Przepraszam Pana, Panie Grycan…

Bo choć wielbię Pańskie lody i uważam, że są najlepsze na świecie (przed czekoladowymi, sułtańskimi tudzież mogą się schować wszystkie Haagen Dazsy świata), to jednak w kwestii sorbetu malinowego, pozwoli Pan, sięgnę do skorodowanej foremki, w której mrozi się wyrób domowej produkcji…

 

1,5 opakowania malin

1 bardzo dojrzały banan

250 g cukru pudru

2 łyżeczki soku z cytryny

 

Maliny miksujemy w blenderze, otrzymane puree przecieramy przez sitko, aby pozbyć się pestek. Do malin dodajemy cukier puder, pokorojnego banana oraz sok z cytryny i ponownie wszystko miksujemy.

Masę wlewamy do foremki i wstawiamy do zamrażarki na jakieś 2,3 godziny. Po tym czasie masę przelewamy naczynia i miksujemy ponownie, ponownie zamrażamy przez 2 – 3 godziny, ponownie miksujemy. Potem masie można dać zamarznąć, kiedy to się stanie kroimy ją na kawałki i miksujemy je raz jeszcze do otrzymania gładkiej, pięknej masy sorbetowej, którą jeszcze lekko podmrażamy, albo i nie…

 

 

 

Muffiny? Nie piekę!

Śmiem twierdzić, że mój blog to najprawdopodobniej jedyny blog kulinarny w sieci, na którym nie ma żadnego przepisu na muffiny lub babeczki (w dobie prawdziwego cupcake’owego boomu to wręcz podejrzane). Do dzisiaj.

Będę szczera – muffinów nie lubię równie serdecznie, co ciasta kruchego (choć nad tą relacją usilnie pracuję). Robić, nie jeść. Wiecie jak to jest – człowiek upiecze to i owo, zaczyna mu się wydawać, że w zasadzie pojął wszystkie tekstury ciast i może teraz kombinować na oko, po konsystencji, na pewno wyjdzie. Zero pokory, zwłaszcza, że przecież te muffiny to taki „piece of cake”. Więc wymyśla sobie takie cudo. Załóżmy, że z rabarbaru. Część piecze na miazgę, zagęszcza mąką, jajkiem i czym tam jescze ułańska fantazja podpowie, dodaje surowe kawałki łodygi. Oczyma wyobraźni już widzi te różowawe muffiny, które za pół godziny wstrząsną cukiernictwem. Radośnie zerka przez szybkę piekarnika, czy rosną jak należy. Niestety, nie za bardzo. To co wychodzi z piekranika osoba, która chciałaby być bardzo bradzo miła nazwałaby – „o, no prawie takie clafoutis”. Clafoutis jest pyszne, moje muffiny są obrzydliwe. Cała blacha ląduje w koszu, tak samo jak następna czekoladowych (smakują tak, jakby się gryzło mydło), czy jagodowych babeczek z białą czekoladą (patrz muffiny rabarbarowe). Te trzy kolejne próby skutecznie zrażają mnie do muffinów/babeczek, a duma i uprzedzenie nie pozwalają sięgnąć po normalny przepis z miarami i wagami. Kiszę się zatem w tej nienawiści, kontestując wszystkie napotkane przepisy. Do momentu, w którym w swojej ulubionej książce kucharskiej* natykam się na pewne babeczki…

180 g masła + 20 g

260 g mąki

1 łyżeczka proszku do pieczenia

1/2 łyżeczki sody

1/4 łyżeczki soli

160 g drobnego cukru

2 jajka

1 łyżeczka esencji waniliowej

170 g kwaśnej śmietany

1 brzoskwinia (lub 4 morelki)

2 opakowania malin

6 morelek

 4 łyżki cukru

 

Foremki na babeczki wkładamy do zamrażarki. Topimy 20 g masła, smarujemy nim dokładnie schłodzone foremki, które ponownie umieszczamy w zamrażarce.

W misce mieszamy mąke, sodę, mąkę, sól. Masło ucieramy z cukrem na puszystą masę. Jajka lekko ubijamy z esencją waniliową, po czym dodajemy do masy maślanej. Dokładnie miksujemy. Do miski wsypujemy 1/3 składników sypkich, dodajemy śmietanę, dokładnie wszystko mieszamy. Dodajemy kolejną porcję mąki i śmietany, ponownie mieszamy i tak do wyczerpania składników. Do ciasta dodajemy pokrojone morelki (lub brzoskwinie) i znów delikatnie mieszamy.

Utartym ciastem napełniamy foremki (wyszło mi 12 sztuk). W każdą z nich wciskamy po 4 maliny, owoc powinien prawie cały schować się w cieście. Pozostałe owoce zachowujemy na później). Babeczki pieczemy przez 25 – 30 minut w 175 stopniach. Wykałaczka włożona w upieczone ciasto po wyjęciu powinna być sucha.

