Weekend w Warszawie

Nie mogłam nie zobaczyć jak moje miasto zmienia się na czas Euro. Toteż w ubiegły czwartek spakowałam się i po dziewięciu ekscytujących odcinkach serialu Breaking Bad byłam już pod strefą kibica. Pierwsze kroki skierowałam do Bagno Food & Wine, żeby wraz z przyjaciółką wznieść toast za nadciągający weekend.  To ciekawe być gościem we własnym mieście. W te trzy dni zafundowałam sobie moją ukochaną Warszawę w pigułce. Wędrując po ulubionych miejscach, odwiedzając nowe, które powstały tuż przed moim wyjazdem. Spotykać się ze znajomymi, krzyczeć przy sytuacjach podbramkowych, zarywać noce, wypełniać dnie do ostatniej sekundy. A po trzech dniach wracać przez kolejne 9 odcinków tego samego serialu z uśmiechem na ustach. To był niezapomniany weekend. Takiego samego życzę i Wam!

A po jeszcze więcej zdjęć z tego weekendu, ale nie tylko, zapraszam na: W czeszkach po Pradze

Miejsca, w których czas się zatrzymał…

Klucząc po ukochanej Warszawie trafiam do miejsc, w których czas się zatrzymał. Żywcem wyjętych z dawnej epoki, z dawnego ustroju. Uroczych i prawdziwych, które tylko minimalnie próbują się dostosować, nadążyć za tempem współczesności.

W księgarni Warszawianka na Placu Bankowym, mój Tato kupował mi książki zanim przychodził po mnie do szkoły. W środku nie zmieniła się w ogóle, inne są tylko tytuły na półkach. Nie ma ich wiele. Ale jeżeli znajdziesz już coś dla Ciebie, to Pani przy kasie zamiast zwrócić się do Ciebie po imieniu przeczytanym na Karcie płatniczej przetrzyma zakupioną przez Ciebie książkę w ręku. Przekartkuje ją, wyrazi zdziwienie, że można tak fajnie wydać książkę o ciastach. A potem opowie Ci, że w sumie nie rozumie jak to jest, ale tak jakoś w międzyczasie straciła ochotę na słodycze. Że kiedyś mogła zjeść paczkę ciastek, teraz z rzadka wystarczy jej kostka czekolady.  Bezduszna gdzie indziej procedura zakupu zmienia się w życzliwą pogawędkę…

W domu handlowym Sezam utrzymał się ład i porządek peerelowskiego sklepu. Słodycze kupisz na innym stoisku, alkohol na jeszcze innym. Jeżeli dokładnie pomyszkujesz, to zobaczysz doklejone stoisko z wyciskanymi sokami z owoców. Na piętrze drogeria i artykuły gospodarstwa domowego. Miliony foremek, szklaneczek, kryształów, porcelany. Panie w mundurkach.  W mocnych i jaskrawych makijażach po same brwi. Wyfiokowane. Opryskliwe do granic możliwości. Mogłabym je obserwować godzinami.

Nie inni są handlarze z bazarku na Kole. Wcisną Ci szkło, mówiąc że to diament. Sprzedadzą Ci serwis, mimo że potrzebowałeś tylko filiżanki. Jedni szarmanccy, drudzy grubiańscy. Wycenę Twojej osoby zawrą w cenie bibelotu. Słowo asertywność w konfrontacji z nimi nabiera zupełnie nowego znaczenia.

 



A dziś z przyjaciółką odwiedziłam bar mleczny Bambino. Odmalowane ściany i nowe krzesła nie odwrócą uwagi od barejowskiego klimatu, który już na wejściu tworzy tablica z menu i Pani kasjerka w szklanej gablocie. Zna wszystkie ceny na pamięć. Niespotykane nigdzie indziej końcówki cen wbija zajadle na kasę i wydaje kolejne paragony z zamówieniem. W barze mlecznym nie ma podziałów. Wszyscy jesteśmy równi. Studenci z biznesmenami, artyści z emerytami. Tyle samo stoimy w kolejce, jesteśmy obdarzani tymi samymi spojrzeniami kasjerki. A jednak stoimy, w porze obiadu nawet pół godziny i czekamy aż zwolni się stolik, żeby zjeść jak u mamy. Zresztą gdzie, jak nie w mleczakach właśnie, pogodzimy na jednym talerzu wszystkie zachcianki. Buraczki z ziemniakami i wątróbką. Kaszę gryczaną z kotletem schabowym. Do tego kompocik,bo kompocik musi być. Rozwodniony i za słodki. Przepyszny. I leniwe, koniecznie leniwe.

Takich miejsc, nie tylko w Warszawie, jest coraz mniej. Giną w starciu z nowoczesnością, z walką o atrakcyjne grunty czy lokale w dobrych punktach. Więc warto je odwiedzać, póki jeszcze są. Bo co nam po chłodnej uprzejmości i ogładzie korporacyjnych sieciówek? Nuda Panie, nuda.

 

 

 

 



 

 

Zagadkowe śniadanie.

