Crepes prawie Suzette…

Crepes Suzette, klasyka klasyki. Cienkie naleśniki skąpane w pomarańczowym syropie. Dla większego bajeru podpalane. Nigdy nie zapomnę, jak kilkanaście late temu, na przyjęciu komunijnym mojej siostry ciotecznej w wykwintnej swego czasu wilanowskiej restauracji wjechał specjalny wózek, z którego podawano je właśnie. To nie był zwykły deser, tylko prawdziwe kulinarne show. Z płomieniem po sufit i nierealnym wręcz smakiem.

Klasyka ma to do siebie, że można ją interpretować bez końca. Naleśniki zrobić z  mlekiem kokosowym, z wiórkami tegoż, makiem i rumem. I już w tym momencie można by było postawić kropkę. Ale wzorem Suzette uduśmy je w syropie. Pomarańcze przełammy cytryną, zamiast cointreau wlejmy raz jeszcze rum. Ogień zastąpmy szczyptą cukru pudru i cynamonu. Gwarantuje Wam, że ten smak zapamiętacie na baaardzo długo.

2 szklanki mąki

1 szklanka mleka kokosowego

1 szklanka wody gazowanej

3 jajka

1 kieliszek rumu

2 łyżki maku

3 łyżki wiórek kokosowych

olej

Składniki ciasta zmiksuj na gładką masę, pod koniec wsyp mak i wiórki kokosowe i dokładnie zamieszaj. Na rozgrzanej, skropionej olejem patelni smaż cieniutkie naleśniki. Kiedy ostygną, złóż je na cztery części. Przygotuj syrop pomarańczowy.

sok wyciśnięty z 4 pomarańczy

skórka z 2 pomarańczy

 sok z 2 cytryn

skórka z 1 cytryny

5 łyżek cukru

1 kieliszek rumu

Na patelnię wlej sok z pomarańczy i cytryn. Dodaj starte skórki, cukier i rum. Doprowadź do wrzenia i gotuj do momentu, aż syrop zacznie bulgotać. To znak, że jest wystarczająco gęsty, aby zanurzyć w nim naleśniki. Połóż na patelni uprzednio złożone naleśniki. Pokryj je sosem z jednej i drugiej strony. Przełóż na talerz, posyp cynamonowym cukrem pudrem. Podawaj natychmiast, póki ciepłe. Smacznego!

Czekolada #2: Magda M

Ty Magda już pewnie tego nie pamiętasz, ale ja za to bardzo dobrze. To miał być mój pierwszy obiad, którym miałam nakarmić ok. 15 osób. Dwa dni wcześniej zadzwonił do mnie Daniel i powiedział, że podczas sesji w Mariocie zapytałaś, czy nie mogłabym Wam ugotować czegoś na następną. Powiedziałam ok, choć nie powiem, cykor był ;)

Tego dnia kilka godzin spędziłam przy kuchence, smażąc kilkadziesiąt naleśników na jednej patelni. W całym studiu było czuć zapach oleju, w dodatku co chwila ktoś podchodził i pytał, czy może jednego, a ja przeganiałam wszystkich bo bałam się, że i tak będzie ich mało. Do naleśników była pomidorowa, którą serwowałam z wiaderka do chłodzenia szampana ;) Koniec końców obiad się udał, następnego dnia zrobiłam drugi, potem trzeci, a potem trafiłam do kuchni na półtora etatu. W smażenie naleśników na taką skalę nigdy więcej się nie wrobiłam ;)

Super są wspomnienia tych wspólnych początków. I zawsze będziesz w tych wspomnieniach pełniła Magda rolę szczególną. Lubię wierzyć w pewien algorytm zdarzeń, że pewne osoby pojawiają się na naszej drodze w jakimś celu. Ty dla mnie na zawsze pozostaniesz tą osobą, która dając zielone światło załatwiła mi jeden z najciekawszych roków w dotychczasowym życiu. Dziękuję! :)

Dlatego dzisiaj też usmażę Ci naleśniki. Trochę bardziej na wypasie niż wtedy. Z mielonymi migdałami i amaretto. I wiśniami, bo jak migdały, to muszą być wiśnie. A jak wiśnie, to koniecznie czekolada…

1,3  szklanki mąki

0,5 szklanki mielonych, uprażonych migdałów

1,5 szklanki mleka

2 łyżki stopionego masła

0,5 szklanki wody gazowanej

2 jajka

3 łyżki amaretto

1 łyżka cukru

0,5 łyżeczki soli

wiśnie z kompotu lub alkoholu

gorzka czekolada

Mąkę, cukier, sól wsyp do miski, zrób w środku wgłębienie, wlej pół szklanki mleka, za pomocą trzepaczki balonowej zamieszaj wszystko na gładką masę. Nieustannie mieszając małymi porcjami dodaj pozostałe mleko, wodę, masło a na końcu jajka. Pozwoli to uzyskać gładkie ciasto, bez grudek. Na koniec wlej do ciasta amaretto i dodaj zmielone migdały. Zamieszaj. Na tym etapie ciasto możesz schować na kilka godzin do lodówki, albo nawet na całą noc. Będzie jeszcze lepsze.

Smaż cieniutkie naleśniki na rozgrzanej patelni. Podawaj jeszcze ciepłe z wiśniami z kompotu obficie posypane posiekaną na drobne wiórki czekoladą. Smacznego!

Lemon Crepes

Ze świątecznym jedzeniem jest jak z Kopciuszkiem. Jest urokliwe przez okres świąt, ale sekundę po północy dwudziestego siódmego traci swój cudowny czar i staje się przykrym obowiązkiem. Przecież się nie zmarnuje. W tym roku cudem udało mi się opuścić dom rodzinny z jednym tylko słoikiem ćwikły „dla zięcia”, która w trakcie podróży rozlała mi się w torebce. Moja mama zapewne przez trzy kolejne rozmowy telefoniczne będzie biadoliła, że jak to „puściła dziecko z niczym”. A ja zacieram ręce nad swoim małym zwycięstwem. Bo po świętach, kiedy to na śniadanie, obiad i kolację jadłam (bynajmniej z przymusu!) smażonego karpia chce mi się czegoś lekkiego. Czegoś ożywczego. Czegoś nieodgrzewanego.

Może wobec tego naleśniczki? W duchu francuskiej prostoty. Nieskomplikowane, dość jajeczne, przyjemnie słodkie, maślane i orzeźwiające. To bardziej pomysł, niż przepis. Ponieważ jednak receptur na crepes nigdy dość podam proporcje za French Kitchen Serge’a Dansereau.

 

1,5 szklanki tłustego mleka

4 jajka, roztrzepane

1/4 szklanki oleju

1,25 szklanki mąki

2 łyżeczki miękkiego masła

drobny cukier

2-3 cytryny

 

Do miski wlewamy mleko, dodajemy jajka i całość ubijamy trzepaczką. Dodajemy 2 łyżeczki oleju, przesianą mąkę. Dokładnie mieszamy. Aby pozbyć się grudek przelewamy ciasto przez sitko. Odstawiamy do lodówki na godzinę.

Patelnię rozgrzewamy, smarujemy ręcznikiem papierowym nasączonym oliwą. Smażymy naleśniki na złoty kolor – około 2 minut z każdej strony.  Gotowe, jeszcze ciepłe naleśniki smarujemy miękkim masłem, posypujemy odrobiną cukru i skrapiamy sokiem z cytryny. Dopiero wtedy składamy. I jemy. Aż się nam uszy trzęsą :)