Pasta kanapkowa z zielonego groszku

Na kilka dni przed każdym planowanym dłuższym wyjazdem rozpoczyna się u mnie akcja czyszczenia lodówki. Kiedy ja będę daleko, w kuchni będzie rządził makaron ( z jajkiem, serem, pesto i brokułami), więc muszę ocalić od zmarnowania te wszystkie ponapoczynane rzeczy które leżą na półkach lodówki, a które mój mąż uznaje za zbyt ekstrawaganckie i kłopotliwe. Wstrzymuję wtedy wszystkie zakupy wyjątek czyniąc jedynie dla pojedynczych składników, które będą łącznikiem większej całości ze wszystkich lodówkowych resztek. Pysznie się przy tym bawiąc z satysfakcją obserwuję jak przestrzeń lodówki się powiększa i absolutnie nic się nie marnuje.

W taki sposób powstała ta pasta kanapkowa: z zapomnianej resztki zielonego groszku, kawałka fety i trzech gałązek koperku. Łagodna w smaku, odświeżająca, idealna do lekkich, wiosennych kanapek.

PS. A nie ma mnie w domu, bo jestem w Warszawie. Jutro będzie można mnie odwiedzić na trzeciej edycji Urban Marketu, który odbywa się w klubie 1500 na Solcu. Ze swojej strony gwarantuję dużo serników, świeże domowe croissanty oraz TE pączki. Serdecznie zapraszam!

100 g sera feta

1 szklanka mrożonego zielonego groszku

2 łyżki posiekanego koperku

1 łyżka natki pietruszki

1 łyżka oliwy

sól, pieprz

Mrożony groszek wsyp do wrzącej, osolonej wody i gotuj przez 6 minut. Odcedź go i przelej zimną wodą. Umieść w blenderze, dodaj koperek, pietruszkę, oliwę i ser feta. Zmiel wszystko do uzyskania gładkiej masy. Dopraw solą i pieprzem wg. uznania. Przełóż pastę do miseczki, owiń ją folią spożywczą i wsadź do lodówki na przynajmniej 4 godziny, aby smaki mogły się przegryźć.

Smacznego!

Dulce de leche. A może kajmak?

Dulce de leche czy może kajmak? W zasadzie to nie wiem jaka między nimi jest różnica. Przepisy z książek, gdy mowa o dulce de leche, polecają zagotować puszkę mleka skondensowanego, a przecież my wiemy, że tak się robi właśnie kajmak. W sumie to jest to w sumie to samo – bo kajmak powstaje z mleka skondensowanego, a dulce de leche to też nic innego jak bardzo skondensowane mleko z cukrem. Tylko troszkę jaśniejsze niż produkt, który wyjmujemy z puszki po trzech godzinach gotowania w garnku z wodą.

Dawno temu spróbowałam zrobić domowe dulce, ale odniosłam sromotną porażkę. Mleko mi się przypaliło i cała zawartość garnka trafiła do zlewu. Ostatnio chciałam zrobić ciasteczka, w których dulce de leche odgrywało ważną rolę. Zmieszałam więc mleko z cukrem, dodałam ziarenka z połowy laski wanilii i mając na uwadze poprzednie doświadczenia na wolnym ogniu przez prawie dwie godziny odparowywałam mleko.

Tego dnia nadziałam ciasteczka domowym dulce de leche, a już następnego dnia ponownie gotowałam mleko z cukrem, tym razem ze sporym dodatkiem rumu i znowu wanilii. Tak na wszelki wypadek, żeby było. Potem okazało się, że tym dulce de leche można też nadziać pączki i dodać do sernika. I znowu zrobić kolejną porcję, żeby stała w lodówce i co dnia  kurczyła się o jedną, dwie łyżeczki.

Przygotowanie domowego dulce de leche jest w zasadzie niekłopotliwe. Przez 80 procent czasu gotowania nie wymaga ono naszej uwagi. Po prostu stoi sobie na palniku i perkocze powoli. Dopiero pod koniec, kiedy zaczyna się pienić i karmelizować, musimy przy nim trochę postać i podjąć ważną decyzję – czy odparowujemy je jeszcze bardziej, czy pozostajemy przy lekkim sosie. Ja wolę kiedy dulce jest gęste. Bo wtedy mogę pod koniec gotowania stać nad garnkiem i mieszać je trzepaczką, patrzeć ja z niej ścieka i widzieć te mazy, które tworzą się na coraz gęstszej powierzchni. I obserwować, jak zmienia konsystencję na gładziutką i kremową (choć taka zabawa w nadmiarze pewnie nie była by polecana przez cukierników, jako że mieszanie wprowadza bąbelki powietrza do mikstury powodując krystalizację. Ale ja mam to w nosie, bo nawet jak mi dulce zgęstnieje bardziej niż powinno, to lekko je podgrzewam z dodatkiem trzech łyżek mleka i znowu jest plastyczne).

Wielkanoc za pasem. A przecież Wielkanoc kajmakiem, a może dulce de leche stoi. Ja sama mam dla Was w zanadrzu dwa przepisy z jego użyciem. Może więc warto z nim spróbować, zamiast kupować kolejne puszki słodzonego skondensowanego. Wydaje mi się, że to domowe wychodzi troszkę taniej. W dodatku nie kupujemy kota w puszce, bo sami wiemy co dajemy do środka. A można wiele – ja zaczęłam od rumu i wanilii. Ale już po głowie chodzi mi czekolada, mleko kokosowe czy Soplica orzechowa. Oj będzie słodko. A pretekst do jego wykorzystania zawsze się zajdzie. Nie tylko na Wielkanoc.

