Londyn jak z książki kucharskiej, pt. 3

Za nami Ottolenghi, kulminacyjny punkt mojej wycieczki, ale bynajmniej nie ostatni. Zapraszam na ostatnią część londyńskiego przewodnikach po miejscach związanych z moimi ulubionymi książkami kucharskimi.

Stacja piąta: Baker and Spice

Z Baker and Spice łączy się nazwisko Dana Leparda – chlebowego wirtuoza, najsłynniejszego wyspiarskiego piekarza. Jest on autorem książki Baker & Spice: Baking with Passion, w której zdradza przepisy na wypieki najwyższych lotów. Baker & Spice to prężna sieć małych piekarni, których w Londynie znajdziemy cztery. Ja trafiam do tej przy Elizabeth Street. Robi wrażenie lokalnej, ludzie wpadają do niej jakby po drodze, aby kupić chleb lub inne cuda ułożone w koszyczkach. Na miejscu można popróbować różnych sałatek, które wyglądają podobnie niż w Ottolenghi, ale nie robią już takiego wrażenia. Niestety na dzień dobry dostaję reprymendę za robienie zdjęć, więc kupuję szybko jedną drożdżówkę i uciekam na zewnątrz (gdybym chciała ją zjeść w lokalu, kosztowałaby odpowiednio drożej). Nie lubię jak zabrania mi fotografować (zwłaszcza, że nie używam flasha, nie przestawiam stolików ;) ), więc trochę się dąsam. Ale ta drożdżówka, a w zasadzie cudownie maślana brioszka z morzem kruszonki i kraterem owoców leśnych z galaretką jest tak dobra, że w połowie drogi powrotnej do metra mam ochotę zawrócić i kupić jeszcze jedną. Oczywiście nie mogę tego zrobić, bo na mojej mapie mam jeszcze jedno bardzo ważne miejsce do odwiedzenia….

 

Stacja szósta: Bea of Bloomsbery

Wertując książkę Tea with Bea trudno nie dostać ślinotoku. Śliczne muffinki, piękne torty czy spektakularne serniki podnoszą tętno i poziom cukru we krwi. Sama niejednokrotnie testowałam te przepisy, zwłaszcza na torty i zawsze byłam wniebowzięta (choć muszę zaznaczyć, że zawsze nieco je odsładzałam).

Jedna z dwóch kawiarni Bea of Bloomsbury mieści się nieopodal Millenium Bridge. W kawiarni nowoczesność łączy się z vintage, zwłaszcza na pięterku, gdzie można zasiąść we wnękach, z których każda wystylizowana jest nieco inaczej (czyt. każda kanapa ma inną tapicerkę). Ale zanim zasiądziemy musimy wybrać słodkie co nieco z gablotki.

Przyznam szczerze, że wyborem byłam nieco rozczarowana. Liczyłam na nieco większą ilość ciast, a zwłaszcza tortów czy serników. Nie odważyłam się spróbować muffinków z kremem, który robi się z bryły masła i torby cukru pudru, a nie na brownie lub zwykłe ciasto herbaciane pędziłam z daleka. Ostatnie dwa kawałki tortu z różowym kremem nie przekonały mnie zbytnio. Stanęło więc na tajemniczym serniku, który wyglądał lepiej niż dobrze. I to był bardzo dobry wybór. Bardzo kremowy, z kremem z marakui i włoską bezą był przepyszny, choć suma summarum tak słodki, że od hiperglikemii uratowała mnie tylko gorzka earl gray, której bergamotkowe nuty stanowiły bardzo przyjemne interwały między poszczególnymi kęsami ciasta. Koniec końców z Bei wyszłam bardzo zadowolona, choć nie ukrywam, że żałowałam trochę, że nie trafiłam do kawiarni na Bloomsbury, której klimat podobno jest bardziej kameralny i vintage.

Wszystko, co pomiędzy

Oczywiście w trakcie wizyty w Londynie odwiedziliśmy parę miejsc, które może nie wydały książek kucharskich, ale są warte wspomnienia. Drugiego dnia naszego pobytu odwiedziliśmy lodziarnię Chin Chin Lab na Camden, w której organiczne lody robi się na poczekaniu przy użyciu ciekłego azotu. Fajny show, za który odpowiednio trzeba zapłacić. O miejscu możecie przeczytać więcej na blogu Małgosi Minty.

