Czekolada#9: Piotrek

Widziałam się wczoraj z koleżanką i jakoś tak zeszło na Piotrka. Wiesz, bo spotkałam go jakoś niedawno na basenie i w ogóle go nie poznałam. Wyglądał elektryzująco dobrze, aż z daleka  przyciągał uwagę, ale ciacho! To pewnie przez tę podroż, odpowiedziałam, to ona go tak odmieniła.

Znacie takie powiedzenie pierdolnąć wszystkim i wyjechać w Bieszczady? Wszyscy by chcieli, ale większość się boi. A Piotrek pewnego dnia dosłownie pierdolnął wszystkim – zrezygnował z intratnej pracy, wynajął mieszkanie i udał się w długa podroż. Nie było go siedem miesięcy. W tym czasie odwiedził m.in. Turcję, Gruzję, Iran, przez trzy miesiące zwiedzał Indie. Wrócił do Warszawy, a jego życie zaczęło wyglądać zupełnie inaczej. W moim rankingu rzeczy odmieniających ludzi podróże zawsze będą na pierwszym miejscu.

Zawsze jak widzimy się z Piotrkiem, to podpytuję go o nowe historyjki z podróży, których słucham z otwartą buzią. Moja ulubiona to ta, kiedy gdzieś w głębokiej Turcji zupełnie przypadkowo został bohaterem zorganizowanego zupełnie spotnatnicznie przyjęcia na jego cześć. Siedział przy stole otoczony kołem gospodyń i musiał próbować miliona potraw, które co raz wyłaniały się dosłownie spod ziemi. Lubię też opowieści o Iranie, który mnie fascynuje nieustannie, a opowieści Piotrka tylko podsycają ogień zainteresowania. Za każdym razem Piotrek wyciąga z rękawa jakąś nową opowieść, na razie jestem jeszcze na początku jego podróży, ale nigdzie mi się nie spieszy. Cierpliwie będę wyczekiwać naszych spotkań i kolejnych odcinków tej fascynującej powieści drogi.

Piotrek był u nas w Pradze całkiem niedawno. Staliśmy przy garze, którego wyciągaliśmy kolejne i kolejne parującece pyzy (czy tam kartacze), zastanawiając się czy wolimy z mięsem czy może jednak z serem i ziemniakami. A na deser jedliśmy sernik czekoladowy.

To jeden z tych improwizowanych serników, który zaczyna się tworzyć w momencie, w którym ser trafia do miski. Miał być z czekoladą, ale smak czekolady przecież doskonale podbija espresso, a mam przecież taką znakomitą kawę. A jak kawa, to może jeszcze kieliszek brandy. Konfitura wiśniowa, a może porzeczkowa? Porzeczkowa – jest dymna, wytrawna i gęsta jak diabli. No i mus czekoladowy na wierzch, to wiadomo. A na sam koniec – niby do dekoracji, ale trochę nie do dekoracji – płatki chilli, nie takie znowu ostre, ale pikantne na tyle, aby nie pozwalały nam zapomnieć o tym smaku na długo po tym, jak talerzyk z kawałkiem sernika stanie się pusty.

Przygotuj spód:

300 g ciasteczek czekoladowych

100 g masła

Masło rozpuść, ciasteczka zmiel w blenderze. Ciasteczkowy piasek wymieszaj z rozpuszczonym masłem. Spód tortownicy o boku 24 cm wyłóż papierem do pieczenia. Herbatnikami wyłóż spód i boki tortownicy – możliwie jak najwyżej. Obudowa sernika nie musi być gruba, ale dobrze dociśnięta. Tak przygotowaną tortownicę schowaj do lodówki. Przygotuj masę sernikową:

600 g twarogu sernikowego

5 jajek

1/2 szklanki cukru

1 tabliczka rozpuszczonej czekolady 60%

100 ml najlepszego espresso

4 łyżki brandy

100 ml śmietany 30%

1/2 laski wanilii

4 łyżki kakao

domowa konfitura z czarnej porzeczki (ok 6 kopiastych łyżek)

Twaróg utrzyj z cukrem i ziarenkami wydłubanymi z laski wanilii. Nie przerywając ucierania dodaj kolejno jajka, a następnie rozpuszczoną w kąpieli wodnej czekoladę, śmietanę, espresso, brandy  i śmietanę. Na sam koniec dodaj kakao, miksuj jeszcze przez chwilę.

