Soli, soli, soli. I kaparów i masła brązowego trochę.

Wyjątkowo nie gniewam się, kiedy na początku miesiąca 07:30 budzi mnie telefon od kuriera, że będzie u mnie między 13-14. Uzbrajam się w cierpliwość i czekam na swojego świętego mikołaja. O wyznaczonej godzinie przejmuję brązowe pudełko i spieszę rozpakować prezenty. Moja wishlista na amazonie jest bardzo długa. Co miesiąc znikają z niej dwie, trzy pozycje, przybywa kolejnych pięć. Niekończąca się opowieść. Najbardziej lubię książki z dużą ilością fotografii. Ostatnią – The clatter of forks and spoons (aut. Richard Corrigan)* kupiłam tylko dla tego, gdyż urzekło mnie zdjęcie okładki przedstawiające sztućce w zlewie. Takie zdjęcia podobają mi się najbardziej – pozornie niewystylizowane, których piękno wynika z potrawy a nie bibelotów dookoła niej. Zastane tu i teraz, lekko niedoskonałe, niesamowicie klimatyczne.

2 filety z soli

25 g masła

łyżka kaparów

natka z pietruszki

1 cytryna

oliwa z oliwek

Patelnie pokrywamy cieniutką warstwą oliwy. Pół cytryny filetujemy, z pozostałej połówki wyciskamy sok. Na rozgrzanym tłuszu umieszczamy rybę. Zostawiamy ją na 4 minuty bez poruszania. Po tym czasie ostrożnie przekładamy rybę na drugą stronę. Dodajemy połowę masła. Smażymy przez kolejne 4 minuty.

Po upływie 4 minut zsuwamy rybę z patelni, przykrywamy aby nie straciła ciepła. Do pozostałych na patelni soków dodajemy pozostałe masło i podgrzewamy wszystko do momentu aż zacznie intensywnie pachenić i zrobi się lekko brązowe. Kiedy wyraźnie się zarumieni się wlewamy sok z cytryny (uwaga, będzie pryskać). Sosem polewamy rybę, posypujemy posiekanymi kaparami i pietruszką. Zdobimy filetami z cytryny. Jedząc rybę myślimy o tych wszystkich ksiażkach, które czekają na nas gdzieś w internecie.

* przepis pochodzi ze wspomnianej książki The Clatter of Forks and Spoons, autor używa lokalnej odmiany soli, całej świeżej ryby, nie mrożonych filetów. Ale… na bezświeżorybiu i mrożony filet ryba. Jakby nie było – smakuje toto wybornie.

 

 

 

Na hinduską modłę – curry godne 2.

Nie lubię ryb. Albo inaczej. Lubię ryby tylko obficie opanierowane, smażone na głębokim tłuszczu, wędzone i surowe podane na kulce ryżu z chrzanem wasabi. Cała reszta – pieczone, w galarecie, jakieś tam są mi zupełnie obojętne. A połączenia takich jak śledź w sałatce czy śmietanie, makrela w pomidorach przyprawiają mnie o mdłości. Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale tak już mam. Sama z siebie robię ryby od wielkiego zrywu – jak nagle stwierdzam, że trzeba zacząć się „jak co poniedziałek” dobrze odżywiać i … I w zasadzie tylko wtedy. Czasami mąż przyniesie do domu jakąś tilapię, no to wtedy zjem bez entuzjazmu, albo upiekę skromnie z łyżką masła i przyprawą do ryb. Nie wiem co mi się stało tym razem, ale postanowiłam zrobić z tej ryby coś, co może w końcu mi zasmakuje. Mąż sobie usmażył, a ja zakasałam rękawy, chwyciłam swój słój z hinduskimi przyprawami i coś oto takiego poczyniłam…

 

 

2 spore płaty tilapii lub innej białej ryby

1 puszka krojonych pomidorów

1 mały jogurt typu greckiego

1 duża cebula

1 pęczek kolendry

łyżeczka pasty imbirowej

mielony kumin

mielona kolendra

1 łyżeczka garam masali

suszone mango

2 łyżeczki cukru

2 łyżki oliwy

 

Na patelni rozgrzewamy oliwę i podsmażamy na niej łyżkę mielonej kolendry, kuminu i garam masali. Rozrabiamy je dobrze z oliwą i kiedy zaczną się delikatnie prażyć wrzucamy na to cebulę. Od razu ja symbolicznie solimy, żeby puściła soki i się nie przypaliła. Kiedy cebula udusi się na miękko zalewamy wszystko pomidorami z puszki.

Kiedy pomidory się podgotują wrzucamy do nich rybę pokrojoną na grube kostki. Dusimy całość na małym ogniu przez 10 minut.

Pod sam koniec, dodajemy jogurt i pastę imbirową i obficie doprawiamy – kuminem, solą, pieprzem. Nie zapomnijmy o cukrze, żeby złagodzić jogurtowo – pomidorową kwasowość. Gotujemy tylko przez chwilę, żeby delikatnie odparować i finito.

Podajemy z ryżem basmati i duuuuuużą ilością świeżej kolendry :)

Namaste! :)