Kremowy sernik rabarbarowy, z kremem mascarpone, truskawkami i kruszonką

Znowu jestem w Warszawie i z drobnymi przerwami trochę w niej teraz pomieszkam. Przyjechałam tutaj w konkretnym celu i nie wyjadę, dopóki go nie osiągnę. Sprawa tyczy się mojej pracy magisterskiej – koszmaru, który jeżeli dobrze policzę, spędza mi sen z powiek od dobrych 6 lat. Mam już dość bronienia się przed obroną, zaliczania kolejnych różnic programowych, sponsorowania kolejnych remontów swojej szkoły. Przynajmniej jedna z jej sal powinna być mojego imienia – Moniki Waleckiej, wiecznej studentki, hojnej donatorki… Stawiam więc sprawę na ostrzu noża. Albo ona, albo ja. Teraz albo nigdy.

No więc mieszkam sobie w naszym pustym mieszkaniu, w którym oprócz tysiąca filmów na dvd, kilku książek kucharskich drugiej potrzeby, 2 misek, 4 talerzy i 2 szklanek niewiele jest. Nie przeszkadza mi jednak ten minimalizm środków i w zasadzie kiedy minęła pierwsza rozpacz związana z rozłąką to cieszę się, że dla odmiany mogę tu troszkę sobie pomieszkać i pooddychać warszawskim powietrzem. Pierwszego dnia kupiłam kilka niezbędnych do życia rzeczy: okrągłą tortownice, tarkę, pęk kolendry i doniczkę z bazylią, której zapach nieodłącznie kojarzy mi się z latem. Zajrzałam też na Halę Mirowską, której stragany kuszą nowalijkami. Wyjątkowo oparłam się szparagom, ale rabarbarowi już nie mogłam. Zwłaszcza, że tutaj kosztuje trzy razy taniej niż w Pradze.

Pomysł na rabarbarowy sernik zakwitł w mojej głowie całkiem niedawno, ale ostatecznego kształtu nabrał w ostatniej chwili, kiedy do koszyka wkładałam twaróg sernikowy. Ciastka owsiane już stały na półce, aby przemienić się w spód ciasta, ale tym razem postanowiłam postąpić na opak. Bardzo kremowy sernik z pieczonym rabarbarem, taki ledwo ścięty, pokryty warstwą kremu ze śmietany i mascarpone, na to świeże truskawki. I kruszonka. Morze chrupiącej, maślanej kruszonki, która podkreśli kremowość i jedwabistość sernika.

Spróbowała go Magda. Kiedy wzięła do ust pierwszy kęs zapytała, czy może po prostu nic nie mówić. Potem była Basia, którą sernik przeniósł do czasów dzieciństwa i przyjemnych wspomnień. Z usty Sylwii i Jarka wydobyły się tylko ciche pomruki zadowolenia. A ja myślę sobie o nim, że teraz w sezonie należy go upiec przynajmniej dwa razy. A na wszelki wypadek zamrozić jeszcze pięć kilo rabarbaru, gdyby w środku ciężkiej zimy naszła nas ochota na przypomnienie sobie smaku lata.

 

Przygotuj pieczony rabarbar:

 1 kg rabarbaru

2 łyżki cukru

Rabarbar opłucz, pokrój na kawałki o długości 5 cm. Ułóż na blaszce do pieczenia, posyp cukrem. Piecz w piekarniku nagrzanym do 160 stopni przez 30 minut. Pozostaw do ostygnięcia. Przygotuj masę sernikową:

 1 kg twarogu trzykrotnie mielonego*

1/2 laski wanilii (lub 2 opakowania cukru wanilinowego)

2/3 szklanki cukru

7 jajek

200 ml śmietany kremówki 30% lub 36%

2 łyżki mąki ziemniaczanej

cały upieczony rabarbar

Do miski wrzuć połowę upieczonego rabarbaru i cukier, wanilię (lub cukier wanilinowy), utrzyj je na gładką masę. Dodaj twaróg i rozpocznij miksowanie wbijając do sera kolejne jajka. Nie przerywając miksowania dodaj śmietanę i pozostały rabarbar, a na samym końcu mąkę ziemniaczaną.