Masę sernikową wylej do przygotowanej wcześniej tortownicy. Piecz w piekarniku nagrzanym do 140 stopni przez ok 70 minut. Sernik jest gotowy, kiedy potrząśnięty zachowuje się jak galaretka. Wyjmij sernik z piekarnika, a kiedy wystygnie posmaruj go grubą warstwą domowej konfitury porzeczkowej. Przygotuj mus czekoladowy:

200 g dobrej gorzkiej czekolady ok 60%

200 ml śmietany kremówki

Czekoladę rozpuść w kąpieli wodnej i daj jej lekko przestygnąć. Śmietanę ubij lekko i wymieszaj z czekoladą. Mus wyłóż na wierzch sernika pokryty konfiturą porzeczkową  i równomiernie rozprowadź.

Tak przygotowany sernik wstaw do lodówki przynajmniej na 12 godzin, ale najlepiej na 24 godziny. W międzyczasie, kiedy mus stężeje posyp wierzch i brzegi sernika płatkami chilli.

Sernik krój na cienkie kawałki – jego smak jest tak intensywny i wielowymiarowy, że do szczęścia naprawdę nie trzeba wiele.

Smacznego!

 

Czekolada#8: Aldona

Żebyście zobaczyli ją kiedyś w akcji… Na środku studia stoi zainscenizowana łazienka z kilku złożonych płyt. Wpada Aldona: to światło na tę, to na tę, to wysłoń dotąd, to odbij tym. I nagle te kilka ścian z płyty kartonowo – gipsowej, za sprawą światła grającego pod dyktando Aldony staje się luksusową łazienką, skąpaną w budzącym się słońcu rodem z Hollywood.

To był pierwszy raz kiedy widziałam Aldonę w akcji, w zasadzie moja pierwsza sesja, której mogłam się przyglądać między parzeniem jednej a drugiej kawy dla całej ekipy. Potem tych sesji było bardzo dużo, a ja tylko z otworzoną buzią oglądałam jakie cuda Aldona potrafi wyczarować z lamp, styropianów i kolorowych teł. No i modelek i modeli. Kiedy oglądałam zdjęcia Aldony już w gazetach, po pewnym czasie wiedziałam bez czytania podpisów które zdjęcia robiła ona. Aldona jakoś tak zawsze umie poprowadzić swoich bohaterów i modeli, że wyglądają jak z Vogue. I nie chodzi mi tu o cały anturaż: stylistów, make – upistów, bo Aldona zawsze pracuje z najlepszymi. Ale bardziej o ten kontakt i egzekwowanie swojej wizji – spokojne, cierpliwe, ale zawsze skuteczne.

W trakcie pierwszego tygodnia moich praktyk w studio Aldona zapytała mnie czy fotografuję. Odpowiedziałam że tak, że próbuję z jedzeniem i speszona pokazałam jej swoje zdjęcia. To było prawie dwa lata temu, były nieco inne niż te dzisiaj ;) Ale kilka miesięcy potem, to dzięki Aldonie mogłam po raz pierwszy nazwać się food stylistką, kiedy powierzyła mi przygotowanie jadalnych rekwizytów do jednego ze swoich testów. Do dziś napawa mnie to wielką dumą!

Najfajniejsze w Aldonie jest to, że ona wydaje się być taką nieposkromioną dziewczynką. Normalną, mimo całego blichtru i splendoru, który towarzyszy jej na co dzień. To jedna z dwóch znanych mi osób, które na pewno podpisaly pakt z diabłem, bo z miesiąca na miesiąc wygląda młodziej. Z nieustającą energią, skora do żarów i uśmiechem od ucha do ucha. Nie wiem skąd u niej ta energia, ale byłam świadkiem wielu sytuacji, kiedy po ciężkiej sesji Aldona potrafiła wykrzesać z siebie energię, aby tańczyć do rana, a na drugi dzień znowu ciężko pracować…

Mam pewne podejrzenia, że to może dzięki nutelli – w trakcie sesji Aldona wpadała do nas do kuchni po słodkie strzały – a to bardzo słodkie kakao, a to słodką kawę, albo po łyżeczkę nutelli. Dla tego dzisiaj dla Ciebie Aldona nutella, ale taka, której ta ze sklepu może buty czyścić. 100% homemade, tylko najlepsze składniki. Nic dziwnego, przepis pochodzi od Williama Curleya, który poznał wsyzstkie możliwe sekrety czekolady. Tak jak Ty fotografii :)

Przygotuj pastę pralinową:

150 g orzechów laskowych bez skórki

150 g migdałów bez skórki

250 g cukru

10 ml oleju roślinnego (najlepiej z orzechów laskowych lub arachidowych)

Migdały i orzechy wysyp na blaszkę i podpiecz w piekarniku nagrzanym do 200 stopni przez ok. 8 minut. Następnie przesyp je do garnka dodaj cukier i na wolnym ogniu zacznij podgrzewać orzechy raz po raz je mieszając. Kontynuuj przez kilka – kilkanaście minut do momentu, aż cały cukier zamieni się w karmel, który pokryje orzechy i migdały.

