Sos bolognese

North Beach, czyli Mała Italia San Francisco to moja ulubiona dzielnica i wracam do niej przy każdej możliwej okazji. Jej historia jest bardzo bogata, ale nie będę zagłębiać się w szczegóły (ciekawskich odsyłam do artykułu w wikipedii - klik). Wspomnę tylko, że to tu w latach pięćdziesiątych narodził się nurt bitników,  to tutaj powstawały filmy Francisa Forda Coppoli, to w tutejszych klubach nocnych debiutowała Barbara Streisand czy Bill Cosby, to tu na jednej ze ścian widnieje graffiti Banksy’ego. Atmosfera Norh Beach to wyjątkowa mieszanka tradycji i rozpusty, ale ja uwielbiam to miejsce, bo w przeciwieństwie do pozostałych części miasta, czas jakby się w niej zatrzymał. Próżno tu szukać hipsterskich kawiarni, czy designerskich butików. North Beach utkana jest z małych restauracji, sklepików, kawiarni i cukierni. Przy mozaikowych stolikach wystawionych na ulicę jowialni staruszkowie rozprawiają po włosku. Z drzwi obok dochodzi zapach świeżo parzonego espresso. W pobliskiej cukierni obok z gablotki zalotnie zerkają na przechodniów słodkie cannelloni. North Beach to prawdziwy raj dla smakoszy, a na dzisiejszej miejskiej wycieczce poznałam kilka kolejnych wyjątkowych miejsc do których już wiem, że będę wracać i wracać. Po ręcznie robione trufle, świeżo prażoną kawę, typowo włoskie ciasteczka,  obłędną czosnkową foccaccie czy prawdziwie włoskie gellato. Wracając do domu kupiłam trochę świeżego tagliatelle, jako że jest najlepszym makaronem do ragu bolognese. Spaghetti nie jest w stanie utrzymać na sobie treściwego mięsnego sosu i we Włoszech nikt nie poda go w towarzystwie sosu bolońskiego. Chyba, że na życzenie turystów.

pasta1

Co jeszcze wiem o sosie bolońskim? Trudno o jeden słuszny przepis. To takie danie jak rosół, czy bigos. Każda mamma ma na niego swój sposób. Jedna doleje trochę wina. Druga podleje śmietany lub mleka. Jeszcze inna doda kurze wątróbki. Moja wyrocznia w sprawach kuchni włoskiej, kultowa książka Silver Spoon podaje podstawową wersję: marchewka, pietruszka, por, cebula, mięso, włoski boczek pancetta i trochę przecieru pomidorowego. Na marginesie dodaje, że można wzbogacić sos o grzyby i przyprawy. Pamiętam jak kiedyś na domówkę kolega Piotr przyniósł wielki pojemnik sosu bolońskiego. Zarówno w życiu jak i w kuchni, Piotr jest prawdziwym facetem, a mięso to jego specjalność. Kiedy stał przy patelni i podgrzewał je niespiesznie, stałam przy nim i nabijałam się, że co to za bolognese, w którym pływa cynamon. Prawda jest taka, że potem wielokrotnie powracałam pamięcią do spaghetti które wtedy zrobił. Było genialne.

Więc kiedy w końcu dopadła mnie ochota na domowe bolognese laska cynamonu był pierwszą przyprawą, która do niego trafiła. Długo gotujące się ragu bolońskie pachnie niesamowicie samo z siebie, ale cynamon tylko pogłębia to doznanie. Wrzuciłam też dwa kawałki suszonych prawdziwków, aby oddały sosowi trochę ziemistego aromatu. Wlałam kieliszek wina, puszkę pomidorów, a na koniec zamiast śmietany -  łyżkę oregano i łyżkę masła. Do sosu bolońskiego dodajemy to, co akurat mamy w domu. Ale warto dać mu wszystko to, co najlepsze. Wtedy on odwdzięczy nam się tym samym.

sos boloński

Sos boloński (porcja na 4-6 osób)

500 g mięsa wołowego

3 łyżki oliwy

2 małe puszki krojonych pomidorów (lub 1 duża)

