Alzacja – jej winnice i jej wina, czyli relacja ze świetnych warsztatów.

Przeczytałam dzisiaj u koleżanki na facebooku pewien cytat: „święta to dla mnie czas poczucia winy”. Nie będę go odnosić do swojego życia, bardziej mi pasuje do tego, co dzieje się obecnie na moim blogu. No jakby na to nie patrzeć – świąt tu nie czuć ani na centymetr. Nawał pracy nie pozwolił na przygotowanie ani jednej świątecznej propozycji, nawet w dzisiejszym artykule na ugotuj.to moje zdjęcie jest najmniej świąteczne ze wszystkich. Choć wpisów mam niemałą kolejkę, to jednak jakoś głupio mi je publikować. W końcu czas teraz i miejsce na zupełnie inne potrawy. Zamartwiam się jakim zdjęciem udekoruje wpis z życzeniami świątecznymi. W tym roku nie kupiliśmy nawet choinki, święta spędzimy każde u siebie, nie byłam na żadnym „opłatku”, w dodatku mam katar i dość zaawansowany stan podgorączkowy a choroba tylko czeka na to, aż powiem w duchu słowo „mam w końcu wolne” żeby przykuć mnie do łóżka na całe święta. O tak. Jest super.

Nie jest to ani trochę dobry wstęp do wspomnień pewnego bardzo udanego wieczoru, ale jakoś musiałam się wytłumaczyć z tego, że przeczytacie dzisiaj o winach zamiast pierniczkach, albo serniku. Świąteczna psychoza, nie ma co. Więc może zacznę jeszcze raz…

Święta, święta…!! Wszystkich tych, którzy tak jak ja mają ochotę na chwilę uciec od wszechotaczających świąt, zabieram dziś na degustację win alzackich, w której to ostatnio miałam wielką przyjemność uczestniczyć! :)

W niedawnym wpisie o spaghetti z mulami wspomniałam, że jeżeli chodzi o wybór win – jestem Niemką. Muszę to sprostować – jestem Alzaczką. Wszystkie moje umiłowane wina – Riesling, Gewurtztraminer, Sylvaner pochodzą właśnie z Alzacji – regionu Francji graniczącego z Niemcami, który w trakcie biegu historii wielokrotnie zmieniał swojego właściciela. Niemiecko brzmiące nazwy zbijały mnie z pantałyku, ale teraz jestem już pewna swojej winiarskiej tożsamości.

 Gewurztraminerowi – najpopularniejszemu alzackiemu szczepowi, przedstawiła mnie dwa lata temu moja koleżanka Sylwia, która od lat kształtuje moje winne upodobania. Przepadłam bez reszty z pierwszym łykiem tegoż, który zachwycił mnie swoją niebywałą słodyczą i aromatem właściwym tylko tym najbardziej z aromatycznych winogron. Dla mnie to hedonizm zaklęty w butelce. Jego koledzy – nieco bardziej subtelni – Riesling, Muscat i Sylvaner w czasie niedługim również podbiły moje podniebienie. Korzystam z nich może nieco rzadziej, za to nieprzerwanie zgłębiam temat Gewurztraminera. Nie będę się wdawać w konkretne nazwy, natomiast próbowałam butelek tego szczepu z różnych stron świata i nigdy nie wypadają one tak korzystnie, jak te z Alzacji. Nie jest to wino tanie – w hipermarketach można je dostać od 20 – 30 zł za butelkę, przy czym nie zawsze pochodzi ono ze swojej ojczyzny, co odbija się nieco na smaku, który bywa dużo mnie wyrazisty i dużo bardziej wytrawny. W specjalistycznych sklepach winiarskich cena jest nieco droższa, i za te alzackie możemy zapłacić w przedziale 50 – 70 zł. Nie zraża mnie to jednak absolutnie. Przyjemność jaka płynie dla mnie z każdego łyka warta jest każdej złotówki.