Przelej masę do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia. Piecz w piekarniku nagrzanym do 150 stopni do momentu aż sernik się zetnie, przez ok 50 minut. Sernik jest gotowy, kiedy lekko potrząśnięty zachowuje się jak galaretka. Jeżeli wolisz bardziej wypieczone serniki, zostaw go w piekarniku na 20 minut dłużej. Gotowy sernik wystudź, a następnie schowaj do lodówki, przynajmniej na całą noc. Przygotuj krem:

 200 ml śmietany kremówki

250 g serka mascarpone

 Śmietankę ubij na sztywno, dodaj ser mascarpone i miksuj krótką chwilę do uzyskania gładkiego kremu. Rozprowadź go po wierzchu przestudzonego sernika i schowaj do lodówki. W międzyczasie przygotuj kruszonkę:

50 g miękkiego masła

2 łyżki płatków migdałowych

2 kopiaste łyżki wiórków kokosowych

6 łyżek mąki

6 łyżek cukru

W misce zmieszaj mąkę, cukier, wiórki kokosowe i płatki migdałowe. Dodaj masło i palcami rozetrzyj je z sypkimi składnikami. Gdyby kruszonka była zbyt mokra, dodaj do niej po łyżce mąki i cukru. Dobra kruszonka daje się zlepić w kulę, ale przy lekkim nacisku rozpada się na okruszki.

Zbij ją w kulę, a następnie rozdrobnij, przełóż na talerz i wstaw na 30 minut do zamrażarki. Potem wysyp na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia i zapiekaj na złoty kolor w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. Stanie się to szybko, po ok. 10 minutach, także uważaj, żeby jej nie spalić. Przemieszaj kruszonkę łyżką i piecz jeszcze kilka minut, aby równomiernie się zezłociła. Wyjmij z piekarnika, raz jeszcze przemieszaj i pozostaw do ostygnięcia. Wyjdzie jej troszkę więcej niż potrzeba na sernik, więc przełóż ją do szczelnego, suchego naczynia. Oprócz posypki do sernika kruszonka doskonale nada się również do deserów lodowych, musli, granoli lub sałatek owocowych.

Na chwilę przed podaniem sernika opłucz 500 g truskawek, a następnie potnij je na ćwiartki. Ułóż na warstwie kremu, a całość obficie pokryj kruszonką.

 Smacznego!!

 



Kulinarne akcje bezpośrednie: Urban Market i śniadanie na Chłodnej. Oraz marmurkowy sernik z malinami i białą czekoladą.

W gotowaniu najpiękniejsze jest to, że można się dzielić z innymi. Upiec troszkę większą blaszkę ciasta i zanieść do pracy. Jednym z dwóch bochenków świeżo upieczonego chleba obdarować sympatyczną Panią z biblioteki. Słoiczek hummusu sprezentować koleżance wegance, a nadmiar ciast po sesji rozparcelować między znajomych. W przypadku bloga dzielenie się ma inny wymiar, ale wciąż tak samo szczery. Zdradzamy sekretne receptury, dzielimy się doświadczeniami, trikami i obserwacjami, dajemy innym cząstkę siebie.

Jest to bardzo fajne, ale moja wewnętrzna kucharzyca uwielbia karmić innych czymś więcej niż tylko słowami. Wyjście do ludzi, konfrontacja, dyskusja, kontakt bezpośredni. To coś, co lubię najbardziej. Jest to wielkie wyzwanie – bo nagle słowo ciastem się staje i nie ma miejsca na zastanawianie się i interpretacje. Jesteś ty, druga osoba i coś co dla niej przygotowałaś. Jeden kęs i wiadomo wszystko. Zero ściemy, smak prawdę Ci powie.

