Sałatka z czerwonymi pomarańczami i kolendrą

Tej zimy poznaję różne oblicza cytrusów. W tym momencie smakują najlepiej, prosto z sadu, bardzo słodkie i soczyste. W moim ulubionym Bi – Rite sprzedają skrzętnie opisane owoce: od kogo, do czego, jak smakują i jak im na imię. Próbuję sobie różnych odmian i mam już nawet swoich faworytów.

Mayer lemon to cytryna, która została skrzyżowana z pomarańczą. Efektem tej fuzji jest owoc o niesamowitym aromacie, który mi automatycznie przywodzi na myśl lemoniadę z amerykańskich filmów. Ma nieco ostrzejszy zapach i smak od zwykłych cytryn, który pogłębia się wraz z dojrzewaniem owoców. Tak samo jest z kolorem – zerwane wcześniej są idealnie żółte, ale kiedy poleżą trochę ich barwa przechodzi w niemal fluorescencyjny żółtawy  pomarańcz.  Ich skórka jest cienka, delikatna i ma po prostu upajający zapach.

Drugim ulubionym gatunkiem są pomarańcze cara cara. Odkryłam je dosyć niedawno, na lokalnym bazarku u sprzedawcy o niepokojącej aparycji. Cara cara po obraniu wyglądają trochę jak czerwone grapefruity. Mają piękny, blado różowy kolor, są umiarkowanie słodkie, ale za to bardzo aromatyczne. No i bardzo łatwo się obierają. Na stoisku wszystkie owoce kosztują po 3 dolary za funt, można więc dowolnie mieszać i próbować nowych odmian, które pojawiają się i znikają z kolejnymi tygodniami zimy.

Na szczęście wciąż obecne są jeszcze i mam nadzieję, że nieprędko znikną krwiste pomarańcze. Te które kupuję są już bardzo dojrzałe i kiedy je obieram wprost ociekają sokiem. Zrobiłam z nich dzisiaj pyszną i prostą sałatkę w oparciu o to, co miałam w domu: słodką czerwoną cebulę, kolendrę, grzanki z domowego chleba, płatki migdałowe i mieszankę różnych liści (jarmuż, mangold i inne nieznane mi strzępki), które po prostu zastąpcie miksem sałat. Całość zalałam ulubionym sosem balsamicznym z czosnkiem, który może się Wam przydać nie tylko do tej sałaty.

 _MG_0736

Sałatka z czerwonymi pomarańczami i kolendrą (porcja na jedną bardzo głodną osobę)

2 krwiste pomarańcze

2 garście mieszanych sałat

1/2 średniej czerwonej cebuli

2 łyżki płatków migdałowych

listki z 6 gałązek kolendry

1 gruba kromka chleba + 1 łyżka oliwy lub masła

3 łyżki oliwy

1 łyżka octu balsamicznego

1 łyżeczka miodu

1 zmiażdżony ząbek czosnku

sól, pieprz

Chleb pokrój w drobną kostkę. Na patelni rozgrzej oliwę (lub masło), podsmaż grzanki na złoty kolor i pozostaw do ostygnięcia. W miseczce zmieszaj ze sobą miód, ocet balsamiczny i ząbek czosnku. Nie przerywając mieszania cienkim strumieniem wlej oliwę. Dopraw sos odrobiną pieprzu i soli.

Pomarańcze obierz ze skórki i pokrój w plastry, cebulę w piórka. W misce zmieszaj sałaty, pomarańcze, cebulę, listki kolendry i płatki migdałowe. Zalej wszystko wcześniej przygotowanym sosem i dobrze wymieszaj. Ułóż na talerzu, posyp grzankami.

Smacznego!

  _MG_0752

Kruche ciasteczka z musem dyniowym i owocami

_MG_6495

Codziennie utwierdzam się w przekonaniu, że San Francisco to bardzo fajne miasto. Nie pozbawione minusów – tych jest bardzo dużo, ale na szczęście nie przesłaniają plusów. Na ile to tylko możliwe eksploruję i poznaję je dzielnica po dzielnicy dziwiąc się nieustannie, jak bardzo jest złożone, intensywne i ciekawe. Tu na prawdę bardzo trzeba się postarać, aby się nudzić. Mieszkańcy San Francisco nie bez kozery cieszą się opinią najbardziej pomysłowych ludzi w całych Stanach. Każdego dnia można uczestniczyć w jakichś fajnych inicjatywach – pójść na wycieczkę z przewodnikiem po wybranej dzielnicy (ostatnio spacerowałam śladami filmu Vertigo), zapisać się na zajęcia tańca przygotowujące do flashmobu, czy pójść pod ratusz i dać się ponieść morzu emocji towarzyszącym spełnieniu marzenia chorego dziecka. Przyznam szczerze, że sama nie pamiętam abym tak aktywnie spędzała swoje dni, ale przyznaję, że korzystam z tego wszystkiego z pewną premedytacją. Gdzieś tam w poważnych urzędach z rąk do rąk przechodzi moja aplikacja o uzyskanie pozwolenia na pracę, więc kres tej wolności jest bliżej niż dalej.