2 kawałki suszonych grzybów

1 cebula

2 ząbki czosnku

2 spore marchewki

2 pietruszki

kawałek pora

1 kieliszek czerwonego wina

2 łyżki przecieru pomidorowego

1 laska cynamonu

1 łyżeczka cukru

1 łyżka masła

1 łyżeczka oregano

sól, pieprz

parmezan

Cebulę, czosnek i pora posiekaj drobno, warzywa zetrzyj na tartce o najdrobniejszych oczkach. Na patelni podgrzej oliwę. Dodaj posiekaną cebulę, czosnek, pora, starte warzywa i smaż przez chwilę (ok 5 minut), a kiedy się zeszklą dodaj mięso. Smaż je przez kilka minut, starając się w międzyczasie możliwie jak najbardziej rozdrobnić. Kiedy mięso się usmaży i lekko zbrązowieje wlej czerwone wino. Kiedy prawie całe odparuje wlej pomidory z puszki, szklankę wody, grzyby i laskę cynamonu. Doprowadź sos do wrzenia, a następnie skręć ogień do minimum i duś najdłużej jak tylko możesz (przynajmniej godzinę, najlepiej dwie), raz na jakisz czas mieszając. Po tym czasie dodaj przecier pomidorowy, cukier, oregano. Dopraw solą i pieprzem. Sos powinien mieć gęstą, nie wodnistą konsystencję. Gotuj jeszcze chwilę, aż zacznie bulgotać i brudzić kuchenkę dookoła. To znak, że jest gotowy. Dodaj łyżkę masła i przemieszaj delikatnie.

Podawaj z grubym makaronem (tagliatelle, linguine, pappardelle lub penne), posypane świeżo startym parmezanem.

Smacznego!

sos boloński

sos boloński

sos boloński

Sezamowa pasta z pieczonej dyni

Nie chcę się powtarzać i znowu pisać jak bardzo kocham dynię oraz jak bardzo kocham Yottama Ottolenghi :) Dla tego dzisiaj tych dwoje znowu połączy się w nowym przepisie. Upieczona dynia, tym razem piżmowa, została w nim doprawiona pastą tahini, a zamiast zwyczajowego kuminu – cynamonem. Efekt jest bardzo łagodny i niezwykle przyjemny bez względu na to, czy pastę rozsmarujemy na chlebie, czy będziemy wyjadać prosto z miseczki.

1 duża dynia piżmowa (ok 1 kg)

3 łyżeczki oliwy

1 łyżeczka cynamonu

1/2 łyżeczki soli

70 g pasty sezamowej tahiny

120 g greckiego jogurtu

2 małe ząbki czosnku

1 łyżeczka nasion białego i czarnego sezamu

1/2 łyżeczki syropu z daktyli (tudzież melasy z granatu, lub soku z cytryny)

Dynię potnij na podłużne paski, obierz ze skóry przy pomocy obieraczki do warzyw, a następnie potnij na małe kawałki. Umieść w misce, dodaj oliwę, cynamon, łyżeczkę soli i dokładnie wszystko wymieszaj. Przełóż dynię do naczynia żaroodpornego, przykryj je folią aluminiową i wstaw do piekarnika nagrzanego do 200 stopni na ok 70 minut. Wystudź.

Dynię przełóż blendera, dodaj jogurt, tahinę i czosnek. Zmiksuj wszystko na prawie gładką masę. Przełóż na talerz, skrop syropem z daktyli (tudzież melasą lub sokiem z cytryny) i posyp ziarnami sezamu. Gotowe, smacznego!

Ps. Na zdjęciu pasta pojawia się w towarzystwie chleba na dwóch zakwasach. Już wkrótce poznacie na niego przepis, tyle że w wariancie 100% razowym.

Spaghetti z sosem pomidorowym i pulpecikami.

Ostatnio namiętnie oglądam serial „Modern Family”. To prześmieszna i absolutnie urocza historia opowiadająca o losach pewnej rodziny, której ojciec ponownie wyszedł za mąż za kolumbijską seksbombę, jego syn ze swoim partnerem właśnie adoptował dziecko z Wietnamu, a córka musi zmagać się z trójką niesfornych dzieciaków i jeszcze bardziej niesfornym mężem. Salwy śmiechu przeplatają się razem ze łzami wzruszenia, bo nie dość że serial to genialnie napisana komedia, to także świetny obyczaj opowiadający z przymrużeniem oka o problemach, wobec których musimy sprostać idąc z „duchem czasu” – głównie tolerancji i otwartości. Każdy bohater to materiał na odrębny wpis, moim ulubionym jest Cam – dramatyczny gej, który płacze mówiąc o Maryl Streep i Manny – syn z pierwszego małżeństwa ognistej Glorii, stary – maleńki, popijający espresso i piszący wiersze dla swoich to nowych obiektów westchnień. Jeżeli przechodziliście obok tego tytułu, to radzę zatrzymać się przy nim na chwile. Ani się obejrzycie jak Was wciągnie i uzależni. Bez wątpienia można traktować go jak serial komediowy, ale jest czymś dużo więcej – pokrzepiającą opowieścią, w której prawda zawsze wychodzi na jaw, dobro zostaje nagrodzone i z której jasno wynika, że największymi dziećmi są ludzie najbardziej dorośli.