Gotowałam innym przez rok, ale nigdy jako blogowa ja. Jakieś dwa miesiące temu, namówiona przez nieistniejący już Klub Chłodna 25, wydałam swoje pierwsze śniadanie jako Gotuje, bo lubi. W piątek pracowałam do 22, więc dopiero o 23 mogłam zacząć piec ciasta na sobotnie śniadanie. Tej nocy ja i moja ukochana asystentka Zosia nie zmrużyłyśmy oka. Do godziny 6 rano z pieca wyciągałyśmy kolejne ciasta. A kiedy wybiła godzina śniadania i lokal wypełnił się do ostatniego stolika niczym robocik smażyłam kolejne omlety, grillowałam kolejne kromki chleba na bruschetty, a mój traffic manager Wika tylko wydawała mi komendy: teraz omlet z kozim serem, teraz z pesto, teraz bruschetta z sadzonym jajkiem, granola, dwie  kanapki z hummusem, owsianka, placuszki i znowu omlet. Właściwie trzy omlety i jeszcze dwa – tego dnia wszyscy uparli się akurat na nie. To był hardkor. Ale kiedy wieczorem kładłam się spać czułam nic więcej tylko olbrzymią radość i satysfakcję. To czego żałuję to fakt, że nie miałam możliwości porozmawiać z ludźmi, którzy tego dnia powierzyli mi swoje śniadanie. Że uwięziona przy patelniach nie miałam czasu wyjść, zapytać czy wszystko smakuje. Porobić zdjeć, wymienić uśmiechów. Następnym razem w menu nie będzie omletów, więc powinno się udać ;) Zastanawiałam się po cichu, czy chciałabym to kiedyś powtórzyć. Zawsze po takich akcjach, na samą myśl o kolejnych mam ochotę uderzyć czołem o ścianę. Ale kiedy zaledwie miesiąc później Urban Market ogłosił, że można się zgłaszać nie zastanawiałam się nawet pięciu minut…

Do Warszawy przyjechałam dwa dni wcześniej. Z mikserem, blenderem, zakwasami i trzema tortownicami, bo w moim warszawskim mieszkaniu w szufladach zostały tylko pojedyncze okruszki. Pierwszego dnia poszłam po ulubione składniki, wieczorem nastawiłam zaczyny na pączki i croissanty. Przygotowałam aromatyzowane mleko kokosowe i wszystkie inne półprodukty, z których miały powstać serniki. W międzyczasie jeszcze pięć razy chodziłam do osiedlowego sklepu – całkiem inaczej gotuje się w domu, a całkiem inaczej w opuszczonym mieszkaniu, w którym wszystko trzeba kupić od podstaw. Nie pomagał fakt, że nie uznaję żadnych kompromisów i jeżeli sernik ma mieć i trawę cytrynową i liście limonki kaffir, to nie poprzestanę tylko na liściach limonki, wszystko musi być – co do jednej łyżeczki, bez żadnych ustępstw. Spać poszłam o czwartej, wykończona jak diabli.

Cały piątek spędziłam w kuchni. Piekąc i studząc kolejne serniki, lawirując między dwiema największymi tortownicami. Na koniec zostawiłam pączki i eksperymentalne croissanty. W międzyczasie wpadały do mnie kolejne koleżanki, a ja nie przerywając pracy miksowałam następne masy serowe, mieliłam ciasteczka owsiane, prażyłam orzechy, formowałam pączki. O drugiej było po wszystkim. Padłam jak kawka, a rano ruszałam ku tej wielkiej przygodzie.

Na miejscu sympatycznie – wszyscy uśmiechnięci i skorzy do pomocy. Kasia i Bartek, którzy pomogli mi z dowiezieniem wszystkiego na miejsce zainstalowali mój zielony stoliczek (Studio Las – dzięki!!), rozłożyłam wszystkie serniki, wyłożyłam pączki i… rozpoczęło się oczekiwanie. I jeżeli miałam jakiekolwiek wątpliwości, że ciasta mogą mi zostać, to w zasadzie po pierwszej godzinie mogłam się ich pozbyć. Kiedy wybiła dwunasta nie nadążałam z nakładaniem kolejnych porcji. Biję się w pierś – dałam ciała z opakowaniami na wynos. Marcin z bloga słodkokwaśna.pl uprzedzał, aby się w nie uzbroić, ale w ferworze przygotowań zwyczajnie o tym zapomniałam. Z pomocą przyszły mi moje sąsiadki, cudowne dziewczyny z Wypieku Ciast, które użyczyły mi trochę opakowań, a następnie Nakarmiona Starecka, która podkradła KUKBUKOWI trochę torebeczek, w które mogłam pakować tacki z ciastem.

