Święta, święta…

Na święta przyleciała do nas moja Mama. Dzielna, samiutka pokonała tak daleki dystans, żebyśmy nie musiały do siebie tęsknić przy wigilijnym stole. To ona jest motorem tegorocznego Bożego Narodzenia, żeby przebiegło w polskiej tradycji, jak w domu, przy stole uginającym się od wszystkiego. Nam samym by się pewnie aż tak nie chciało.

Ledwo się rozpakowała, już leciałyśmy po kapustę, żeby nakwasić liści na gołąbki i mieć z czego zrobić pierogi. Oprócz chwilowej przerwy na hawajskie wakacje nasze dni są wypełnione świątecznymi przygotowaniami. W polskim sklepie wykupiłyśmy chyba cały twaróg i kiszoną kapustę ( tej domowej wyszło zdecydowanie zbyt mało), a moja lodówka znowu wróciła do czasów swojej świetności. Jeszcze jeden dzień i nie starczy w niej miejsca na światło.

Po całym roku eksperymentowania i szukania nowych smaków święta to czas, kiedy z rozkoszą powracam do tradycyjnych smaków. Mieszkając tutaj tęsknię za polską kuchnią wyjątkowo mocno. Zwłaszcza za taką przygotowywaną przez Mamę. Dla tego nasze święta będą bardzo klasyczne: będzie karp (kupiony w azjatyckim sklepie!), mięsne gołąbki (z ukiszonych liści kapusty), przepyszny bigos (którego z dnia na dzień w garnku coraz mniej, zwłaszcza tych kawałków kiełbasy, które działają na mnie tak samo jak orzechy w pleśniawcu), sałatka dziadówka (tu cieszy się mój mąż, że teściowa zrobiła, bo na żonę w tym przypadku nigdy nie może liczyć) , są śledzie (patrz wyżej). Będą też roztoczańskie pieczone pierożki z kaszą gryczaną pierogi, tyle że zamiast pieczarek trafią do nich suszone prawdziwki, które miesiąc temu przyniósł do nas listonosz.  Razem z suszonymi jabłkami na kompot wigilijny.

I mogłoby być tych rzeczy jeszcze dużo dużo więcej, bo moja mam to prawdziwa torpeda, którą nieustannie musimy hamować, tłumacząc, że tym razem nie odwiedzi nas cała rodzina i jesteśmy tu tylko we troje, a święta są o jeden dzień krótsze. Widzę wtedy znaczące spojrzenie mojej mamy na zamrażarkę, w której jest tyle miejsca ;)

Z całego menu udało mi się wynegocjować, a w zasadzie brutalnie zawłaszczyć część z deserami. Coś w końcu muszę przygotować sama od a do z, jak na gospodynię przystało :) Zrobię podejście nr dwa do sernika krakowskiego, choć ciągle pamiętam swoją sromotną porażkę sprzed trzech tygodni, kiedy z piekarnika wyciągnęłam coś przypominającego sernik o smaku zupełnie niezidentyfikowanym (ale o tych przygodach jeszcze sobie pomówimy). Być może w ostatniej chwili wrzucę do sernika te michałki, co to leżą na stole i każdy unika ich jedzenia, a jednak z dnia na dzień ich poziom się obniża. Koniecznie zrobię też szarlotkę orzechową, która szturmem podbiła Wasze serca w ubiegłym roku. Tym razem zamiast orzechów włoskich dodam orzechy laskowe. Od wczoraj trwa produkcja „szachownicowej” strucli z ciasta brioche. Jest to wypiek eksperymentalny, dam Wam znać jutro jak poszło.

I w kwestii świąt to chyba tyle. Jutro przygotowania, we wtorek wigilia. Nie ukrywam, że mam tremę, bo to pierwsze takie święto u nas…

Życzeń świątecznych Wam nie składam. To czas, kiedy każdy daje z siebie wszystko co najlepsze, więc na pewno będą radosne, spokojne i smaczne. Co innego życzenia noworoczne, ale na nie mamy jeszcze czas.

Zamiast pocztówki z bombką lub zdjęcia choinki – zdjęcia z azjatyckiego super marketu, gdzie udało się nam dzisiaj kupić karpia. Nie było go w sklepie polskim, skończył się w rosyjskim, a tu proszę. Nie ukrywam, że kiedy ujrzeliśmy pływające w akwarium karpie, kamień spadł nam z serca. Bo co to by za święta były, gdyby karpia nie było. Muszę jeszcze tylko upiec do niego chleb ;)

karp wigilijny

karp wigilijny