Jego zagadkowość rozwiąże się dość szybko, jeżeli udacie się do kawiarni mieszczącej się na skrzyżowaniu ulic Jana Pawła oraz Elektoralnej…

 

 

Pierwszy raz umówiłam się tam z koleżaneczkami. Chwaliły to miejsce, mówiły że fajne. Przy ploteczkach podgryzałyśmy ciasta, popijając je przepysznym gazowany eko – napojem o smaku melona i limonki bodaj. Miejsce spodobało mi się na tyle, że pewnego dnia będąc po porannej wizycie u lekarza vis a vis postanowiłam odbyć tam śniadanie.

Na tablicy bogata oferta poranna. Można przebierać w kiełbaskach, konfiturkach, bułeczkach, twarożkach, rogalikach. Solo lub w zestawie. W nowych miejscach bywam ostrożna, więc biorę klasykę. Croissant, do tego sadzone. I szklaneczka wyciskanego soku z owoców. Mniej niż 15 złotych. Ekstra.

Zaczynam od rogalika. Oj bida. Niestety smakuje tak jak wygląda. Jest nadmuchany do granic możliwości i kompletnie bez smaku. O czymś takim jak masło w życiu nie słyszał. Ratuje go troszkę konfitura śliwkowa, ale tylko o jeden kęs. No nic. Przejdźmy do sadzonych. Sadzone podane w wersji kompromisowej – czyli jedno żółtko jest płynne choć już ścięte, drugie zaś rozlane w formie jajecznico – omleta. Nie posądzam przyrządzającego o aż tak strategiczne podejście, ale też i nie mam żalu. Jednak chcąc nie chcąc moje myśli uciekają ku perfekcyjnie wysmażonemu jajku z Charlotte serwowanym na jednej z kanapek…  Kwestia jajka to jednak cisza przed burzą jaką wywołuje kawałek smarowidła spoczywający nieopodal. To nie jest masło! To jakiś produkt masłopodobny, paskudnie roślinny w smaku. Chleb przegryzam na sucho, bo przecież nie skorzystam. Fuj, bardzo nieładnie. Żeby złagodzić dyskomfort biorę sernik z kajmakiem. Całkiem jest smaczny. Masa na wierzchu jakaś taka tylko gumowata. Ale ostatecznie coś zjadam do końca, bo człowiek nie jest taki, żeby nie zjadł sernika. Ciasta w „Zagadce” mogą się Wam wydać znajome Przypuszczam, że dostarcza je jedna firma, która obsługuje kilkanaście warszawskich kawiarni. Są niezłe. Jeżeli tylko będzie się omijać ciasto czekoladowe, a raczej czekoladopodobne, powinno się obyć bez rozczarowania. Ale i bez zachwytów i łakomych myśl o drugim kawałku.

 

 

 



To nie jest tak, że to miejsce jest fatalne i przytrafiło mi się najgorsze śniadanie świata. Nie jestem Magdą Gessler, ale myślę sobie, że za pomocą tylko drobnych zabiegów mogłoby być naprawdę super. W końcu diabeł tkwi w szczegółach. Na przykład zmieniłabym dostawcę croissantów. Zakupiony osobno kosztuje 5 złotych. To tyle co w Charlotte, czy Vincencie, a różnica w smaku jest niebotyczna. Nawet taka pierdółka jak to zwykłe masło do chleba i już nie byłoby powodów do niezadowolenia. Ale może ja przesadzam i zwyczajnie się czepiam.  Czas  w końcu zweryfikował trafność przedsięwzięcia – ludzi nie brakuje, a miejsce cieszy się dobrą sławą od trzech lat.

Sam lokal powierzchniowo jest całkiem spory. Oprócz sali na parterze posiada antresolę, oraz schowane na górze dwie mniejsze sale. Panuje w nim niezobowiązujący klimat, obsługa jest super. Dziewczyny są uprzejme, wyluzowane, ale nie przeluzowane, co czasami się zdarza. Wyobrażam sobie, że w Zagadce można sobie przesiadywać godzinami. Rozmawiać, grać w planszówki i próbować tamtejszego menu, które wypisane jest na tablicy. Kryją się w nim przyrządzane na miejscu sałatki, naleśniki, kanapki i zmieniające się propozycje lunchowe. Ale to już następnym razem.

PS. A w kwestii konkursu na Bloga Roku… Uśmiecham się przymilnie, mrucząc pod nosem: H00816 na numer 7122 :))









Cafe Zagadka

ul. Elektoralna 24

www

Le Vanille

To bardzo ładne miejsce. Przede wszystkim. Stylowe, minimalistyczne, wymyślone z wielkim smakiem i dbałością detale. Nowojorskie – chciałoby się napisać. Idealne, żeby spotkać się z przyjaciółeczkami, poplotkować, pochwalić się zakupami haendemu, omówić ostatni odcinek Plotkary. Skubać babeczki i popijając je świetną herbatą odwzajemniać uśmiechy przemiłej obsługi. Jeżeli nie w głowie nam moszczenie się przy stoliku, a słodkość wolimy celebrować samotności, tyłem lub bokiem do innych, zawsze można zająć miejsce przy szybie i upajając się wonią białych lilii pofilować na ul. Kruczą, która nieprzerwanie jest in. Jeśli nam mało, to babeczki można zakupić na wynos. Niestety po opuszczeniu lokalu czar nieco pryska i designerskie babeczki nagle zaczynają smakować jak zwykłe kapkejki.

 

 

 

 

 

 

 

 



 

 

Le Vanille

ul. Krucza 16/22