Dyniowe krążki w kokosowej panierce

Nie wiem jak u Was, ale w czeskich supermarketach dynia jak najbardziej jest jeszcze dostępna. Zawsze jak się spotkamy, biorę dwie sztuki na wszelki wypadek, gdyby przy następnej wizycie miała już zniknąć do następnej jesieni. Na szczęście nie znika, a ja mogę sobie fundować dyniową rozkosz, bo tej jesieni (i jak się okazuje zimy) dynia memu sercu i żołądkowi jest najmilsza.

Tym razem dyniowe krążki. Albo plastry, gdyby nie było u Was dyni z gatunku piżmowych lub hokkaido. Natarte miksem oleju sezamowego i żółtej pasty curry, posypane wiórkami kokosowymi zmieszanymi z panko. Panko to rodzaj azjatyckiej strzępiastej panierki, którą można kupić w sklepach z orientalną żywnością. Jeżeli macie problem z jej dostaniem, czerstwą bułkę po prostu rozdrobnijcie trzeba ruchami blendera.

1 czubata łyżka żółtej pasty curry

4 łyżki oleju sezamowego

1 dynia piżmowa

1/4 szklanki panko

1/4 szklanki wiórek kokosowych

1/2 łyżeczki chilli

kolendra, cytryna

świeże chilli

Dynię pokrój na plastry grubości 1 cm. Wydrąż nasiona, a z plastrów, które ich nie mają wykrój krążki przy pomocy wykrawaczki do ciastek. Ułóż na blasze do pieczenia.

Olej sezamowy zmieszaj z pastą curry. Przy pomocy pędzelka rozprowadź otrzymaną miksturę po plastrach dyni. Następnie posyp je panierką panko zmieszaną z wiórkami kokosowymi i pastą chilli. Piecz w piekarniku nagrzanym do 200 stopni przez ok 25 – 30 minut. Podawaj gorące, choć w temperaturze pokojowej też smakują wybornie. Nie zapomnij tylko posypać ich świeżą kolendrą i skropić sokiem z cytryny.


Na zakwasie z dynią.

W przeciągu ostatnich trzech dni wróciłam z Madery, korzystając z lądowania w Warszawie zaliczyłam swoje przedwczesne urodziny, przyjechałam do Pragi. Nareszcie u siebie ;) Z moim domem nie lubię się rozstawać na dłużej niż pięć dni, więc tęsknota zdążyła wezbrać we mnie dość silna.

Po ostatnich zawieruchach tylko czekam, aby ruszyć do kuchni i upichcić coś prostego dla siebie. W spiżarce oczekują mnie małe hokkaido, na wypadek gdyby w czasie mojej nieobecności nagle skończył się sezon na dynie.

Bo z dynią w tym sezonie to ja się jeszcze nie rozliczyłam. Nadal mam wobec niej dużo planów. Na pewno ciasto drożdżowe, na pewno pieczona w sałatce z soczewicą. Może jakieś curry? Jeżeli dynia ma u was wciąż rachunek otwarty, to może zechce Wam się zrobić ten prosty chleb na zakwasie. W smaku jest delikatny – lekko kwaskowy, słodkawy od dyni, przełamany orzechowością słonecznika, aromatyczny od oliwy z suszonych pomidorów. Ale najlepsze w nim jest to, że trzyma świeżość niemal przez tydzień.

2 szklanki mąki pszennej razowej

1 szklanka mąki pszennej chlebowej

1 szklanka mąki żytniej chlebowej

1/2 szklanki aktywnego zakwasu żytniego

1 szklanka wody

6 łyżek oliwy z suszonych pomidorów

1/2 szklanki puree z dyni

100 g pestek ze słonecznika

1 płaska łyżka soli

Wszystkie składniki (oprócz słonecznika) zmieszaj w misce. Ciasto wyrabiaj mikserem przez kilka minut, aż będzie gładko odchodzić od ścianek. Na koniec dodaj pestki słonecznika i miksuj tylko do momentu, aż ciasto wchłonie pestki.

Przełóż ciasto do lekko naoliwionej miski i odstaw w ciepłe miejsce na dwie godziny. Następnie przełóż do foremki keksowej, wyrównaj, przykryj folią aluminiową. Odstaw do wyrośnięcia na 4 – 7 godzin. Chleb powinien przyrosnąć w tym czasie o jedną trzecią. Piecz w piekarniku nagrzanym do 220 stopni przez 40 minut. Po upieczeniu lekko przestudź, wyjmij z foremki. Smacznego!

Dyniowe pesto

Czy dyniowy szał twa u Was nadal? Często zastanawiam się, czy dynia nie jest traktowana insrumentalnie. Do haloweeen jest wszechobecna, krzyczy z każdego straganu, a potem, wraz z wybiciem 31 października znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki…

Przyznam się, że i u mnie chwilowo nastąpiła dyniowa przerwa, ale w spiżarce czeka kilka pomarańczowych hokkaido, które z lubością znowu przerobię na cuda. Tymczasem mam w zanadrzu kilka dyniowych przepisów, którymi podzielę się z Wami pierwszej kolejności, gdyż sezon dyniowy ewidentnie jest już na finiszu.