Wyłóż orzechy na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia, rozprowadź do otrzymania dość cienkiej warstwy i daj karmelowi zastygnąć. Następnie posiekaj go nożem na drobne kawałki, przesyp do blendera, dodaj olej i miksuj do momentu aż orzechy i migdały zamienią się w dość płynną masę. Odlej z niej 175 gram, a resztę schowaj do lodówki (jutro zdradzę Ci przepis, do czego jeszcze możesz ją wykorzystać). Przygotuj pozostałe składniki:

200 ml śmietany kremówki

175 g dobrej mlecznej czekolady

50 g dobrej ciemnej czekolady (ok 60%)

175 g pasty pralinowej

szczypta soli

Czekoladę posiekaj drobniutko, umieść w misce, dodaj sól. Śmietankę doprowadź do wrzenia i zalej nią przygotowaną wcześniej czekoladę. Zmieszaj wszystko do uzyskania gładkiej, czekoladowej masy. Dodaj pastę pralinową i zamieszaj raz jeszcze. Tak przygotowaną pastę przelej do słoiczka i wstaw do lodówki najlepiej na całą noc. A następnego ranka… ratuj się kto może ;)

 

 

Czekolada#7: Basia i Tomek

Cóż to był za weekend! Zaczął się w czwartek o 07:36, kiedy Basia z Tomkiem wysiedli z pociągu na Hlavní nádraží. Zaczęliśmy od długiego śniadania, a potem zabrałam ich na długą wycieczkę po mojej Pradze: po zabytkach, cukierniach, piwiarniach i wszystkich tych miejscach, które czynią Pragę w moich oczach miejscem wyjątkowym. Kolejne dni były tak intensywne, że wieczorem siły starczało na jedno piwko na kanapie, a nim wybiła północ wszyscy spaliśmy jak dzieci. Wisienką na torcie tej wizyty była kolacja, którą przygotował CNE: krewetki w białym winie, z pietruszką i czosnkiem. Majstersztyk!

Tomek CNE to niezwykła osoba – charyzmatyczny raper i gentleman w każdym calu. Znamy się długo, pracowaliśmy razem blisko przez kilka dobrych lat. To byłą dobra współpraca – na luzie, bez napinki i złych emocji. Nigdy nie zapomnę, wyjazdu do Amsterdamu, spędziliśmy tam co prawda jedną dłuuuuugą, pełną obowiązków dobę, ale znaleźliśmy też chwilę, aby poznać się z Amsterdamem tak jak trzeba ;)

Basia to z kolei kobieta torpeda, aniołek Charliego – sexy blondyna o buzi małej dziewczynki, z którą lepiej nie zadzierać. Nigdy Basiu nie zapomnimy Ci z Elą tego, kiedy jak lwica stanęłaś w naszej obronie, kiedy pewna bardzo pijana wytatuowana dziewczyna o dziwnym imieniu i nazwisku chciała nam spuścić manto, bo zostawiłyśmy ją samą przy stoliku. Spod baru słała nam nienawistne spojrzenia, a Ty powiedziałaś, że jesteśmy Twoimi koleżankami i jeżeli się nie uspokoi to sama będzie miała kłopoty. Cała Baśka! :)))

No i jest jeszcze mała Hania, z którą nie poznałam się jeszcze osobiście. Ma trzy miesiące i widzę po jej rodzicach, jak bardzo wywróciła ich świat do góry nogami. Coś cudownego!

Dla Was kochani dzisiaj przepis na rocky road (to hell) cheesecake brownie. Wy już wiecie jak smakuje, bo jedliśmy je przez całe weekend nie zważając na milion kalorii, które znajdowały się w jego środku. Jestem jednak winna parę wyjaśnień moim czytelnikom.

Rocky road to hell to ciasto o dwóch warstwach: jedna to klasyczne brownie, druga to sernik o kawowym posmaku z punktami pomarańczowego karmelu, posypany różnymi orzechami i piankami marshmallows. Bardzo proste w wykonaniu, ale o szalenie bogatym składzie. Paradoksalnie mało słodkie – bo pomijając kilka łyżek brązowego cukru cała słodycz pochodzi od czekolady, a kawa lekko ją podkreśla, ale też równoważy. To takie ciastko od wielkiego dzwonu, na specjalną okazję, dla tych, których bardzo lubimy.

