Niezbędnik imprezowicza – chleb orzechowy i pasta z grochu – fava.

Nie powiem Wam ile podejść robiłam do tego, żeby pokazać Wam tę pastę na blogu. Będzie tego więcej niż palców u jednej ręki. Niestety – łakomstwo zawsze pozbawiało mnie rekwizytu, ale nareszcie się udało. Pastę znalazłam dawno temu na blogu Olgi Smile. Szukałam jedzenia na imprezę, a chciałam by moi goście smarowali chleb może tym razem czymś innym niż pastą z cieciorki i suszonych pomidorów czy hummusem. Zrobiłam ją i od tej pory stale gości na imprezowym stole, ale nie tylko. Dziękujemy Ci Olgo Smile! :)       A do pasty chleb, a może pasta do chleba. Inauguracyjny przepis z książki „Handmade loaf” (aut. Dan Lepard). Prosty, szybki, smaczny. Bardzo aromatyczny dzięki paście z orzechów, która dostarcza smak i woń do każdego zakątka chleba. Doskonały na grzanki. Z favą komponuje się idealnie.

 

 

Chleb orzechowy

Pasta z orzechów:

50 g orzechów włoskich

50 g wody

2 łyżeczki miodu

20 g stopionego masła (lekko brązowego)

szczypta soli

Ciasto właściwe:

220 g letniej wody

100 g aktywnego zakwasu żytniego

1,5 łyżeczki świeżych drożdży (użyłam niepełnej łyżeczki drożdży instant)

100 g pasty orzechowej

100 g posiekanych orzechów włoskich

350 g białej mąki

100 g mąki żytniej chlebowej (użyłam razowej)

50 g mąki pszennej razowej

1,5 łyżeczki soli morskiej

Zaczynamy od zrobienia pasty z orzechów. Wszystkie składniki umieszczamy w benderze i mielimy na gładką masę.

W misce mieszamy razem: wodę, zakwas żytni, drożdże. Dodajemy pastę z orzechów, a na końcu posiekane orzechy. W drugim naczyniu mieszamy mąki pszenne, razową i sól. Do składników sypkich dodajemy płynne. Wszystko dokładnie łączymy, ale jeszcze nie wyrabiamy. Ciasto odstawiamy na 10 minut.

Po upływie 10 minut wyrzucamy ciasto na wysmarowany tłuszczem blat (1 łyżeczką oliwy). Wyrabiamy ciasto przez kilkanaście sekund. Umieszczamy je w nasmarowanej tłuszczem misce na kolejne 10 minut. PO tym czasie ponownie zagniatamy, formujemy w kulę i pozostawiamy do wyrośnięcia na 1 godzinę.

Po godzinie zagniatamy ciasto i formujemy porządany kształt chleba.. Można zrobić dwa małe bochenki, ja zrobiłam jeden – nie taki znowu wielki. Ciasto umieszczamy w wysypanym mąką koszyczku do wyrastania, lub w misce wyściełanej szmatką wysypaną mąką także. Koszyk wkładamy do reklamówki lub przykrywamy ściereczką. Odstawiamy do ponownego wyrośnięcia na 2,5 godziny lub do czasu, kiedy podwoi swoją objętość. 

Wyrośnięty chleb pieczemy w 210 stopniach przez 40 minut. W przepisie napisane jest, że nawet przez godzinę, ale moim zdaniem to trochę za długo. Musimy bacznie obserwować chleb i jeżeli ładnie się zarumieni, a upłynie pół godziny możemy uwolnić go z piekarnika nieco wcześniej. Upieczony chleb odstawiamy do ostygnięcia na kratce do wypieków.

No dobra, mamy chleb, to teraz coś do chleba.

 

 

Fava (aut. Olgi Smile):

250 g groszku

5 białych cebul

1 cytryna

5 listków laurowych

200 g oliwy

sól

1 ząbek czosnku (to mój akcent : )

Groch namaczamy conajmniej dwie godziny wcześniej, a najlepiej na noc. Rano zmieniamy wodę, wrzucamy do grochu listki laurowe i gotujemy do miękkości. Odcedzamy, wyjmujemy listki laurowe, pozostawiamy do ostygnięcia.

Cebule kroimy w kostkę i wrzucamy na olej. Aby nie dopuścić do przypalenia dobrze jest cebulę posolić – puści soki i nie będziemy musieli jej tak bardzo pilnować. Karmelizujemy cebulkę dopóki nie zbrązowieje. Radzę uchylić wszystkie okna. Jej zapach na patelni jest dość inwazyjny, najlepiej wieczorem, kiedy pasta będzie już gotowa umyć włosy :). Cebulkę zostawiamy do ostygnięcia.