No więc wyobraźcie sobie jak musiałam być szczęśliwa, kiedy dostałam zaproszenie na degustację swoich ulubionych win (z tego miejsca ogromne podziękowania dla Szellki z bloga chillibite.pl, która na imprezę mnie „wkręciła” :).  Wraz z kilkunastoma innymi blogerkami spotkałyśmy się w salonie Miele, aby nie dość że degustować wina, to także ugotować co nieco pod wodzą Tomka Jakubiaka.

Wieczór zaczął się przy eleganckich okrągłych stolikach, zza których wsłuchiwałyśmy się w wykład Tomasza Prange – Barczyńskiego o historii i charakterystyce win z Alzacji. Spragnionych wiedzy teoretycznej zapraszam do zapoznania się z tym folderem (klik klik), w którym znajdziecie sprytne podsumowanie tego, co na początek wypada wiedzieć o alzackich trunkach.



Tomasz Prange – Barczyński opowiada o alzackich winach

Charakterystyczna podłużna butelka to znak rozpoznawczy win alzackich.

 

Po prezentacji pierwszych, bodaj trzech z kilkunastu win, zostaliśmy zaproszeni do stanowisk kucharskich, na których własnoręcznie miałyśmy przygotować menu pod degustacje. W całym szeregu potraw znalazły się dwie, o których spróbowaniu marzyłam od dawna – małże Św. Jakuba, czyli przegrzebki oraz osso buco, po naszemu gicz cielęca. Tomek Jakubiak jak na szefa przystało porozdzielał każdemu zadania i zaczęło się wspólne gotowanie (byłam odpowiedzialna za „gitches for my bitches” ;). I tak jak wszystkie potrawy obficie podlewaliśmy winem (nie bójcie się spróbować tego w domu) tak i nasze kieliszki wydawały się pochodzić z Kany Galilejskiej. Atmosfera z minuty na minutę stawała się coraz bardziej niezobowiązująca, a policzki co i raz czerwieńsze. W pewnym momencie, kiedy dania uznaliśmy za przyrządzone zaproszono nas do stolików. Ale, aby ktoś mógł degustować, musi wydawać ktoś. Stworzyłyśmy więc samozwańczą ekipę (z Eweliną, Moniką, MałgosiąPolką ), która skrzętnie się uwijała, aby dania na stół dojechały ładne i ciepłe.

 

  I jakoś tak w tym błogim międzyczasie doszło do rozłamu. Bo kiedy wydałyśmy ( tak naprawdę to my odwaliłyśmy ciężką robotę, a Tomek spijał całą śmietankę na salonach ;)  ) wszystkie posiłki jakoś tak ciężko było się nam odkleić od kuchni i tych wszystkich patelni, w których zostało TYLE jedzenia. Organoleptycznie kosztowałyśmy wyrobów własnych, a wina, które były już tylko numerami 6, 7, 8, 9, …  pogłębiały nasz błogostan. Mam nadzieję, że organizatorzy nie żywią do nas urazy za rezygnację z „wykładów”, ale czyż nie jest tak, że najlepsze imprezy odbywają się właśnie w kuchni?

 

Zostawiam Was z tym filozoficznym pytaniem :) I pomalutku kończę tę relację. Jest już  druga, a ja za cztery godziny muszę wstać, by wysłać chleb (którym pachnie teraz w całym domu) do Krakowa via PKP :). A potem do roboty. Więc tylko słowem podsumowania – to był naprawdę prze – świetny wieczór. Pełen smaku w najlepszym wydaniu. Chciałam serdecznie podziękować organizatorom, którzy przyjęli nas iście po królewsku. Wspomnienia tego wieczoru będę nosić w sobie tym dłużej, że w lodówce czekają jeszcze dwie butelki tego samego wina, które każdy z nas dostał na odchodne. Jak myślicie, którego szczepu? ;)))

 

Ps. Bądźcie czujni. W czasie nabliższym zostanie ogłoszony konkurs na najlepiej skomponowane danie pod wino. Nagrodą główną będzie wycieczka do Alzaci i tour po tamtejszych winnicach.

