Kokosowe curry z dynią i kurczakiem

Po makaronie soba i chlebie z pieczoną dynią nadszedł dzisiaj czas na ostatnią część Trylogii Hokkaido. Tym razem dynię i kurczaka zalałam mleczkiem kokosowym wzmocnionym żółtą pastą curry. Curry to jedna z moich ulubionych potraw. Pomijając względy smakowe to jedna z nielicznych potraw, po których przyrządzeniu moja kuchnia nie wygląda jak pobojowisko ;)

2 ząbki czosnku

5 cm kawałek imbiru

2 łyżki oleju

3 łyżki żółtej pasty curry

350 ml mleka kokosowego

400 ml buliony drobiowo – warzywnego

2 łyżki sosu rybnego

3 filety z udka kurczaka

400 g dyni hokkaido

kolendra, chilli

W garnuszku rozgrzej oliwę, dodaj pokrojony czosnek i imbir. Smaż przez chwilę, dodaj żółtą pastę curry. Kiedy pasta połączy się z czosnkiem i imbirem wlej bulion i mleko kokosowe. Doprowadź do wrzenia, wrzuć kawałki kurczaka i kostki surowej i obranej dyni. Zmniejsz gaz, gotuj przez 20 minut, do momentu aż dynia będzie miękka, a sos lekko zgęstnieje. Podawaj natychmiast z ryżem basmati, posypane świeżą kolendrą i plasterkami chilli.

Wegetariańskie rozterki i curry z groszku

Powiem szczerze – myślałam, że przejście mojego męża na wegetarianizm będzie prostsze. Dla mnie. I może by tak było, gdyby małżonek był bardziej otwarty na nowe smaki, nie gardził nabiałem, lubił szpinak czy ziemniaki. Z nadzieją pokazuję kolejne przepisy z ukochanej wegetariańskiej Plenty (aut. Y. Ottolenghi), ale spotyka mnie charakterystyczne skrzywienie na twarzy i tekst ja to taki prosty chłopak jestem… Koniec końców on idzie sobie zrobić ukochany makaron z pesto albo z jajkiem, a ja tym bardziej umacniam się w swojej miłości do mięsa. 

Platformą obopólnego porozumienia wydaje się być kuchnia hinduska, którą mąż wyjątkowo sobie oswoił, lubi ją i czasami wręcz się jej domaga. Przy ostatniej naradzie co dziś gotujemy wspominaliśmy pewne danie, które jedliśmy kiedyś w szczecińskiej restauracji Bombaj. Miało mnóstwo zielonego groszku, bodaj ser panner oraz mnóstwo hinduskich przypraw. Lubię szukać przepisów u źródeł, a moja biblioteczka kucharska bardzo mi w tym pomaga. India: The Cookbook bardzo szybko zdradziła nam, co zjemy na obiad. Danie może nie jest specjalnie wyględne (do przepisu dodałam od siebie brokuły, które pięknie rozpadły mi się na patelni tworząc zielonkawą breję), ale szalenie smaczne. Mąż syty i żona cała :)

 

 

 

400 g mrożonego zielonego groszku

200 g brokułów ( to mój dodatek, można pominąć)

2 suszone papryczki chilli

1 łyżeczka kurkumy

` łyżeczka soli

1 łyżka oleju

1 łyżeczka posiekanego imbiru

5 źdźbeł szczypiorka

2 pomidory

1 łyżeczka mielonej kolendry

1/2 łyżeczki mielonych nasion kozieradki

1/2 łyżeczka kuminu

1 łyżka oleju

 

Groszek i brokuły wsyp do garnka z wrzącą wodą. Dodaj papryczki chilli, sól, kurkumę i gotuj do miękkości przez 5 – 10 minut. Odcedź.

Na patelni rozgrzej olej. Dodaj posiekany szczypiorek, imbir i drobno pokrojone pomidory i pozostałe przyprawy. Smaż wszystko przez 2 – 3 minuty, do momentu aż pomidory się rozpadną. Na sam koniec dodaj ugotowany groszek oraz brokuły.(brokuły pięknie nam się rozlecą w międzyczasie). Mieszając duś wszystko przez następne trzy minuty. I gotowe.

 

 

Curry proponuję podać z aromatyzowanym ryżem basmati. Szklankę ryżu zalej dwiema szklankami wody. Do garnka wrzuć laskę cynamonu, kilka goździków, parę ziaren kardamonu. Możesz wybrać inne, ulubione przyprawy. Doprowadź wodę do wrzenia, następnie skręć gaz do minimum i gotuj pod przykryciem przez 10 minut. Wyłącz gaz i zostaw ryż na kolejne 10 minut. W tym czasie ryż wchłonie całą wodę i nabierze idealnej konsystencji. 

