Japońskie opowieści: Sajonara, Nihon.

Ostatnie kilka dni spędziliśmy w Tokio – mieście maszynie, japońskim do bólu, hipnotyzującym. Sentymentalnie wracaliśmy do miejsc z naszego pierwszego razu – na gwarny targ Ameyoko, do tłocznej Shibui, na ramen z Tsukiji czy udon z Minowa. Do starych wspomnień doszły nowe – zachód słońca w parku Ueno, ryż z grillowanym węgorzem, dzielnica młodych Harajuku, śmieszny sprzedawca kawy, powietrze pociemniałe od tajemniczego pyłu znad Chin. Te wszystkie momenty dodaję do naszej książki japońskich obrazów, choć większości z nich nie sfotografowałam. Przez te dwa tygodnie wydarzyło się tyle. Całe szczęście, że za nadbagaż doświadczeń nie trzeba płacić…

Nasza wycieczka była bardzo spokojna, choć intensywna. Całe dnie zabierały nam spacery, z małymi przystankami na japońskie co nieco. Odwiedzaliśmy głównie miejsca piękne i poetyckie, zielone i kojące. Wspomnianą Mijamyiję, Kioto, Kamakurę, Nikko czy uroczą Naha. Snując się małymi uliczkami obserwowałam co raz bardziej obrzmiałe pąki wiśni szykujące się wybuchu. Niestety, tym razem musieliśmy opuścić Japonię zanim stanie się krajem kwitnącej wiśni.

W bardzo długiej drodze powrotnej pochłonęłam Japoński Wachlarz Joanny Bator, który pięknie podsumował moje przemyślenia o kraju Nihon. Bez dwóch zdań to inna planeta, na której absolutnie wszystko jest inne. Ale czas wrócić na ziemię, do swojej rzeczywistości, za którą – nie ukrywam – szalenie się stęskniłam.

 

 

Japońskie opowieści: Kioto

Kiedy grubo ponad trzy lata temu opuszczałam Kioto po raz pierwszy twierdziłam, że to najpiękniejsze miejsce na ziemi, w jakim byłam dotychczas. Teraz, choć uliczki którymi przechadzaliśmy się kiedyś samotnie były gęsto zaludnione przez masy turystów, nadal podtrzymuję, że to mój kawałek raju.

Kioto ma dwa oblicza. Jedno to miasto, może nie aż tak duże jak na japońskie standardy, ale mimo wszystko ilość mieszkańców przekracza milion. W centrum, pośród gwarnych ulic tętni życie oparte na konsumpcji – cała masa sklepów, restauracji, kawiarni, samochody, światła, gwar, tłumy i tempo. To nie jest to Kioto, które ukochałam. To mieści się przy stokach gór, które otaczają miasto. W zieleni, spokoju, małych kamiennych uliczkach i przyświątynnych ogrodach. Wystarczy spokojnie spacerować i patrzeć dookoła. Kontemplacja przychodzi sama z siebie, a my z każdą chwilą osiągamy co raz większy wewnętrzny spokój. Za to Kioto kocham. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś do niego wrócę…

Japońskie opowieści: Miyajima

Trzydzieści kilka przystanków tramwajowych opad centrum Hiroszimy leży wyspa Itsukushima, zwana potocznie Miyajimą. Dla Japończyków to od wieków wyspa święta, zamieszkiwana przez bogów. Nikt nie może na niej umrzeć, nikt nie może na niej się urodzić. Przybywających turystów witają wszędobylskie dzikie jelonki, podobno posłannicy bogów…

Ale to nie dzięki swojej świętości wyspa jest celem wycieczek. To słynny pejzaż ze świątynną bramą tori, w czasie przypływu zanurzoną w morzu, w czasie odpływu odsłoniętą przyciąga dziennie tysiące turystów i pielgrzymów. Widok faktycznie zapiera dech w piersiach i można go kontemplować w nieskończoność.

 

Japońskie opowieści: Okinawa cd

W porównaniu z innymi japońskimi miastami Naha, trzystutysięczna stolica Okinawy, wydaje się być głęboką prowincją. Choć oczywiście jesteśmy w Japonii, gdzie skale odwzorowania są nieco inne. Życie toczy się w niej wokół głównego deptaku, gęsto usianego sklepami głównie pod turystów. W asortymencie: lokalna ceramika, słodycze z fioletowego ziemniaka i nalewki z zatopionymi wężami.

Im bardziej w głąb wyspy, tym ciekawiej. Cały dzień zajęła nam wyprawa do oceanarium, gdzie pływające w wielkimi zbiorniku rekiny były równie ciekawe co fale Japończyków z nieodłącznymi aparatami rejestrującymi wszystko dookoła. Show delfinów sobie darowaliśmy. Przypomniał mi się genialny, oskarowy zresztą dokument The Cove: zatoka delfinów i nie byłam w stanie znieść widoku pozornie tylko szczęśliwych czasoumilaczy.  Odwiedziliśmy też piękną jaskinię, w której o jeden ze zwisających stalaktytów rozwaliłam sobie autofocus w obiektywie. Na szczęście usterka zdaje się cofać, mam nadzieję, że ostatecznie rozejdzie się po kościach.

Po takich wycieczkach z przyjemnością wracaliśmy do Naha, gdzie udało się nam znaleźć bardzo przyjemną restauracyjkę prowadzoną przez mamę i dwie córki. Popróbowaliśmy trochę lokalnych „przysmaków”, ale na kulinarny rozrachunek z naszą podróżą nadejdzie jeszcze pora. Tymczasem wrzucam trochę zdjęć z Okinawy i lecę spać. Dzisiaj przemieściliśmy się do Hiroszimy, w której spędzimy najbliższe dwa dni. Czasu mało, a miejsc do odwiedzenia całe mnóstwo. Następne w kolejce: ukochane Kioto.