Przygotuj warstwę brownie:

2 gorzkie czekolady

150 g masła

2 jajka

4 łyżki brązowego cukru

4 łyżki mąki

Masło i czekoladę rozpuść w kąpieli wodnej. Jajka zmiksuj z cukrem na gładką masę. Dodaj rozpuszczoną czekoladę i masło. Zmiksuj wszystko na gładką masę a następnie dodaj mąkę i delikatnie połącz ją z czekoladą. Masę wylej na spód blaszki (30x20cm) wyłożonej papierem do pieczenia i równomiernie ją rozprowadź. Przygotuj masę sernikową:

500 g twarogu sernikowego

3 jaja

5 łyżek brązowego cukru

70 ml świeżo zaparzonego espresso

2 łyżki koniaku

1 gorzka czekolada

7 łyżek karmelu czekoladowo – pomarańczowego (przepis tutaj)

1 szklanka mini marshmallows

1 szklanka mieszanych orzechów

Utrzyj w misce twaróg, jaja i cukier. Czekoladę rozpuść w kąpieli wodnej i dodaj do masy twarogowej i dokładnie zmiksuj. Dodaj espresso i zmiksuj raz jeszcze.

Masę twarogową wylej na masę brownie. Rozprowadź ją równomiernie. Na masie sernikowej umieść nieregularne punkty czekoladowego karmelu, a całość udekoruj orzechami i piankami marshmallows.

Ciasto piecz w piekarniku nagrzanym do 160 stopni przez 40 minut. Po upieczeniu wystudź i wsadź do lodówki najlepiej na całą noc.

Smacznego!

Czekolada #6: Karol

O takich ludziach mówi się żywe złoto: uśmiechnięty, serdeczny, skory do żartów. Patrzysz na takiego i myślisz: ten człowiek na pewno jest szczęśliwy. I w zasadzie nie napiszę Wam o nim więcej, bo… tak naprawdę to widzieliśmy się raz w życiu przez może czterdzieści minut. Poznaliśmy się, bo Karol przyjechał odwiedzić swoją najlepszą przyjaciółkę Anię i musiał poczekać na nią pół godziny, aż skończy pracę. Czasami wystarczy tylko tyle. Aż tyle.

Fascynuje mnie to jak z niektórymi zadzierzgnięcie kontaktu przychodzi nam banalnie prosto, niewymuszenie i naturalnie, podczas z gdy z innymi godziny rozmów i częsty kontakt nie przynoszą choć w połowie takich rezultatów.  Naszą chemią jest gotowanie. Dwa dni po tym jak się poznaliśmy Karol przysłał mi oryginalny przepis na hiszpańską tortillę, który skrzętnie spisał ze wszystkimi radami swojej teściowej. A potem przepis na crema catalana czy cztery różne rodzaje turronów. Albo szybką pastę z ciecierzycy z pieczoną papryką i bazylią. Te przepisy czekają sobie w kolejeczce i na pewno wszystko z nich zrobię, bo podarowane przepisy to dla mnie świętość. Czasami tylko czasu brakuje.

Ostatnio Karol napisał do mnie, że zrobił domowy kajmak, do którego w trakcie gotowania dodał skórki pomarańczowej. Zrobiliśmy małą burzę mózgu, po której momentalnie pobiegłam do kuchni i zrobiłam karmel. Z pomarańczową skórką, wodą i czekoladą, oczywiście. Karola nie było u mnie na urodzinach, bo na co dzień mieszka w Hiszpanii. Dla tego zabieram jedną z tabliczek, którą dostałam od Ani, jego najlepszej przyjaciółki dzięki której mogliśmy się poznać. Ole! ;)

50 masła

3/4 szklanki cukru

200 ml śmietanki 30%

100 g gorzkiej czekolady

skórka otarta z jednej pomarańczy

2 łyżki wody pomarańczowej

Śmietankę wlej do garnuszka. Dodaj startą skórkę z pomarańczy. Postaw garnek na gazie i doprowadź śmietankę do wrzenia, po czym ściągnij ją z ognia, wlej wodę pomarańczową i pozostaw do ostygnięcia.

Czekoladę posiekaj na drobne kawałeczki, wsyp do miski średniej wielkości i odstaw na bok. Do garnka wsyp cukier i dodaj masło pokrojone w drobną kostkę. Postaw garnek na gazie i nieustannie mieszając doprowadź do tego, aż cukier i masło się stopią i nabiorą ciemnego koloru. Zdejmij garnek z ognia i nie przerywając mieszania wlej przygotowaną wczęśniej śmietankę kremówkę (uwaga, będzie parować i pryskać). Wstaw garnek na ogień i pogotuj jeszcze chwilę, a potem zalej tym karmelem wcześniej posiekaną czekoladę. Odczekaj ok. minuty i połącz wszystko na gładką masę a potem pozostaw do ostygnięcia.

Ten karmel ma szerokie zastosowanie. Można używać go jako dodatku do kanapek (ma konsystencję kremu), naleśników, czy ciast. U mnie stał się elementem większej całości, na którą przepis już wkrótce na blogu.