Barcelońskie smaczki

To nie będzie wpis o wielkich paellach, owocach morza, rybach i wizytach w wykwintnych restauracjach, bo mój wyjazd był wybitnie low – costowy. Nie będzie też to wpis o kuchni hiszpańskiej, bo z tego co się zorientowałam, nie ma czegoś takiego jak kuchnia hiszpańska. Jest kuchnia katalońska, majorkańska, baskijska… Każda inna i jedynie słuszna wg mieszkańców danego rejonu. Nie będzie to także kulinarny przewodnik po Barcelonie, bo większości nazw i adresów zwyczajnie nie pamiętam. Czym więc będzie ten wpis? Będzie to wpis o tym, czego w Barcelonie udało mi się spróbować. O małych i troszkę większych przyjemnościach. Ziemniakach i dulce de leche. Jedzeniu domu i jedzeniu ulicy. Zupełnie niegroźnych dla portfela. Takich po prostu barcelońskich smaczkach.

AA jak ananas zalany anyżówką

Specjał kuchni majorkańskiej. Świeżego ananasa pokrojonego w plastry zalewa się wódką anyżówką, przekłada listkami mięty i wstawia na długo do lodówki. To doskonałe, szalenie orzeźwiające połączenie smaków i nabiorą się na nie nawet Ci, którzy na dźwięk słowa anyż dostają ataku paniki. Spokojnie, trzy plastry takiego ananasa i świat nabiera różowych barw. A, że ciężko poprzestać jedynie na trzech…

A jak alfajores

Czyli dar Argentyńczyków dla Barcelończyków. Ultra kruche (bo na smalcu) ciasteczka, przełożone grubą warstwą dulce de leche. Do dostania w większości barcelońskich cukierni. Nic więcej wiedzieć nie potrzebujecie ;)

A jak Eyescream

Co się niedosmakuje to się dowygląda. Z takiego założenia wyszli lodziarze z barelońskiej lodziarni Eyescream, którzy wymyślili lody, które paczą. To bardzo fajny przykład przerostu designerskiej formy nad lichą lodową treścią. Zamarzniętą lodową bryłę ścina się niczym kebaba specjalną piłką, a następnie oprawia oczami i dwoma rodzajami sosu. Lody sernikowe które zamówiłam były wybitnie wodniste i bez smaku, ale radocha była. I 4 euro w porfelu mniej. Dla dzieci. Małych i dużych.

B jak biszkopt

Pyszny i delikatny maślany biszkopt, obok którego kładzie się na stole tabliczkę czekolady. Najpierw rozpuszczasz trochę czekolady na języku, a następnie zabierasz się za biszkopt. To jeden z najbardziej tradycyjnych i domowych deserów hiszpańskich. Wyrafinowana prostota. Zapijać vermutem.

C jak churros

Jeżeli jest jakaś rzecz, która po tym wyjeździe śni mi się po nocach, to jest to właśnie churros z pobliskiej Churrerii – gruby niczym boa nadziany dulce de leche. Nawet nie spróbuję opisać co czujecie, kiedy przegryzając się przez kruchą, lekko cynamonową skorupkę lądujecie w krainie boskiego dulce de leche. Odlot to za mało powiedziane. Totalna bomba kaloryczna. Po spożyciu jednej sztuki do Parku Guell można doskakać na jednej nodze.

F jak flan

Czyli galaretka z mleka z warstwą karmelu na górze. Same jajka i mleko. Zero żelatyny. Dla mnie nieco zbyt wodniste, więc następnym razem wybiorę crema catalana.

 J jak jamon

Bardziej charakterna od włoskiego prosciutto. Jeden z moich kulinarnych fetyszy. Nie da się od niej uciec. Doskonale smakuje na sniadanie – włożona w świeżą bagietce. Ale najlepiej smakowała mi ta z dusznego lokalu dla miejscowych w dzielnicy Gracia – w temperaturze otoczenia (32 stopnie), ciosana na grube kęsy z wyeksponowanej na ladzie nogi. Zapijana piwem zmieszanym ze spritem, kolejnym lokalnym przysmakiem.

K jak kuskus

Ze wszystkim co w Barcelonie teraz sezonowe: z karczochami, groszkiem, pomidorami, oliwkami. Lekkie, świeże, pożywne. Taka hiszpańska sałatka „dziadówka”. Z tym że tę, mogłabym jeść łyżkami, podczas gdy na naszą nie mogę nawet patrzeć.

P jak patatas bravas

Ziemniaki pokrojone w kostkę, smażone na słusznej ilości oleju. Takie jakby frytki nie w kształcie frytek. Żeby było jeszcze bardziej ciężkostrawnie podawane z sosem majonezowym zabarwionym pimentonem. To danie wymyślił sam szatan

P jak precel z masłem

Wyobraźcie sobie, że kupujecie sobie precla. I kiedy go przegryzacie na Wasz język wypływa strużka roztopionego masła. Takie i inne precle sprzedają w małym lokaliku na barcelońskiej starówce. Obtoczone w parmezan, w pestki i wszystko inne. Rewelacja. Adres dopiszę.

 

S jak sopresada

Kolejny majorkański przysmak. Miękka kiełbasa, a może po prostu smalec w kiszce. Z bardzo dużą zawartością pimenton. Dziwne, ale dobre.

T jak tortilla

To tylko ziemniaki z cebulą zalane jajkiem. To aż ziemniaki zalane cebulą i jajkiem. Perfekcyjnie grube, bez najmniejszej kropeczki spalenizny. Słodkawe, uzależniające. Im grubsze tym lepsze. A najlepiej tortilla smakuje rozsmarowana na kawałku chleba posmarowanego pomidorami w oliwie. W końcu nie od dziś wiadomo, że ziemniaki pożywane w towarzystwie chleba (albo na odwrót) to najlepsze jedzenie świata. Zdjęcia dedykuję Annie Boczkowskiej.