1 szklanka cukru

2 szklanki mleka

1/2 laski wanilii (lub 2 paczki cukru wanilinowego)

50 ml rumu (opcjonalnie)

Wszystkie składniki umieść w garnu i delikatnie przemieszaj. Postaw na średnim ogniu i gotuj przez ok. 1,5 – 2  godziny raz na jakiś czas zaglądając, czy masa nie zaczyna bulgotać. Kiedy masa zacznie się pienić to znak, że mikstura zaczyna się karmelizować. Przemieszaj ją sporadycznie, a kiedy zobaczysz, że łyżka zostawia ślady (ewentualnie, jeżeli przejedziesz palcem po łyżce, a dulce de leche nie spłynie z niej) to znak, że dulce de leche jest gotowe. Jeżeli masz ochotę a gęstsze, możesz gotować je jeszcze dłużej, ale uważaj, aby się nie przypaliło. Gotowe dulce de leche przelej do słoiczka. Kiedy będzie stygnąć, zgęstnieje jeszcze trochę. Potem trzymaj je w lodówce, może w niej postać całkiem długo. Jeżeli zgęstnieje zbyt mocno (na jego wierzchu prawdopodobnie uformuje się krucha skorupka) podgrzej je w garnuszku z dodatkiem dwóch – trzech łyżek mleka. A gdyby masa miała grudki, przelej ją przez sitko. I gotowe.

Hummus

Wbrew pozorom hummus nie jest aż takim prostym daniem. Niby to tylko cztery składniki, ale tu naprawdę liczy się każde pół łyżeczki, aby osiągnąć idealną równowagę pomiędzy słodyczą cieciorki, kwaśnością cytryny i orzechową goryczą sezamu. I tak naprawdę ile ludzi, tyle przepisów, jak ze wszystkim. Zwłaszcza na bliskim wschodzie, gdzie cieciorkowa wojna toczy się równie zażarcie co konflikt zbrojny. 

Hummus można robić pod siebie – z papryką, z pietruszką z kminem rzymskim, gęstszy, rzadszy. Idealnie, jeżeli przed jego robieniem nasionka cieciorki pozbawi się skórki. Ale ktokolwiek kiedykolwiek się za to zabierał wie, jak żmudne jest to zadanie. We współczesnej wersji kopciuszka zamiast kazać mu oddzielać ziarenka maku, dałabym mu do łuskania ugotowaną cieciorkę. Więc jestem wstanie przecierpieć mniej jedwabistą konsystencję na rzecz kilku zaoszczędzonych godzin. Ale wracając do hummusu. Mój jest średnio gęsty i bardzo łagodny. W wojnie na najlepszy hummus świata myślę, że gdzieś tam jest hummusem środka :)

1 szklanka ugotowanej cieciorki

1/2 szklanki wody z gotowania cieciorki

1 ząbek czosnku

2 łyżki tahiny

1/2 dużej cytryny

1/3 szklanki oliwy

Cieciorkę, czosnek, tahinę, sok z cytrny umieść w misie blendera. Wlej oliwę i 3 łyżki wody z gotowanej cieciorki i zacznij miksować. Po mału dolewaj pozostałej wody z ugotowanej cieciorki do otrzymania ulubionej konsystencji. Hummus możesz podawać od razu, ale najlepiej smakuje po nocy w lodówce. Rozsmaruj go po talerzu, skrop oliwą. Podawaj z chlebem pita. Ewentualnie posmaruj nim bajgla, do którego dorzuć dwa plastry sera halloumi, rukolę i kawałki pieczonej dyni. Będziesz na pewno zadowolony :)

Dyniowe pesto

Czy dyniowy szał twa u Was nadal? Często zastanawiam się, czy dynia nie jest traktowana insrumentalnie. Do haloweeen jest wszechobecna, krzyczy z każdego straganu, a potem, wraz z wybiciem 31 października znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki…

Przyznam się, że i u mnie chwilowo nastąpiła dyniowa przerwa, ale w spiżarce czeka kilka pomarańczowych hokkaido, które z lubością znowu przerobię na cuda. Tymczasem mam w zanadrzu kilka dyniowych przepisów, którymi podzielę się z Wami pierwszej kolejności, gdyż sezon dyniowy ewidentnie jest już na finiszu.

Zaczniemy od dyniowego pesto. Nieskromnie powiem, że jest to najlepsze pesto jakie udało mi się zrobić. Jest szalenie intrygujące, intensywne i wielopoziomowe w smaku.  Ostre od rukoli, tajemnicze od szałwi, słodkie od dyni, orzechowe i słodko – słonawe od trzyletniej goudy. Jeżeli nie macie takowej, zastąpcie ją parmezanem. Nic się takiego nie stanie.

3 plastry upieczonej dyni hokkaido (ok. 50 g)

spora garść orzechów włoskich

8 dużych liści szałwii

150 g rukoli

1 ząbek czosnku

80 g dojrzewającej goudy (3 – letniej)

oliwa, sól

Orzechy podpraż przez kilka minut na suchej patelni. W blenderze umieść rukolę, szałwię, czosnek, dynię, dodaj przestudzone orzechy. Wlej kilka łyżek oliwy i paroma ruchami blendera zmiksuj wszystko na dość gładką masę. Przelej do miseczki.  Ser zetrzyj na tartce o najdrobniejszych oczkach. Dodaj do miski, zamieszaj. Następnie dodaj szczyptę soli oraz tyle oliwy, aby otrzymać ulubioną konsystencję. Ja lubię jak pesto jest gęste, ale Ty może wolisz inaczej. Pesto jest doskonałym dodatkiem do kanapek, ale idealnie smakuje też z makaronem, posypanym orzechami,świeżo startym serem oraz uprażonymi na oliwie listkami szałwii.