Ps II. Jeżeli lubisz, albo chciałbyś poznać bliżej Wino z Alzacji – polub jego stronę na facebooku (klik klik).

 

 

 

 

 

 

Degustacyjne foto – story :)

 

EPILOG

Kiedy prowadzący spotkanie zapowiedział ogłoszenie wyników konkursu na najlepszy przepis z winem lub serem, szepnęłam do siedzącej obok mnie Niny, że to na pewno nie ja. Klasyczny przepis na mule wydał mi się zbyt prosty na tle innych zaproponowanych w akcji. Byłam naprawdę bardzo zaskoczona, kiedy Marcin wyczytał nazwę mojego bloga :) To chyba pierwszy raz, kiedy coś wygrałam :) Jako nagrodę otrzymałam powiększony zestaw serówwin. Jakby to powiedziała moja babcia: żyć, nie umierać!! :))

The (happy) End!

 

 

Więcej informacji:

durszlak.pl

Świat Serów

Winarium Marek Kondrat

 

Bardzo winna galaretka

Realizację tego przepisu dawno temu zasugerowała mi Małgosia – pewnie ona już sama nie pamięta, że tak było. A potem na ekranie pokazał mi jak to zrobić wiadomo kto. A jeszcze potem byłam w Tesco i akurat były maliny na promocji, po których z kolei miała do mnie wpaść Magda na filmy.  Odstałam więc swoje na dziale z alkoholami, zakupiłam szardoneja, a potem w domu tę oto galaretkę poczyniłam. Hedonizm.

galaretka

 

1 butelka wina białego

żelatyna

2 opakowania malin

4 łyżki cukru

1 laska wanilii

1 opakowanie śmietany kremówki

 

Maliny delikatnie płuczemy pod bieżącą wodą. Tak tylko na wszelki wypadek – wiadomo, że ich kolor o tej porze roku jest chemią podszyty. Chyba, że importem. Maliny zalewamy winem. I odstawiamy na pół godziny. Podobno w tym czasie mają się stać porcelanowo świetliste i nabrać winnego aromatu i smaku. Z tą porcelaną, to chyba jakaś przesada, ale faktycznie – malinki podczas tej kompieli stają się winne jak cholera.

Następnie odcedzamy maliny, a wino przelewamy do garnka. Dorzucamy przeciętą laskę wanilii. Gotujemy przez 15 minut na zdecydowanym ogniu, ażeby wino zawrzało. Potem skręcamy ogień. Dodajemy cukier i żelatynę – każda żelatyna jest inna, więc proporcje najlepiej wziąć z opakowania. Kiedy wszystko ładnie się rozpuści wyłączamy gaz i odstawiamy garnek na 15 minut do wystygnięcia. Laskę wanilii usuwamy na samym końcu.

Kiedy galaretka robi się chłodna zalewamy nią maliny i wstawiamy do lodówki.

I teraz tak. Chcąc być wierna przepisowi pokazanemu na ekranie nie czekałam aż galaretka zetnie się na sztywno. Śmietanę również ubiłam trochę mniej niż zazwyczaj. I… No cóż, co przyzwyczajenie, to przyzwyczajenie – trochę zjadłam, a resztę odstawiłam do lodówki, żeby się porządnie ścieła. Nazajutrz smakowała obłędnie.

Z butelki wina wyszły 3 kieliszki. Nie wiem jaką moc ma galaretka sama w sobie, bo wiadomo że przy takich deserach dobrze mieć niezależny kieliszek w dłoni – a nóż alkohol w trakcie gotowania odparuje swoją cudowną moc. Ten wariant to wariant z białego wina, ale już widzę tutaj w internecie przepisy na galaretki z białego, czerwonego, różowego, słodkiego, pół, wytrawnego. Także, kak choczesz.

Tak sobie myślę też, że na przykład taki owocowy zinfandel bardzo dobrze połączyłyby się z truskawkami, które już tuż tuż…