 Czego tu zabrakło? Sklepów z jamon, czekoladowego croissanta na smalcu, brioszek z wodą różaną i kruszonką, pizzy z catalońskim serem podobnym do ricotty, czekoladowych muffinków alla brownie, czy chleba Św. Jerzego. Nie mam ich zdjęć, więc się nie liczy. Ale spokojnie, ja tam jeszcze wrócę. Mój barceloński przewodnik podobno nie wyciągnął jeszcze wszystkich asów z rękawa. Aż strach się bać ;)

Karol, Monika, Barcelona

O 10 na blogu zamieściłam czekoladowy wpis o Karolu, o 12 mój ulubiony portal wrzucił info o wstrząsająco niskich cenach na loty do Barcelony, o 12:30 miałam już kupiony bilet, a o 13 zaplanowaną całą podróż. Trzy i pół dnia w stolicy Katalonii: Gaudi, tortilla, morze i wino. Lecę!

Z lotniska odebrał mnie Karol – przyjaciel mojej koleżanki Ani, mój barceloński przewodnik, osoba, którą wcześniej widziałam raz w życiu :) Zaczęliśmy od wina z wciśniętym korkiem wypitego na skąpanych słońcu schodach teatru muzycznego, aby potem przenieść się na spotkanie do jego przyjaciół, którzy zgromadzeni przy stole celebrowali niedzielne popołudnie kosztując domowych przysmaków, pijąc vermut. Piękny początek pięknego wyjazdu.

Kolejne trzy dni zleciały nie wiadomo kiedy. Na powolnych spacerach z głową zadartą do góry, podziwianiu organicznej architektury Gaudiego, jedzeniu jamon, odkrywania kolejnych placyków dzielnicy Gracia. Karol pokazał mi Barcelonę z najlepszej strony. Kolorową, wyluzowaną, wesołą i smaczną. Z żalem wsiadałam do autobusu, bo Barcelona podbiła moje serce. Na szczęście loty ciągle są tanie, mam nadzieję tam powrócić niebawem.

Dzisiaj garstka zdjęć z moich spacerów. Jak zwykle najciekawsi byli ludzie. I psy. Zawsze się śmieję, że moje zdjęcia pokazują miasta na opak. Ale zabytki najlepiej podziwiać w folderach, nie ma po co powielać tych samych kadrów w nieskończoność. Najciekawsze jest to, co dzieje się w bocznych uliczkach, za drzwiami kamienic. Zwykli ludzie, zwykłe życie. W niezwykłych wg mnie momentach. Zapraszam :)

 

Japońskie opowieści: Sajonara, Nihon.

Ostatnie kilka dni spędziliśmy w Tokio – mieście maszynie, japońskim do bólu, hipnotyzującym. Sentymentalnie wracaliśmy do miejsc z naszego pierwszego razu – na gwarny targ Ameyoko, do tłocznej Shibui, na ramen z Tsukiji czy udon z Minowa. Do starych wspomnień doszły nowe – zachód słońca w parku Ueno, ryż z grillowanym węgorzem, dzielnica młodych Harajuku, śmieszny sprzedawca kawy, powietrze pociemniałe od tajemniczego pyłu znad Chin. Te wszystkie momenty dodaję do naszej książki japońskich obrazów, choć większości z nich nie sfotografowałam. Przez te dwa tygodnie wydarzyło się tyle. Całe szczęście, że za nadbagaż doświadczeń nie trzeba płacić…

Nasza wycieczka była bardzo spokojna, choć intensywna. Całe dnie zabierały nam spacery, z małymi przystankami na japońskie co nieco. Odwiedzaliśmy głównie miejsca piękne i poetyckie, zielone i kojące. Wspomnianą Mijamyiję, Kioto, Kamakurę, Nikko czy uroczą Naha. Snując się małymi uliczkami obserwowałam co raz bardziej obrzmiałe pąki wiśni szykujące się wybuchu. Niestety, tym razem musieliśmy opuścić Japonię zanim stanie się krajem kwitnącej wiśni.

W bardzo długiej drodze powrotnej pochłonęłam Japoński Wachlarz Joanny Bator, który pięknie podsumował moje przemyślenia o kraju Nihon. Bez dwóch zdań to inna planeta, na której absolutnie wszystko jest inne. Ale czas wrócić na ziemię, do swojej rzeczywistości, za którą – nie ukrywam – szalenie się stęskniłam.

 

 

Japońskie opowieści: Kioto

Kiedy grubo ponad trzy lata temu opuszczałam Kioto po raz pierwszy twierdziłam, że to najpiękniejsze miejsce na ziemi, w jakim byłam dotychczas. Teraz, choć uliczki którymi przechadzaliśmy się kiedyś samotnie były gęsto zaludnione przez masy turystów, nadal podtrzymuję, że to mój kawałek raju.

Kioto ma dwa oblicza. Jedno to miasto, może nie aż tak duże jak na japońskie standardy, ale mimo wszystko ilość mieszkańców przekracza milion. W centrum, pośród gwarnych ulic tętni życie oparte na konsumpcji – cała masa sklepów, restauracji, kawiarni, samochody, światła, gwar, tłumy i tempo. To nie jest to Kioto, które ukochałam. To mieści się przy stokach gór, które otaczają miasto. W zieleni, spokoju, małych kamiennych uliczkach i przyświątynnych ogrodach. Wystarczy spokojnie spacerować i patrzeć dookoła. Kontemplacja przychodzi sama z siebie, a my z każdą chwilą osiągamy co raz większy wewnętrzny spokój. Za to Kioto kocham. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś do niego wrócę…