Dla tego dzisiaj potrawa, którą karmię swoje wewnętrzne dziecko. Zminiaturyzowane pulpeciki zanurzone w sosie pomidorowym. Z makaronem spaghetti, na który mam teraz, mówiąc językiem młodzieżowym, ewidentną fazę. Takie moje comfort food. Zapraszam.

 



 

250 g mielonego mięsa wołowo – wieprzowego

1 mała cebulka

1 ząbek czosnku

1 jajko

4 – 5 łyżek kaszy manny

sól, pieprz do smaku

 

Cebulę z czosnkiem siekamy drobniuteńko. Dodajemy do mięsa. Wbijamy jajko. Wszystko dokładnie mieszamy przez dłuższą chwilę. Dodajemy kaszę manną, wyrabiamy na gładką masę. Odstawiamy do lodówki na pół godziny. Formujemy pulpeciki wielkości małego orzecha włoskiego. W międzyczasie przyrządzamy sos pomidorowy:


3 łyżki oliwy

1 cebula

2 ząbki czosnku

2 puszki krojonych pomidorów

1/2 łyżeczki świeżego tymianku

2 łyżeczki bazylii

1/2 łyżeczki rozmarynu

2 łyżeczki cukru

sól, pieprz

 

Na patelni podgrzewamy oliwę. Cebulę i czosnek siekamy drobno i szklimy na oliwie. Dodajemy pomidory z puszki, mieszamy. Dusimy sos przez kilka minut, aby trochę zgęstniał. Po tym czasie dodajemy wszystkie przyprawy i jeszcze chwilę dusimy.

Z pulpecikami możemy postąpić dwojako. Jeżeli tak jak ja macie męża, który odmawia jedzenia mięsa i z którym musicie się podzielić połową sosu pomidorowego, to pulpeciki smażycie na osobnej patelni z odrobiną oliwy, a następnie układacie na sosie. To rozwiązanie ma ten plus, że kasza manna dodana do mięsa sprawia, iż w trakcie smażenia pulpeciki stają się rozkosznie chrupiące.  Jeżeli zaś wolicie je spożywać w wersji „soft”, to wrzucacie je na początku do sosu pomidorowego i dusicie wszystko razem przez kilkanaście minut.

Potem gotujecie makaron spaghetti, choć nie naciskam. Polewacie sosem, pulpecikami, posypujecie odrobiną parmezanu i …  idziecie przed komputer oglądać kolejne odcinki „Modern Family”.

Ps. Z doświadczenia wiem, że danie to można spożyć na zimno w wersji kanapkowej – smakuje równie pysznie :)

 

 

 

 

 

 



Spaghetti z mulami. I winem.

W porze obiadu jestem Włoszką. W czasie deseru staje się Francuzką. Kiedy przychodzi do wyboru wina przeistaczam się w Niemkę. Czasami jestem wszystkim na raz. I wtedy robię włoską pastę, w maślanym sosie na niemieckim winie. Keine grenzen!! :)

 



1 kg muli

50 g masła

1 cebula

1 ząbek czosnku

150 ml białego wina (użyłam Sylvanera)

200 g makarony spaghetti

natka pietruszki

 sól, pieprz

 

Masło topię na spodzie dużego garnka. Dodaję pokrojoną w plastry cebulę i posiekany ząbek czosnku. Duszę do momentu, aż cebula nieco zmięknie. Wlewam wino. Gotuję wszystko krótką chwilę, aby alkohol odparował. Dodaję przebrane mule (odrzucam te otwarte i popękane). Przykrywam garnek pokrywką i duszę wszystko przez 6-7 minut. Potem zlewam sos na patelnię i jeszcze chwilę go odparowuję, aby zredukował się o połowę. I z powrotem do garnka, do muli.

Makaron gotuję według instrukcji na opakowaniu. Ugotowany i odcedzony wrzucam do garnka z mulami, dodaję pietruszkę. Wszystko dokładnie mieszam. I już.