Beza me… Beza me muuuuchooo…

Z dedykacją dla wszystkich miłośników bezy. Tym razem beza z kremem powstałym w wyniku fuzji mascarpone z lemon curd. Oraz owocami sezonowymi.

 

Beza pavlova

8 białek

szczypta soli

1,5  szklanki cukru

2 łyżki mąki ziemniaczanej

2 łyżki białego octu winnego

Białka ubijamy ze szczyptą soli na sztywno. Dodajemy cukier wciąż ubijając do momentu aż się rozpuści, a piana stanie się gęsta i jeszcze bardziej sztywna. Do ubitej piany dodajemy mąkę ziemniaczaną i ocet. Delikatnie wszystko mieszamy.

Masę wykładamy na papier do pieczenia , formujemy w okrąg. Pieczemy przez pierwsze 10 minut w 180 stopniach, potem skręcamy temperaturę do 160 stopni i pieczemy bezę przez godzinę. Wyłączamy piekarnik i nie otwierając drzwiczek dajemy bezie wystygnąć przez przynajmniej godzinę, a najlepiej całą noc.

W trakcie beza stygnie przygotowujemy krem:

3 cytryny

150 g masła

6 żółtek

1 szklanka cukru

250 g mascarpone

Na tartce o małych oczkach ścieramy skórkę z cytryn, następnie wyciskamy z nich sok. Na garnuszku z gotującą się wodą ustawiamy metalową miskę, do której dodajemy sok i skórkę z cytryn, masło i cukier. Podgrzewamy do momentu, aż cukier i masło rozpuszczą się w cytrynowym soku. Dodajemy żółtka, intensywnie mieszamy. Przez kolejne przynajmniej 10 minut podgrzewamy naszą masę nieustannie, albo prawie nieustannie mieszając. Jest gotowa, aż wyraźnie zgęstnieje i nabierze kremowej konsystencji. Zdejmujemy ją wtedy z ognia i pozostawiamy do ostygnięcia. Właśnie otrzymaliśmy lemon curd.

A kiedy lemon curd stanie się zimne, mieszamy je delikatnie z mascarpone. Można krem nieco dosłodzić. Jak kto lubi.  Krem rozsmarowujemy po wystudzonej bezie. Dzieło wieńczymy mieszanką owoców sezonowych. I kropka.

Smacznego!!

 

Tiramisu. Po prostu.

Kasjerka spogląda na moje zakupy na taśmie i zagaduje: O, pewnie tiramisu będzie Pani robiła, trudne to? Mówię, że ani trochę, więc zachęcona wyciąga notesik, w którym zazwyczaj pewnie notuje symbole produktów i zapisuje…

Tiramisu to ukochany przez wszystkich włoski deser. Znacie kogoś kto byłby w stanie się mu oprzeć? Ja nie. I nieważne, czy zsiądzie się lepiej, czy jest lekko płynne, bo tym razem użyliśmy za dużo żółtek – połączenie kawy, kako i jedynego w swoim rodzaju mascarpone zawsze smakuje dobrze. Tego lata robiłam je wielokrotnie, w ilościach wręcz hurtowych. Za każdym razem inaczej, za każdym razem wychodziło. Mój przepis nie jest wyjątkowy, pewnie każdy ma swój, ale może pośród Was jest taka osoba, jak ta miła Pani kasjerka, która chętnie zanotuje go w swoim kajeciku…

250 g serka mascarpone

2 jajka (żółtka + białka oddzielnie)

4 łyżki cukru pudru

1 opakowanie włoskich biszkoptów

2 szklanki najlepszej, mocnej kawy

4 łyżki amaretto (lub innego alkoholu)

kakao

 

Żółtka ucieramy z cukrem, a następnie z mascarpone. W oddzielnym naczyniu ubijamy białka na sztywno. Pianę z białek dodajemy do mascarpone i łączymy z nim delikatnie (najlepiej drewnianą łyżką).

Kawę wlewamy do średniej wielkości miski, dodajemy amaretto. Nie słodzimy! Herbatniki zdecydowanym ruchem zanurzamy w całości w naczyniu z kawą, wyciągamy i układamy na spodzie naczynia (moje miało 20 x 30 cm). Kiedy zapełnimy cały spód, pokrywamy herbatniki warstwą kremu mascarpone, który z kolei posypujemy obficie kakao. Powtarzamy czynności tworząc drugą warstwę deseru.

Formę z ciastem szczelnie owijamy folią spożywczą i wkładamy do lodówki na kilka godzin. Trzy to niezbędne minimum, im dłużej, tym lepiej. Jak twierdzi mój kolega Konrad, który z robienia Tiramisu lekką ręką ma profesurę – najlepiej smakuje po trzech, czterech, a nawet pięciu dniach*. Wierzę mu, bo jadłam, ale sama zazwyczaj wybieram opcję trzygodzinną :)

 

* tyle że kolega nie stosował żółtek