W moim menu znajdowało się pięć serników: pieczone tiramisu, marmurkowy z malinami i białą czekoladą, chałwowy, tajski oraz z przypalanym masłem. Nie mogło zabraknąć szarlotki orzechowej, pączków na zakwasie oraz maślanych rogalików podawanych z domowym kajmakiem i konfiturą porzeczkową od mojej mamy. Były one niespodzianką spod lady dla tych, którzy przyznali się do tego, że czytają bloga ;) Spod lady wydawałam też zakwasy, które trafiły do kilku nowych domów. Widziałam już pierwsze imponujące wypieki na ich bazie. Duma!!

O godzinie 14 nie został ani okruszek, a ja mimo potężnego zmęczenia miałam uśmiech od ucha. Przyszło Was tyle, uśmiechniętych, miłych, otwartych! Dla tych wszystkich miłych słów, które padły mogłabym nie przespać nawet czterech nocy! Szalenie cieszę się, że mogłam Was poznać, ubolewam, że ciast nie wystarczyło dla wszystkich. Następnym razem, bo na pewno będzie następny raz, przygotuję się jeszcze bardziej. Usmażę więcej pączków, a każdy sernik upiekę w dwóch egzemplarzach. Teraz tylko pozostaje wypatrywać okazji, ale jestem przekonana, że ta nadarzy się szybiciej niż nam się wydaje. Bardzo, ale to bardzo jeszcze raz Wam dziękuję!!!

A dziś przepis na jeden z serników, które miały premierę na Urban Markecie- malinowy z białą czekoladą na spodzie malinowego blondie. Bardzo kremowy i delikatny. Niestety nie miałam okazji go spróbować, ale wszyscy, który go jedli mówili, że jest bardzo, ale to bardzo dobry :)

Przygotuj spód blondie:

100 g białej czekolady

50 g masła

2 jajka

4 łyżki cukru

4 łyżki mąki

1/2 szklanki malin

Czekoladę i masło rozpuść w kąpieli wodnej. Jajka utrzyj z cukrem na puszystą masę, nie przerywając miksowania wlej rozpuszczoną czekoladę z masłem. Masę rozprowadź równomiernie na spodzie tortownicy i powtykaj w nią równolegle maliny. Przygotuj masę serową:

1 kg sera twarogowego

1/2 szklanki cukru

8 jajek

100 ml śmietany kremówki

2 łyżki mąki ziemniaczanej

100 g rozpuszczonej białej czekolady czekolady

1/2 szklanki domowego soku malinowego

400 g mrożonych malin

płatki migdałowe

biała czekolada

Sok malinowy wlej do garnuszka doprowadź do wrzenia i gotuj do momentu, aż znacznie się zagęści (można w jego miejsce użyć domowej konfitury malinowej). Odstaw na bok do przestygnięcia.

W misce utrzyj na gładką masę cukier i twaróg, dodaj kolejno jajka, a na samym końcu śmietanę oraz mąkę ziemniaczaną. Masę podziel na dwie części. Do jednej dodaj rozpuszczoną w kąpieli wodnej czekoladę, do drugiej części wlej odparowany syrop malinowy. Do formy wlewaj na przemian po trochu masy czekoladowej oraz malinowej. Kiedy blacha wypełni się do połowy rozsyp po niej część malin i zalej je pozostałą masą serową i malinową. Wierzch sernika udekoruj pozostałymi malinami, oraz płatkami migdałowymi. Piecz w 140 stopniach przez 80 – 90 minut. Wyjmij z piekarnika, wystudź i wstaw do lodówki na przynajmniej 12 godzin. Przed podaniem udekoruj wiórkami białej czekolady.

Smacznego!

 

 

 

 

 



Mini serniczki pralinkowe z domową nutellą

Teraz, kiedy poznaliście domową nutellę, mogę Wam zdradzić przepis na przepyszne mini – serniczki, które pozwolą wykorzystać Wam nadwyżkę pasty pralinowej, ale także i samą nutellę. O ile oczywiście zdecydujecie się ją przygotować w domu. Ale naprawdę warto, choćby po to, aby móc je upiec te mini – serniczki. 