W blenderze miksujemy groszek, cebulkę i czosnek. Dolewamy oliwę oraz sok z cytryny. Miksujemy wszystko na gładką masę. Pastę można spożywać od razu, ale smakuje najlepiej, kiedy przegryzie się parę godzin w lodówce. Pasty wychodzi duży słoik, wystarczy i na imprezę i na wynos dla znajomych. Zawsze znajdzie się ktoś, kto o to poprosi :)

 


 

Chleb orzechowy na podniesienie morale.

Zaliczyłam ostatnio sromotną klęskę. Wymyśliłam sobie zakwasowiec na 3 pszennych mąkach: grahamowej, razowej i chlebowej. Wszystko wyglądało dobrze, do momentu w którym chleb wylądowała na kamieniu. Zrobił się z niego olbrzymi placek i kolejne minuty nie wskazywały na to, aby cokolwiek miało się zmienić. Trudno – może nie będzie wyrośnięty, ale za to smaczny – pocieszałam się co chwila zerkając do piekarnika. Niestety, kiedy przekroiłam chleb okazało się, że chrupiąca skórka kryje w sobie zakalec bez ani jednego bombelka powietrza, a sam chleb mógłby stać się doskonałym narzędziem mordu – taki był twardy. Chleb wylądował w koszu, a ja musiałam jakoś odreagować to niepowodzenie. Zrobić chleb, który pozwoli mi znowu uwierzyć w swój talent. Żeby zminimalizować ryzyko porażki postanowiłam wspomóc się drożdżami. Z duszą na ramieniu przystąpiłam do odkrywania receptury, która postawi mnie obok Hammelmana i Bertinetta ( :) ). Wyszło mi coś takiego.

 

Zaczyn:

3 łyżki zakwasu

1/8 łyżeczki drożdzy suszonych

2/3 szklanki mąki chlebowej

1/3 szklanki mąki żytniej razowej

1/2 szklanki wody


Ciasto właściwe:

cały zaczyn

3 szklanki mąki pszennej

1 szklanka wody

1 łyżka melasy

1/2 łyżki soli

spora garść orzechów włoskich

 

Wszystkie składniki zaczynu mieszamy w misce (powinna wyjść gęsta pasta), owijamy szczelnie folią i odkładamy w ciepłe miejsce na ok. 12 godzin.

W misce mieszamy mąkę z wodą (aby mniej więcej się połączyła) i odstawiamy na 30 minut. Po tym czasie dodajemy zaczyn i drożdze. Wszystko jeszcze raz mieszamy. Dodajemy sól i melasę. Mieszamy, wyrzucamy ciasto na blat i zaczynamy zagniatać. Ciasto było dość wilgote, więc zagniatałam je metodą Bertinetta – zobaczcie sobie jak to wygląda, jest dość praco – i czaso- chłonne, ale naprawdę świetnie się sprawdza. Po kilkunastu minutach zagniatania, kiedy ciasto jest ewidentnie sprężyste o dobrze rozwiniętym glutenie dodajemy do niego pokruszone niedbale orzechy i jeszcze raz zagniatamy.

Ciasto przekładamy do do naoliwionej miski (natłuściłam ją olejem rzepakowym, o rewelacyjnym orzechowym zapachu). Składamy w odstępach: 45, 45, 30 minut.  Ciasto formujemy w porządany kształt i wkładamy do koszyczka do wyrastania – ja zrobiłam jeden wielki bochen, ale ciasta spokojnie wystarczy na dwa mniejsze. Zostawiamy ciasto na 1,5 godziny. A najfajniej by było wsadzić chleb na całą noc do lodówki i pozwolić mu wyrastać przez całą noc.

Piekarnik nagrzewamy do maksymalnej temperatury. Na chwile przed włożeniem chleba parujemy piekarnik. Wkładamy chleb, skręcamy temperaturę do 220 stopni. Spryskujemy piekarnik raz jeszcze. Po 20 minutach skręcamy temperaturę do 200 stopni. Po kolejnych 20 minutach do 180. Dopiekamy chleb przez 15 minut.

Upieczony chleb umieszczamy na kratce do wystudzenia. Nie ma się co spieszyć – czas działa na jego korzyść i pozwala rozwinąć się wszystkim aromatom.

Próbujemy i jesteśmy szczęśliwi – tym razem nam się upiekło :)