Podczas spotkania z Ulą z bloga The Adamant Wanderer odwiedziłyśmy pewną knajpkę w Chinatown, w której sprzedaje się koreańskie bibimbapy (ryż przykryty mięskiem i warzywkami). Odwiedzając Notting Hill i słynną Portobello Road nie mogłam nie wstąpić do Books for Cooks. W środku niestety nie można było robić zdjęć, ale wizyta była przeżyciem niezapomnianym. Tyle książek kucharskim w jednym miejscu przyprawiło mnie o zawrót głowy. Całe szczęście, że ze względu na ograniczenia bagażowe nie mogłam nic kupić, bo inaczej musiałabym chyba dzwonić po tragarzy ;)

Wśród Waszych londyńskich rekomendacji obok Portobello Road równie często pojawiał się Borrough Market. Trafiłam tam we wtorkowe przedpołudnie, ale niestety w większości targowisko było puste. Spośród okolicznych knajpek zakotwiczyłam na chwilę w piekarnio – restauracji Le Pain Quotidien gdzie spożyłam sałatkę z fasolą, pomidorami i prosciutto. Pyszna, lekka i pożywna pięknie podsumowała moją wizytę w Londynie, która jasno uświadomiła mi to, że na wyspach podejście do serwowanego jedzenia jest wyjątkowe, a my sami musimy się jeszcze więcej nauczyć. W Polsce możemy zjeść albo bardzo tanio, albo bardzo drogo. Brakuje miejsc z kuchnią prostą, ale dobrą kuchnią w rozsądnej cenie.

 

I w zasadzie to byłoby tyle. Temat kulinarnego zwiedzania, nawet wg książek kucharskich nie został jeszcze wyczerpany. Bardzo żałuję, że nie dotarłam do The River Cafe, ale akurat była w remoncie. Następny raz zostawiam sobie Moro czy czekoladowe królestwo Williama Curleya. Nie wspominam o miejscach ekskluzywnych: włoskiej restauracji Bocca, restauracjach Toma Aikensa czy Jamesa McKenziego. Ale to już jest zupełnie inna kulinarna bajka. Także cenowa. Ja tak mam, że mając do wyboru super molekularną konstrukcję lub fajną kanapkę zawsze wybiorę to drugie. Na szczęście Londyn to miasto, które sprosta oczekiwaniom każdego podniebienia.



Londyn jak z książki kucharskiej: Ottolenghi

Ottolenghi poświęcam oddzielny wpis, bo jest to dla mnie miejsce szczególne. Może będę brzmiała jak egzaltowana nastolatka, może jak akwizytor. Z góry przepraszam, ale to są po prostu emocje. 

Zawsze kiedy ktokolwiek pyta mnie, kto jest moim kuchennym guru odpowiadam, że on. Yotam Ottolenghi. Jego kuchnia, która jest zderzeniem nowoczesnego, zdrowego ale przystępnego podejścia do gotowania z silnymi wpływami kuchni blisko – wschodniej. To kuchnia w której główną rolę pełnią warzywa, choć mięso też się zdarza, ale dużo rzadziej. Łączą się więc one w ciekawe konstelacje: z kaszami, serami, świeżymi ziołami, ziarnami. Doprawione niezwykłymi melanżami przypraw. Niemożliwie smaczne.

Pierwsze wrażenie: butik z żywnością. Wizyta w Ottolenghi to doznanie estetyczne. Tam wszystko jest piękne. Począwszy od rozświetlonej bielą małej przestrzeni, delikatnych dekoracji ale przede wszystkim jedzenia, od którego nie można oderwać oczu. Po tym jak wyszłam ze środka postałam sobie chwilę niedaleko i obserwowałam ludzi, którzy idąc przez siebie nie mogli przejść obok witryny obojętnie. Każdy się zatrzymywał, choć na chwilę, by poczuć się jak dziecko w sklepie z zabawkami.