Serniczki smakują zniewalająco, robi się je krócej niż dziesięć minut, piecze trzydzieści, a po upieczeniu wystarczy odczekać piętnaście, aby móc je zajadać. Zbyt piękne by było prawdziwe? Otóż wcale nie :)

400 g twarogu sernikowego

3 jajka

3 łyżki cukru

2/3 szklanki pasty pralinowej (przepis tutaj)

3 łyżki nalewki z orzechów laskowych (opcjonalnie)

2 łyżki mąki ziemniaczanej

10 łyżeczek domowej nutelli (przepis tutaj)

W misce zmiksuj razem twaróg, jajka, cukier, pastę pralinową oraz, jeżeli masz akurat w domu, nalewkę z orzechów laskowych. Dodaj mąkę ziemniaczaną i zamieszaj raz jeszcze.

Formę na muffinki wyściel podwójnymi papilotkami (z porcji wychodzi 10 serniczków), a następnie wypełnij masą sernikową niemal do końca. Po środku każdego serniczka zatop łyżeczkę nutelli. Piecz przez ok. 30 – 35 minut w 150 stopniach. Jeżeli zauważysz, że serniczki zaczynają rosnąć i pękać, możesz wyjąć je wcześniej. Lekko je przestudź, wyjmij z foremki i pozostaw do całkowitego wystygnięcia, choć można je jeść niemal od razu po wyjęciu z piekarnika. Jeżeli masz w sobie tyle cierpliwości, schowaj je do lodówki na całą noc. Jeśli nie, też nic złego się nie stanie.

Smacznego!

Czekolada #4: Ulka

A Ulka to siedzi teraz w Nowej Zelandii. Maluje sobie twarz farbami fluorescencyjnymi, chodzi na jakieś festiwale, pokazy akrobatyczne, trochę  też pracuje i czujnym okiem obserwatora notuje wszelkie absurdy rzeczywistości (ma do tego talent jak mało kto). Pojechała z jednym plecakiem, samiutka, w zupełne nieznane. Ale nie martwcie się. Ulka to nie bidulka, która potrzebuje naszego współczucia i troski. To Indiana Jones w spódnicy, której nic nie jest straszne, a każdy dzień to dla niej szansa na przeżycie czegoś nowego.

Zanim Ulka wyjechała do Nowej Zelandii mieszkała przez chwilę w Pradze. Przyjechała, żeby znaleźć pracę, odłożyć coś na swoją wielką podróż. Ale Praska atmosferka (a może bardziej niechęć do pracy w korporacji) tak ją wciągnęła, że przez trzy miesiące po prostu cieszyła się pobytem w tym pięknym mieście. A ja razem z nią. To były złote czasy. Widywałyśmy się niemal codziennie. Rano jeździłyśmy na grzyby, potem na SAPA testować co raz to nowe miseczki z zupą pho. Jeszcze tego samego dnia lądowałyśmy w centrum aby napić się piwa w Zlatym Tigrze, a kiedy do jego otwarcia pozostawało 15 minut szłyśmy na filiżankę parującej gorącej czekolady i może jeszcze jedno piwko do browaru Tří růží. Praskie wakacje w oparach absurdu. 

A zanim Ulka przyjechała do Pragi, to byłyśmy też razem w Bieszczadach. Na początku miałyśmy spać w opuszczonej chacie, bez prądu, z wodą z pobliskiego strumyka. Ale jakoś tak po drodze zmieniłyśmy z danie i wylądowałyśmy na słynnym wetlińskim poddaszu Staszka Łapy. Przez kolejne dni zamiast chodzić po górach, siedziałyśmy w jego kuchni gotując różne przysmaki, które baca z lubością konsumował. A potem rysując kolorowymi kredkami sekretną mapę wysyłał nas do sąsiedniej wsi po bimberek do swoich przyjaciół. Brodząc w deszczu po kostki, przemoczone do ostatniej nitki kluczyłyśmy po błotnistych drogach, pagórkach, aby w końcu jakoś dotrzeć na miejsce. Mapa została oddana, dołączając do innych map naszych poprzedników (chociaż żadna inna nie była tak ładna). I potem już przy tym bimberku, jedząc babkę ziemniaczaną z pieca razem z kotlecikami pod beszamelem, a na deser zajadając drożdżówki z gruszkami siedziałyśmy sobie z Bacą w kuchni, a ten brał do ręki wygrzebaną książkę kucharską i deklamował przepisy niczym zawodowy aktor.