Zaczniemy od dyniowego pesto. Nieskromnie powiem, że jest to najlepsze pesto jakie udało mi się zrobić. Jest szalenie intrygujące, intensywne i wielopoziomowe w smaku.  Ostre od rukoli, tajemnicze od szałwi, słodkie od dyni, orzechowe i słodko – słonawe od trzyletniej goudy. Jeżeli nie macie takowej, zastąpcie ją parmezanem. Nic się takiego nie stanie.

3 plastry upieczonej dyni hokkaido (ok. 50 g)

spora garść orzechów włoskich

8 dużych liści szałwii

150 g rukoli

1 ząbek czosnku

80 g dojrzewającej goudy (3 – letniej)

oliwa, sól

Orzechy podpraż przez kilka minut na suchej patelni. W blenderze umieść rukolę, szałwię, czosnek, dynię, dodaj przestudzone orzechy. Wlej kilka łyżek oliwy i paroma ruchami blendera zmiksuj wszystko na dość gładką masę. Przelej do miseczki.  Ser zetrzyj na tartce o najdrobniejszych oczkach. Dodaj do miski, zamieszaj. Następnie dodaj szczyptę soli oraz tyle oliwy, aby otrzymać ulubioną konsystencję. Ja lubię jak pesto jest gęste, ale Ty może wolisz inaczej. Pesto jest doskonałym dodatkiem do kanapek, ale idealnie smakuje też z makaronem, posypanym orzechami,świeżo startym serem oraz uprażonymi na oliwie listkami szałwii. 



 

 

Soba z pieczoną dynią i pieczonym bakłażanem

Ulubionym warzywem tej jesieni już chciałam ogłosić bakłażana, kiedy na bazarkowych stoiskach zaczęła pojawiać się dynia. Dynia, a w zasadzie jej kolor przyciąga mnie. Jak tylko ją widzę, chcę ją mieć.

Z dyni ktoś sobie kiedyś zakpił. Przy tak intensywnym kolorze tak mdławy i surowy miąższ wydaje się być niemożliwy. A jednak. Zawsze łapię się na tym, że kiedy z wielkim trudem i wysiłkiem przekroję ją w końcu na pół, mam ochotę ciąć ją w plastry i jeść jak melona. Niestety, tutaj zęby nie wbija się w miękki miąższ a po brodzie nie pocieknie słodki sok. Dynia to twarda zawodniczka, a swoje wdzięki ujawnia dopiero po odpowiednim potraktowaniu. Pewnie ze względu na kolor karnacji lubi ciepło, które nadaje jej cień  smaku. Ten bywa zróżnicowany w zależności od gatunku, ale rozpięłabym go pomiędzy bardzo mdławy – mdławy. Nawet mój ulubiony gatunek – zgrabna hokkaido, choć po upieczeniu smakuje trochę jak słodki ziemniak wymaga całkiem sporej dawki przypraw.

Całkiem przyprawiona będzie dynia w mojej dzisiejszej propozycji, która na podium stawia równie ją, co bakłażana. Obydwoje od początku integrują się w piekarniku, aby potem zmieszać się z gryczanym makaronem i całkiem sporą dawką przypraw. Makaron rozgrzewa bez względu na to, czy spożywany jest na ciepło czy zimno. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że lepiej smakuje po okresie leżakowania w lodówce, kiedy wszystkie smaki mają okazję się przegryźć…

0,5 kg dyni hokkaido

1 średni bakłażan

3 cm kawałek imbiru

2 ząbki czosnku

3 łyżki oleju sezamowego

1 małe chilli

3 porcje makaronu soba

kolendra, szczypiorek

limonka


Bakłażan przetnij na pół, każdą część owiń folią aluminiową, połóż na blaszce. Dynię potnij na plastry o grubości 1 cm, pozbaw je skóry i połóż na blaszce obok zafoliowanego bakłażana. Wstaw do piekarnika nagrzanego do 200 stopni i piecz przez 40 – 50 minut. Następnie lekko ostudź. Dynię potnij w mniejsze kawałki, z bakłażana wydrąż miąższ za pomocą łyżki (skórę wyrzuć).

Na patelni pogrzej olej sezamowy, podsmaż na nim przez chwilę drobno posiekany imbir, plasterki czosnku po czym dodaj miąższ z bakłażana. Smaż przez kilka minut. Makaron soba ugotuj wg instrukcji na opakowaniu, odcedź i dodaj na patelnie. Wymieszaj wszystko dokładnie. Tak przygotowany makaron przełóż do dużej miski, posyp kostkami pieczonej dyni, kolendrą, szczypiorkiem i pokrojonym chilli. Podawaj z ćwiartkami limony lub cytryny, która dodatkowo wzbogaci smak potrawy. Smacznego!