Smacznego!

 

 

 

 

Na hinduską modłę – curry godne 2.

Nie lubię ryb. Albo inaczej. Lubię ryby tylko obficie opanierowane, smażone na głębokim tłuszczu, wędzone i surowe podane na kulce ryżu z chrzanem wasabi. Cała reszta – pieczone, w galarecie, jakieś tam są mi zupełnie obojętne. A połączenia takich jak śledź w sałatce czy śmietanie, makrela w pomidorach przyprawiają mnie o mdłości. Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale tak już mam. Sama z siebie robię ryby od wielkiego zrywu – jak nagle stwierdzam, że trzeba zacząć się „jak co poniedziałek” dobrze odżywiać i … I w zasadzie tylko wtedy. Czasami mąż przyniesie do domu jakąś tilapię, no to wtedy zjem bez entuzjazmu, albo upiekę skromnie z łyżką masła i przyprawą do ryb. Nie wiem co mi się stało tym razem, ale postanowiłam zrobić z tej ryby coś, co może w końcu mi zasmakuje. Mąż sobie usmażył, a ja zakasałam rękawy, chwyciłam swój słój z hinduskimi przyprawami i coś oto takiego poczyniłam…

 

 

2 spore płaty tilapii lub innej białej ryby

1 puszka krojonych pomidorów

1 mały jogurt typu greckiego

1 duża cebula

1 pęczek kolendry

łyżeczka pasty imbirowej

mielony kumin

mielona kolendra

1 łyżeczka garam masali

suszone mango

2 łyżeczki cukru

2 łyżki oliwy

 

Na patelni rozgrzewamy oliwę i podsmażamy na niej łyżkę mielonej kolendry, kuminu i garam masali. Rozrabiamy je dobrze z oliwą i kiedy zaczną się delikatnie prażyć wrzucamy na to cebulę. Od razu ja symbolicznie solimy, żeby puściła soki i się nie przypaliła. Kiedy cebula udusi się na miękko zalewamy wszystko pomidorami z puszki.

Kiedy pomidory się podgotują wrzucamy do nich rybę pokrojoną na grube kostki. Dusimy całość na małym ogniu przez 10 minut.

Pod sam koniec, dodajemy jogurt i pastę imbirową i obficie doprawiamy – kuminem, solą, pieprzem. Nie zapomnijmy o cukrze, żeby złagodzić jogurtowo – pomidorową kwasowość. Gotujemy tylko przez chwilę, żeby delikatnie odparować i finito.

Podajemy z ryżem basmati i duuuuuużą ilością świeżej kolendry :)

Namaste! :)

Curry godne.

To chyba numer jeden w kategorii na najpyszniejszą, a zarazem najszybszą potrawę. Wymaga ona co prawda drobnej inwestycji ale składniki, które nabędziemy będą nas cieszyć jeszcze przez długi długi czas. Curry lubię robić naprędce, pod nagłym impulsem i potrzebą zjedzenia czegoś pysznego, ale nieskomplikowanego. Zwłaszcza wtedy, kiedy w lodówce spoczywa świeża kolendra. Najlepsze jest w opcji krewetka, cieciorka – chrupiące, a zarazem łagodne. Zresztą – do środka można nawrzucać czego się tylko chce i co ma się akurat pod ręką… Porcja, którą przedstawiam jest dla jednej osoby, na dwa razy. Trochę po południu na ciepło, trochę wieczorem na zimno :)

 

 

0,5 szklanki mleka kokosowego

3 łyżeczki żółtej pasty curry

2 łyżki sosu rybnego

1 łyżka oliwy

7 krewetek

garść cieciorki

mała szklanka bulionu

1 pałąk trawy cytrynowej

1 łyżeczka brązowego cukru

sok wyciśnięty w połowy limonki lub cytryny

 

Pastę curry podsmażamy na oliwie. Kiedy zacznie intensywnie pachnieć, zalewamy ją mlekiem kokosowym. Dorzucamy do niego trawę cytrynową i sos rybny. Gotujemy przez chwile delikatnie mieszając. Kiedy mleko zacznie bulgotać wrzucamy krewetki i cieciorkę. Gotujemy przez około 4 minuty, do momentu aż krewetki nabiorą różowawego koloru. Następnie dolewamy bulion i czekamy, aż curry ponownie się zagotuje.

Pod sam koniec wyciągamy trawę cytrynową, doprawiamy cukrem i sokiem z limonki. Curry podajemy z ryżem lub makaronem ryżowym obficie posypane świeżą kolendrą.

Enjoy! :)