Tee opowieści mogłabym mnożyć w nieskończoność. Są to wspomnienia o tyle wyraźne, że naznaczone znamieniem przygody. Z czasem tylko szlachetnieją, lubię się nimi upajać bez końca. Ale tak naprawdę, to ta największa przygoda dopiero przed nami. Ale na razie nic nie piszę, żeby nie zapeszyć :)

Ulka, dla Ciebie dzisiaj serniczek, serniczków zjadłyśmy razem całe mnóstwo przesiadując na kanapie w mojej kuchni. Wiem, że jest Ci cholernie przykro, że nie możesz go spróbować i wyrywasz sobie włosy z głowy z żalu i rozpaczy. Na szczęście pozostał w rodzinie, bo trafił do Doroty. Możesz jej zapytać, czy był dobry. A Tobie taki upiekę, jak kiedyś w końcu wrócisz. Keep it real, bitch. Jesteśmy w kontakcie ;)

Przygotuj spód:

150 g karmelowych lub owsianych ciasteczek

70 g masła

Ciasteczka zmiel w blenderze na drobne okruszki. Masło rozpuść w rondelku i wlej do ciasteczek. Zmieszaj wszystko dokładnie, aby wszystkie okruszki połączyły się z masłem. Wyłóż nimi spód tortownicy (20cm), dociśnij i schowaj do lodówki. Przygotuj masę serową:

600 g twarogu sernikowego

5 jajek

1/2 szklanki cukru

1 laska wanilii

150 ml śmietanki kremówki

2 kieliszki brandy

3 łyżki mąki ziemniaczanej

Do miski wsyp cukier, dodaj twaróg sernikowy i połącz z cukrem przy pomocy miksera. Nie przerywając miksowania dodaj kolejno jajka. Następnie wlej śmietanę, brandy, dodaj ziarenka z laski wanilii. Połącz je z masą serową, po czym dodaj mąkę ziemniaczaną i raz jeszcze krótko zmiksuj.

Masę wylej na wcześniej przygotowany spód. Sernik piecz w 130 stopniach przez 90 – 100 minut. Jest gotowy, kiedy poruszysz tortownicą, a ten zachowa się jak galaretka. Upieczony sernik pozostaw do ostygnięcia, następnie delikatnie  zdejmij obręcz z tortownicy, przygotuj polewę czekoladową:

200 g gorzkiej czekolady

100 g mleka kokosowego lub śmietanki 30%

1 kieliszek brandy

3 łyżki masła

6 łyżek dulce de leche (przepis)

1 szklanka uprażonych orzechów włoskich

1/2 szklanki uprażonych wiórek kokosowych

Czekoladę pokrój na drobne kawałeczki, dodaj do niej posiekane masło, delikatnie przemieszaj. Mleko kokosowe doprowadź do wrzenia i zalej nim posiekaną czekoladę. Odstaw na 1 minutę, a następnie przy pomocy widelca drobnymi okrężnymi ruchami połącz masę do uzyskania gęstej emulsji. Wstaw ją na chwilę do lodówki, aby stężała.

Masę czekoladową rozprowadź po wierzchu sernika. Umieść na niej kleksy kajmaku i za pomocą widelca porób nieregularne esy floresy łącząc go z czekoladą. Posyp sernik wiórkami kokosowymi i drobno posiekanymi orzechami. Całość udekoruj maziami rozpuszczonej czekolady oraz kajmaku. Tak przygotowany sernik wstaw do lodówki przynajmniej na 12 godzin, a najlepiej na całą dobę.

Smacznego!

Ps. Przepis z moimi drobnymi modyfikacjami pochodzi z książki Tea with Bea. Jest w niej tylko pięć sernikowych przepisów, ale za to jakich…