W mojej kuchni też nie ma przestojów. Wymyśliłam sobie system, że dwa dni w tygodniu jem obiad na mieście, trzy dni w tygodniu gotuję w domu. Scena kulinarna jest tutaj chyba jeszcze bardziej bogata niż kulturalna. Byłam już w kilku wyjątkowych miejscach, a ciągle poznaję nowe. To taki świetny czas bycia odkrywcą, choć nie będę ukrywać, że miałam szczęście poznać kilka wyjątkowych osób, które pokazały mi wiele miejsc, do których dotarcie zajęłoby mi trochę więcej czasu. To wszystko szalenie inspiruje. Wczoraj usiadłam i w notesie zapisałam to wszystko, co chciałabym odtworzyć w swojej kuchni. Naliczyłam trzydzieści punktów, a codziennie dochodzą nowe…

Jednym z pomysłów na liście były kruche ciasteczka z musem dyniowym i owocami. Moją ulubioną cukiernią na chwilę obecną jest Craftsman and Wolves. Zawsze zaglądam tam, gdy jestem w okolicy. Nie muszę nic kupować, wystarczy że zajrzę sobie do gablotek. Ich słodycze i wypieki to niesamowite kompozycje. Zarówno w smaku jak i z wyglądu. Perfekcyjne, pomysłowe i pazurem. Eksplozje smaków zamknięte w małych ciastkach. Robiąc swoje ciasteczka myślałam o nich, choć w Craftsman and Wolves zrobiliby je milion razy lepiej i ładniej. Ja zupełnie nie mam ręki do wyrobów precyzyjnych, więc moje ciasteczka pewnie nie spełniłyby ich kryteriów wizualnych i jak ich znam, to zamieszaliby coś w smaku dorzucając jakąś zaskakującą przyprawę lub składnik. Tymczasem u mnie czysta prostota. Maślane ciasto kruche muśnięte cytrusowym musem dyniowym, a na to sezonowe owoce: kosteczki jabłek, plasterki persymony, cząstki pomarańczy. Posypane płatkami migdałowymi i oblane miodem.

_MG_6483 - Kopia

Przygotuj ciasto kruche:

350 g mąki

200 g zimnego masła

100 g brązowego cukru

1 jajko

Mąkę zmieszaj z cukrem, dodaj masło pokrojone w kilka kostek. Posiekaj mąkę z masłem, aż jego kawałki będą wielkości zielonego groszku. Dodaj jajko i  zagnieć szybko ciasto. Podziel je na dwie części, uformuj z ich kule, a następnie spłaszcz do postaci dysku. Owiń je folią spożywczą. Jedną porcję schowaj do zamrażarki (na potem), drugą schowaj do lodówki przynajmniej na godzinę.

Schłodzone ciasto rozwałkuj na lekko umączonym blacie na grubość ok 0,5 cm i przy pomocy szklanki wytnij krążki (powinno wyjść ok 10 sztuk). Ułóż je ba blasze wyłożonej papierem do pieczenia, i wstaw do zamrażarki na 15 minut. Podpiecz w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez ok 12 minut na lekko złoty kolor. Pozostaw do ostygnięcia. Kiedy ciasto będzie się chłodzić przygotuj mus dyniowy i owoce:

4 łyżki pure dyniowego

3 łyżki cukru

sok z 1 pomarańczy

sok z 1 cytryny

1/2 łyżeczki przyprawy do piernika

1 jabłko, 1 persymona, 1 pomarańcza, 2 figi

płatki migdałowe

miód

Puree dyniowe umieść w garnuszku. Dodaj pozostałe składniki i dobrze zamieszaj. Wstaw garnuszek na ogień i raz po raz mieszając gotuj do momentu, aż prawie wszystkie płyny odparują, a mus nabierze konsystencji gęstego sosu. Odstaw do lekkiego przestygnięcia. Jabłka pokrój w drobną kostkę, skrop je sokiem z cytryny. Persymonę przekrój na pół i pokrój w możliwie najcieńsze plasterki.  Pomarańczę wyfiletuj na drobne cząstki.Każdy krążek ciasta kruchego posmaruj łyżeczką musu dyniowego. Zaaranżuj owoce – kosteczki jabłek na jednej połowie, złożone w trzy i wywinięte plasterki persymony, jedną cząstkę pomarańczy. Skrop je miodem, posyp pokruszonymi płatkami migdałowymi. Wstaw do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i zapiekaj przez ok 10 minut, aby owoce zmiękły. Upieczonym ciasteczkom daj dobrze wystygnąć.Dołóż jeszcze po kawałeczku świeżej figi, posyp szczyptą cynamonu.Smacznego!

_MG_6487

_MG_6486

_MG_6489

_MG_6498

Pomarańcze w różanym syropie

Najpierw było śniadanie Marty – słoneczne pomarańcze oblane jogurtem, posypane granolą. A chwilkę potem natknęłam się na aromatyzowane kardamonem pomarańcze Boli, które zachwyciły mnie tak bardzo, że następnego dnia popędziłam po paczkę sycylijskich pomarańczy i zrobiłam sobie swój słoik, choć przepis nieco zmieniłam.