Witryna Ottolenghi to jedna z dwóch powierzchni, jakie zajmuje jedzenie w tym małym lokalu. Druga to wzdłużścienny kontuar na którym wyłożone jest jedzenie wytrawne. Ale wróćmy do witryny. Przedstawia się na niej cała słodka oferta, którą znam w większości z książek kucharskich Yotama. Na paterkach, w blaszkach i koszyczkach cieśnią się muffinki, brownies, serniczki, babeczki, brioszki. Każda rzecz świeża i przepiękna. Efekt tej mnogości tylko potęguje zachwyty i naprawdę nie wiadomo co wybrać. Ja chciałabym wszystkiego spróbować, chociaż po gryzie.

Jedzenie wytrawne wyłożone jest na wielkich, pięknych, ceramicznych talerzach i to z nich kupuje się porcje na wagę. Okazuje się, że w tym lokalu jedzenie można kupować tylko na wynos, ale jakoś mnie to nie martwi. Królują warzywa, ale zauważam apetycznie wyglądające kurczęce udka obficie posypane pietruszką, które wyglądają jakby pięć minut temu wyszły z piecyka.

Wybór jest bardzo trudny, bo wszystko wygląda na najsmaczniejszą potrawę świata. Na szczęście można wziąć po troszku tego i po troszku tego, więc decyduję się na sałatkę z jakiejś fajnej odmiany fasolki, sałatkę z młodych pieczonych ziemniaczków i odrobinę sałatki z bulguru olbrzymiego. Na deser wzięłabym wszystko, ale w końcu mój wzrok najbardziej oczarowuje claffoutis z rabarbarem, jeżynami i pistacjami. Rabarbar jest różowiutki, jarzeniowe pistacje cudownie z nim współgrają (Chwilę potem okaże się, że claffoutis nie jest tradycyjnym claffoutis w postaci zapieczonego ciasta naleśnikowego, ale pulchnym i maślanym ciastkiem. Do zestawu Pani dołącza widelce, a ja już wiem, gdzie spożyję swój obiad.

Ottolenghi które odwiedziłam mieści się przy Holland Street 1, a vis a vis niego rozpoczynają się Kensighton Gardens. Z moją siateczką udaję się na drugą stronę ulicy i wyszukuję odpowiedniej ławki. Akurat było słońce, ludzie biegali po ścieżkach w krótkich spodenkach. Dobrałam się do mojego pudełeczka. I po raz kolejny zamarłam w ekstazie. To jedzenie smakuje dokładnie tak jak myślałam, że smakuje u Yottama. Te wszystkie  pół czy ćwierć łyżeczki tego i tamtego tworzą te kompozycje smaków, które pieszczą wszystkie zmysły. Wierzcie mi, ale w chwili kiedy siedziałam na ławce i machając nogami z radości spożywałam swój posiłek patrząc na sielskie, wczesnowiosenne scenki parkowe czułam się jak królowa życia.

 

 

Jest takie miasto jak Londyn…

Pierwsze dwa dwa dni spędziłyśmy jak klasyczne turystki, które do Londynu przyjechały w gości. Odbębniwszy wycieczkę szlakiem najbardziej oklepanych londyńskich must see wracaliśmy do naszej bazy, gdzie rozwaleni na kanapach i materacach z puszką cydru w ręku oglądaliśmy głupie komedie, poczynania brytyjskiej młodzieży w Kavos lub stare odcinki Przyjaciół widziane przez niektórych pewnie po raz dziesiąty. Przez te dwa dni Londyn skurczył się do jednej dzielnicy, której najważniejszym punktem było Tesco i pobliski Pub. Od poniedziałku, kiedy 2/3 turnusu wróciło do Polski, a nasi londyńczycy musieli się udać do pracy mogłam poobcować z Londynem sam na sam.

To nie była moja pierwsza wizyta w tym mieście, ale dopiero teraz mogłam zobaczyć jak funkcjonuje naprawdę. Początkowo czułam się przytłoczona, ale też zafascynowana. Lekko przerażona ogromem, odległościami, tempem. Zachwycona barwnością, mulitkulturowością odczuwalną absolutnie na każdym kroku. To miasto żyje, a to co się w nim dzieje i jakie możliwości stwarza jest nie do ogarnięcia. Dwa dni to niewiele jak na takiego kolosa, ale były to dwa dni wypełnione co do każdej sekundy. Ze swojego czasu wycisnęłam maksimum dzieląc go między przyjemności dla ciała i ducha. Moje kulinarne wojaże przedstawię Wam następnym razem, a dziś zapraszam Was na porcję londyńskich kadrów.