśnych z galaretką jest tak dobra, że w połowie drogi powrotnej do metra mam ochotę zawrócić i kupić jeszcze jedną. Oczywiście nie mogę tego zrobić, bo na mojej mapie mam jeszcze jedno bardzo ważne miejsce do odwiedzenia….

 

Stacja szósta: Bea of Bloomsbery

Wertując książkę Tea with Bea trudno nie dostać ślinotoku. Śliczne muffinki, piękne torty czy spektakularne serniki podnoszą tętno i poziom cukru we krwi. Sama niejednokrotnie testowałam te przepisy, zwłaszcza na torty i zawsze byłam wniebowzięta (choć muszę zaznaczyć, że zawsze nieco je odsładzałam).

Jedna z dwóch kawiarni Bea of Bloomsbury mieści się nieopodal Millenium Bridge. W kawiarni nowoczesność łączy się z vintage, zwłaszcza na pięterku, gdzie można zasiąść we wnękach, z których każda wystylizowana jest nieco inaczej (czyt. każda kanapa ma inną tapicerkę). Ale zanim zasiądziemy musimy wybrać słodkie co nieco z gablotki.

Przyznam szczerze, że wyborem byłam nieco rozczarowana. Liczyłam na nieco większą ilość ciast, a zwłaszcza tortów czy serników. Nie odważyłam się spróbować muffinków z kremem, który robi się z bryły masła i torby cukru pudru, a nie na brownie lub zwykłe ciasto herbaciane pędziłam z daleka. Ostatnie dwa kawałki tortu z różowym kremem nie przekonały mnie zbytnio. Stanęło więc na tajemniczym serniku, który wyglądał lepiej niż dobrze. I to był bardzo dobry wybór. Bardzo kremowy, z kremem z marakui i włoską bezą był przepyszny, choć suma summarum tak słodki, że od hiperglikemii uratowała mnie tylko gorzka earl gray, której bergamotkowe nuty stanowiły bardzo przyjemne interwały między poszczególnymi kęsami ciasta. Koniec końców z Bei wyszłam bardzo zadowolona, choć nie ukrywam, że żałowałam trochę, że nie trafiłam do kawiarni na Bloomsbury, której klimat podobno jest bardziej kameralny i vintage.

Wszystko, co pomiędzy

Oczywiście w trakcie wizyty w Londynie odwiedziliśmy parę miejsc, które może nie wydały książek kucharskich, ale są warte wspomnienia. Drugiego dnia naszego pobytu odwiedziliśmy lodziarnię Chin Chin Lab na Camden, w której organiczne lody robi się na poczekaniu przy użyciu ciekłego azotu. Fajny show, za który odpowiednio trzeba zapłacić. O miejscu możecie przeczytać więcej na blogu Małgosi Minty.

Podczas spotkania z Ulą z bloga The Adamant Wanderer odwiedziłyśmy pewną knajpkę w Chinatown, w której sprzedaje się koreańskie bibimbapy (ryż przykryty mięskiem i warzywkami). Odwiedzając Notting Hill i słynną Portobello Road nie mogłam nie wstąpić do Books for Cooks. W środku niestety nie można było robić zdjęć, ale wizyta była przeżyciem niezapomnianym. Tyle książek kucharskim w jednym miejscu przyprawiło mnie o zawrót głowy. Całe szczęście, że ze względu na ograniczenia bagażowe nie mogłam nic kupić, bo inaczej musiałabym chyba dzwonić po tragarzy ;)

Wśród Waszych londyńskich rekomendacji obok Portobello Road równie często pojawiał się Borrough Market. Trafiłam tam we wtorkowe przedpołudnie, ale niestety w większości targowisko było puste. Spośród okolicznych knajpek zakotwiczyłam na chwilę w piekarnio – restauracji Le Pain Quotidien gdzie spożyłam sałatkę z fasolą, pomidorami i prosciutto. Pyszna, lekka i pożywna pięknie podsumowała moją wizytę w Londynie, która jasno uświadomiła mi to, że na wyspach podejście do serwowanego jedzenia jest wyjątkowe, a my sami musimy się jeszcze więcej nauczyć. W Polsce możemy zjeść albo bardzo tanio, albo bardzo drogo. Brakuje miejsc z kuchnią prostą, ale dobrą kuchnią w rozsądnej cenie.

 

I w zasadzie to byłoby tyle. Temat kulinarnego zwiedzania, nawet wg książek kucharskich nie został jeszcze wyczerpany. Bardzo żałuję, że nie dotarłam do The River Cafe, ale akurat była w remoncie. Następny raz zostawiam sobie Moro czy czekoladowe królestwo Williama Curleya. Nie wspominam o miejscach ekskluzywnych: włoskiej restauracji Bocca, restauracjach Toma Aikensa czy Jamesa McKenziego. Ale to już jest zupełnie inna kulinarna bajka. Także cenowa. Ja tak mam, że mając do wyboru super molekularną konstrukcję lub fajną kanapkę zawsze wybiorę to drugie. Na szczęście Londyn to miasto, które sprosta oczekiwaniom każdego podniebienia.