Zapach róży przez długo kojarzył mi się z czymś tandetnym, ordynarnym, duszącym, a dokładnie z perfumami, które dawno temu przywozili do Polski nasi ukraińscy sąsiedzi. Dopiero jakiś czas temu poznałam go na nowo, za sprawą delikatnej wody różanej i doskonałych, ręcznie ucieranych konfitur, którymi obdarowała mnie Basia. Ponownie zakochałam się w róży i jej pociągającym, tajemniczym i szalenie zmysłowym aromacie.

Dla tego bez chwili wahania do syropu dodałam sporą odrobię wody różanej, która z kardamonem bardzo się lubi. Pomarańcze, które po kilku dniach macerowania się wyjęłam z lodówki wprost powaliły mnie na kolana. Ta bajeczna fuzja aromatów przeniosła mnie do krainy Szeherezady i latających dywanów. To nie jest jedzenie, to bilet do innego świata.

Pomarańcze w różanym syropie (1 duży słoik)

1,5 kg pomarańczy

2,5 szklanki wody

2/3 szklanki cukru

2 łyżki wody różanej

1 laska cynamonu

4 łuski kardamonu

Do garnuszka wsyp cukier, dodaj wodę, rozgniecione łuski kardamonu, laskę cynamonu. Garnuszek wstaw na ogień, doprowadź do wrzenia i gotuj przez ok 10 minut, żeby syrop trochę odparował i się zagęścił. Garnuszek zestaw z gazu, dodaj wodę różaną. Odstaw na bok.

Pomarańcze pozbaw skórki możliwie jak najdokładniej (razem z albedo). Pokrój na dość grube plastry. Ułóż w słoiku (1 l) i zalej wcześniej przygotowanym syropem (może być jeszcze ciepły). Zamknij szczelnie słoik, a kiedy przestanie być ciepły schowaj go do lodówki. Pomarańcze będą gotowe do spożycia już następnego dnia, ale lepiej pozostawić je w lodówce na 2 -3 dni. Jeżeli tylko będą zanurzone w syropie, mogą spędzić w lodówce nawet 2 tygodnie.

Pomarańcze stanowią doskonały dodatek do sałatek owocowych, genialnie smakują z greckim jogurtem i granolą lub, jak zrobiłam to ja, prażonymi płatkami owsianymi i migdałowymi, posypane koniecznie pistacjami.

Aha – syropu, który Wam zostanie absolutnie nie wylewajcie. Już niedługo pokażę Wam co można z niego zrobić.

Smacznego!

Ciasto pomarańczowo makowe. I konkurs.

Bez zbędnego suspensu: w ramach wspierania inicjatyw twórczo – przedsiębiorczych na blogu dzisiaj miły konkurs. Do wygrania dwie przeurocze torby marki Poppy – duża i mała. Jeżeli chcecie udział wziąć udział w losowaniu wystarczy że: polubicie facebookowy profil Poppy oraz napiszecie w komentarzu pod tym wpisem jaka jest wasza ulubiona makowa potrawa. Spośród osób, które spełnią powyższe warunki rozlosuję dwie torby – dużą i małą. Macie czas do przyszłego wtorku (02.08) włącznie. Powodzenia :)

Ja ostatnio oszalałam na punkcie makowych drożdżowek z pewnej piekarni w przejściu podziemnym przy metrze Arsenał i na punkcie tego oto ciasta:

 

300 g masła w temp. pokojowej

250 g cukru

3 łyżeczki proszku do pieczenia

5 jajek

3 łyżeczki esencji waniliowej

300 g mąki

1 łyżeczka maku

skórka otarta z 1,5 pomarańczy

sok z 0,5 pomarańczy

 

Masło ucieramy z cukrem na puszystą masę. Dodajemy kolejno jajka w całości, upewniając się, że każde zostało dobrze wmieszane nim dodamy następne. Dodajemy esencjię waniliową, mieszamy. Do oddzielnego naczynia przesiewamy mąkę i proszek do pieczenia, mieszamy. Składniki sypkie dodajem do masy jajecznej. Delikatnie mieszamy łyżką do połączenia składników. Na samym końcu dodajemy sok z pomarańczy, skórkę i mak i również delikatnie łączymy z ciastem.

Ciasto przelewamy do tortownicy (21 cm). Pieczemy przez 55-60 minut w 180 stopniach. Jeżeli chcemy, możemy je ozdobić lukrem, jeżeli nie chcemy jemy ciasto jak tylko ostygnie, ale najlepiej odstawić je na noc, bo autorka książki Nordic Bakery Cookbook twierdzi, że ciasto najlepiej smakuje następnego dnia. Ja się z tym zgadzam. Wiem co mówię, bo piekę je już po raz któryś :)

 

 

A na deser jeszcze kilka makowych foteczek z niedawnych wypraw na Roztocze.