Craftsman and Wolves

Po dwóch dniach pełnych szarości mgła ustąpiła i od rana świeci słońce. Wysiadam z autobusu na skrzyżowaniu Castro z Osiemnastą i kieruję się na wschód – ku dzielnicy Mission. Powietrze jest rześkie, słońce niespiesznie wędruje ku górze, tęczowa ulica dopiero budzi się do życia. Wokół brzęczą przesuwane stoliki, nozdrza co rusz drażni aromat świeżo mielonej kawy.  Mimo dość wczesnej pory z Tartine wylewała się kolejka. Ale dziś nie stanę na jej końcu. Przechodzę obok tłumu, wciągam haust maślanego powietrza i idę dalej. Cel mojej porannej wycieczki mieści się przecznicę dalej. To Craftsman and Wolves na ulicy Valencia.

_MG_8987

Craftsman and Wolves to cukiernia, ale zupełnie niezwykła. To jakby butik ze słodką konfekcją. Designerską, nowoczesną i z pazurem. Nic nie jest tam zwyczajne. Wszystko ma na siebie pomysł i wygląda jak milion dolarów.

_MG_8976

Jak zazwyczaj przy pierwszym razie – nie wiadomo co wybrać. Pomaga trochę wielkość ciastek – wyglądają na takie, z którymi można rozprawić się w czterech kęsach. Komponuję więc sobie talerz degustacyjny. W intencji Marty (która po raz pierwszy opowiedziała mi o nich) biorę zachwalane przez nią malutkie ciastko cytrynowe. W intencji Małgosi biorę croissanta laminowanego masłem z harissą i warzywami, o którego pojawieniu się doniosła mi dzień wcześniej via facebook. Swoją ciekawość zaspokajam zdefiniowanym na nowo pain au chocolat, który błyska do mnie powłoczką z czekoladowego szkła. Mój talerzyk wygląda tak, że nie jestem w stanie powstrzymać uśmiechu do ucha. Muszę się aż z niego wytłumaczyć zaniepokojonej kasjerce, że nie śmieję się z, ale uśmiecham do. Patrząc na poniższe zdjęcie – dziwicie mi się?

_MG_8947

Zaopatrzywszy się w tap water zasiadam do degustacji. Rolę śniadania pełni croissant z harissą. Ciasto francuskie jest świetne – lekkie, idealnie się listkuje. Ale przyznaję, że harissy nie wyczuwam zbyt mcno. Myślałam, że masło zostanie doprawione nią solidnie i być może zrobi się nieco gorąco. Super natomiast są warzywa, które w croissanta zostały wciśnięte w konwencji czekoladowych paluszków w pain au chocolat. Mają lekko kwaśny posmak i świetnie się komponują ze słodkawym francuskim. Croissant udaje mi się zjeść sprawnie, nie nakruszywszy zbytnio dookoła.  Było śniadanie, pora na deser.

_MG_8974

To jedno z najpiękniejszych ciastek jakie jadłam. Przyznaję rację Marcie – wygląda jak małe dzieło sztuki. Kruchuteńkie ciasto nie stawia żadnego oporu, więc widelec zatapia się w warstwie włoskiej bezy i cytrynowego kremu. Pierwszy kęs jest rozkoszny – kruchość, kremowość, kwaśność, słodycz… Ale przy drugim i trzecim zaczyna zapalać mi się czerwona lampka. To maleńkie cudo okazuje się być potworem, który ewidentnie chce mnie zgładzić swoim słodkim jadem. Jestem twardą zawodniczką, więc gram do końca. Ale bynajmniej nie czuję się wygraną w tej potyczce. W moich ustach rozlega się symfonia słodyczy. To uczucie porównywalne z tym, kiedy nie podpasują nam perfumy, którymi właśnie się skropiliśmy i mimo usilnych starań ich zapach nie chce zejść z naszej skóry. Pomocy!

_MG_8972

W takiej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak wypić dodatkową szklankę wody i poprosić o torebkę na wynos dla francuskiego ciastka. Jadę do domu z niewyraźną miną, podejmując postanowienie, że przez najbliższe tygodnie nie zjem ani grama cukru. Ulgę przynosi oblizanie łyżki po gorzkiej czekoladzie, którą topiłam do sesji zdjęciowej. Smak słodyczy znika, ale cukrowy haj zostaje. Po sesji skręcam komodę od Szwedów, sprzątam mieszkanie i trzykrotnie bejcuję kuchenną wyspę. Kto by pomyślał, że przy pomocy małego ciastka z chu#$5ej pani domu stanę się perfekcyjną. Dziękujemy Ci Craftsman and Wolves!

_MG_8958

Ps. Narracja zaczęła żyć własnym życiem i nie zdążyłam napisać kilku rzeczy. Na przykład tego, że obok mnie prawie wszyscy jedli muffinka o nazwie The Rebel Within – po przekrojeniu go na pół ukazuje się nam całe jajko z cieknącym żółtkiem. Jest flagowym produktem zakładu i sprzedają z nim nawet koszulki. Nieźle, co? Ponieważ gardzę muffinami, nawet takimi bajeranckimi, odpuściłam go sobie. Przynajmniej natenczas ;)

Nie opowiedziałam Wam o wnętrzu. Że jest super nowoczesne i świetnie zaprojektowane. Może brakuje mu przytulności, ale ten styl doskonale koresponduje z zawartością gablotek. Zresztą, wejdźcie na mojego bloga o San Francisco – Awesome, duude!  i zobaczcie więcej zdjęć.

Nie napisałam zakończenia, a przynajmniej nie tak jak chciałam na początku: … okazało się, że zaraz obok Craftsman i Woves, dosłownie drzwi obok mieści się nowoczesna manufaktura czekolady. To odkrycie sprawiło, że na pozwolenie na pracę czekam wyjątkowo mocno.

Nie napisałam też, że wcale nie mam żalu o to słodkie ciastko. Uważam, że było najśliczniejsze i najsłodsze. I pewnie będę je omijać, to przecież pozostaje 75% innych rzeczy do spróbowania. Niezwłocznego.Zupełnie straciłam dla nich głowę.

Jak potoczyły się losy czekoladowego kwadratu? Mimo, że wiozłam go domu w kieszeni, nie ukruszył się nawet ociupinkę. Ugotowałam do niego cynamonowe mleko, zrobiłam sesję i… oddałam mężowi. Powiedział, że bardzo dobry ;)

_MG_9134

craftsman

_MG_9146