Gotowe babeczki odstawiamy na 10 minut, po czym delikatnie wyciągamy z foremek. Możemy skończyć na tym etapie, ale warto babeczkom zafundować przepyszny sos malinowy, który zrobiłam nieco inaczej niż w przepisie oryginalnym. Tego nie mogłąm zepsuć :)

Morelki z malinami zasypałam cukrem i doprowadziłam do wrzenia. Gotowałam przez kilka minut, aż owoce kompletnie się rozpadły. Przetarłam sos przez sito, wstawiłam ponownie na gaz, aby sos się nieco zagęścił. Gorącym sosem polałam babeczki, następnie obsypałam je cukrem pudrem i przystroiłam malinami. Już po pierwszym kęsie wiedziałam, że oto doszło do wielkiego pojednania :)))

Ps. Myślałam, że cupcake i muffin to to samo, tylko innej wielkości. Ten oto artykuł uświadomił mi w jak wielkim byłam błędzie :)

* książka to oczywiście „Ottolenghi: The cookbook” – jedna z 3 książek kucharskich, które zabrałabym na bezludną wyspę.

 

 

 

 

 

 





 

 

Jednoszklankowe racuszki biszkoptowe

Leżę na kanapie i słucham Jamesa Blake’a – jego muzyka jest tak chropowata jak mój dzisiejszy nastrój: ten deszcz mnie dobija, mam serdecznie dosyć wilgoci w powietrzu. Lekiem na całe zło okazują się być racuszki – puszyste, takie mini biszkopciki. Robię je ostatnio dość często, po ich zjedzeniu lekko jakby się przejaśnia, a przynajmniej aura nie boli tak, jak mogłaby na czczo. 

2/3 szklanki mąki*

1/3 szklanki mleka

1/4 łyżeczki proszku do pieczenia

1/4 łyżeczki sody

1 jajko

2 łyżki cukru

1/3 łyżeczki soli

4 łyżki musli

W misce mieszamy wszystkie składniki sypkie oprócz musli. Dodajemy jajka, mleko. Mieszamy. Na samym końcu wsypujemy musli, łączymy z ciastem. Racuszki smażymy na małej ilości tłuszczu na złoty kolor.  Jeden racuszek to jedna łyżka ciasta. Otrzymane 8 sztuk posypujemy cukrem pudrem i malinami.

Urocze śniadanie, nieprawdaż? :)

*użyłam najpopularniejszej szklanki świata – 300 ml pokala z Ikei

 

 

Bardzo winna galaretka

Realizację tego przepisu dawno temu zasugerowała mi Małgosia – pewnie ona już sama nie pamięta, że tak było. A potem na ekranie pokazał mi jak to zrobić wiadomo kto. A jeszcze potem byłam w Tesco i akurat były maliny na promocji, po których z kolei miała do mnie wpaść Magda na filmy.  Odstałam więc swoje na dziale z alkoholami, zakupiłam szardoneja, a potem w domu tę oto galaretkę poczyniłam. Hedonizm.

galaretka

 

1 butelka wina białego

żelatyna

2 opakowania malin

4 łyżki cukru

1 laska wanilii

1 opakowanie śmietany kremówki

 

Maliny delikatnie płuczemy pod bieżącą wodą. Tak tylko na wszelki wypadek – wiadomo, że ich kolor o tej porze roku jest chemią podszyty. Chyba, że importem. Maliny zalewamy winem. I odstawiamy na pół godziny. Podobno w tym czasie mają się stać porcelanowo świetliste i nabrać winnego aromatu i smaku. Z tą porcelaną, to chyba jakaś przesada, ale faktycznie – malinki podczas tej kompieli stają się winne jak cholera.

Następnie odcedzamy maliny, a wino przelewamy do garnka. Dorzucamy przeciętą laskę wanilii. Gotujemy przez 15 minut na zdecydowanym ogniu, ażeby wino zawrzało. Potem skręcamy ogień. Dodajemy cukier i żelatynę – każda żelatyna jest inna, więc proporcje najlepiej wziąć z opakowania. Kiedy wszystko ładnie się rozpuści wyłączamy gaz i odstawiamy garnek na 15 minut do wystygnięcia. Laskę wanilii usuwamy na samym końcu.

Kiedy galaretka robi się chłodna zalewamy nią maliny i wstawiamy do lodówki.

I teraz tak. Chcąc być wierna przepisowi pokazanemu na ekranie nie czekałam aż galaretka zetnie się na sztywno. Śmietanę również ubiłam trochę mniej niż zazwyczaj. I… No cóż, co przyzwyczajenie, to przyzwyczajenie – trochę zjadłam, a resztę odstawiłam do lodówki, żeby się porządnie ścieła. Nazajutrz smakowała obłędnie.

Z butelki wina wyszły 3 kieliszki. Nie wiem jaką moc ma galaretka sama w sobie, bo wiadomo że przy takich deserach dobrze mieć niezależny kieliszek w dłoni – a nóż alkohol w trakcie gotowania odparuje swoją cudowną moc. Ten wariant to wariant z białego wina, ale już widzę tutaj w internecie przepisy na galaretki z białego, czerwonego, różowego, słodkiego, pół, wytrawnego. Także, kak choczesz.

Tak sobie myślę też, że na przykład taki owocowy zinfandel bardzo dobrze połączyłyby się z truskawkami, które już tuż tuż…