Zagadkowe śniadanie.

Jego zagadkowość rozwiąże się dość szybko, jeżeli udacie się do kawiarni mieszczącej się na skrzyżowaniu ulic Jana Pawła oraz Elektoralnej…

 

 

Pierwszy raz umówiłam się tam z koleżaneczkami. Chwaliły to miejsce, mówiły że fajne. Przy ploteczkach podgryzałyśmy ciasta, popijając je przepysznym gazowany eko – napojem o smaku melona i limonki bodaj. Miejsce spodobało mi się na tyle, że pewnego dnia będąc po porannej wizycie u lekarza vis a vis postanowiłam odbyć tam śniadanie.

Na tablicy bogata oferta poranna. Można przebierać w kiełbaskach, konfiturkach, bułeczkach, twarożkach, rogalikach. Solo lub w zestawie. W nowych miejscach bywam ostrożna, więc biorę klasykę. Croissant, do tego sadzone. I szklaneczka wyciskanego soku z owoców. Mniej niż 15 złotych. Ekstra.

Zaczynam od rogalika. Oj bida. Niestety smakuje tak jak wygląda. Jest nadmuchany do granic możliwości i kompletnie bez smaku. O czymś takim jak masło w życiu nie słyszał. Ratuje go troszkę konfitura śliwkowa, ale tylko o jeden kęs. No nic. Przejdźmy do sadzonych. Sadzone podane w wersji kompromisowej – czyli jedno żółtko jest płynne choć już ścięte, drugie zaś rozlane w formie jajecznico – omleta. Nie posądzam przyrządzającego o aż tak strategiczne podejście, ale też i nie mam żalu. Jednak chcąc nie chcąc moje myśli uciekają ku perfekcyjnie wysmażonemu jajku z Charlotte serwowanym na jednej z kanapek…  Kwestia jajka to jednak cisza przed burzą jaką wywołuje kawałek smarowidła spoczywający nieopodal. To nie jest masło! To jakiś produkt masłopodobny, paskudnie roślinny w smaku. Chleb przegryzam na sucho, bo przecież nie skorzystam. Fuj, bardzo nieładnie. Żeby złagodzić dyskomfort biorę sernik z kajmakiem. Całkiem jest smaczny. Masa na wierzchu jakaś taka tylko gumowata. Ale ostatecznie coś zjadam do końca, bo człowiek nie jest taki, żeby nie zjadł sernika. Ciasta w „Zagadce” mogą się Wam wydać znajome Przypuszczam, że dostarcza je jedna firma, która obsługuje kilkanaście warszawskich kawiarni. Są niezłe. Jeżeli tylko będzie się omijać ciasto czekoladowe, a raczej czekoladopodobne, powinno się obyć bez rozczarowania. Ale i bez zachwytów i łakomych myśl o drugim kawałku.

 

 

 



To nie jest tak, że to miejsce jest fatalne i przytrafiło mi się najgorsze śniadanie świata. Nie jestem Magdą Gessler, ale myślę sobie, że za pomocą tylko drobnych zabiegów mogłoby być naprawdę super. W końcu diabeł tkwi w szczegółach. Na przykład zmieniłabym dostawcę croissantów. Zakupiony osobno kosztuje 5 złotych. To tyle co w Charlotte, czy Vincencie, a różnica w smaku jest niebotyczna. Nawet taka pierdółka jak to zwykłe masło do chleba i już nie byłoby powodów do niezadowolenia. Ale może ja przesadzam i zwyczajnie się czepiam.  Czas  w końcu zweryfikował trafność przedsięwzięcia – ludzi nie brakuje, a miejsce cieszy się dobrą sławą od trzech lat.

Sam lokal powierzchniowo jest całkiem spory. Oprócz sali na parterze posiada antresolę, oraz schowane na górze dwie mniejsze sale. Panuje w nim niezobowiązujący klimat, obsługa jest super. Dziewczyny są uprzejme, wyluzowane, ale nie przeluzowane, co czasami się zdarza. Wyobrażam sobie, że w Zagadce można sobie przesiadywać godzinami. Rozmawiać, grać w planszówki i próbować tamtejszego menu, które wypisane jest na tablicy. Kryją się w nim przyrządzane na miejscu sałatki, naleśniki, kanapki i zmieniające się propozycje lunchowe. Ale to już następnym razem.

PS. A w kwestii konkursu na Bloga Roku… Uśmiecham się przymilnie, mrucząc pod nosem: H00816 na numer 7122 :))









Cafe Zagadka

ul. Elektoralna 24

www

O Solec Mio!

Z okazji dzisiejszej mgły kilka kolorowych migawek z ostatniego spaceru po Łazienkach i Solcu, o którym pisałam w poście o croissantach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Basia, Basia!!

 


 

 

 

 

 

nieczynne do wiosny

 

 

 

 

 

 

 

 

 

a to już Śródmieście

 

 

Podwórko jednej z kamienic przy ulicy Mokotowskiej. Na przeciwległych ścianach kamienicy

zachowały się stylizowane uchwyty, do któych niegdyś można było przywiązać konie.

http://img408.imageshack.us/img408/6548/negative02725a1.jpg

Le Vanille

To bardzo ładne miejsce. Przede wszystkim. Stylowe, minimalistyczne, wymyślone z wielkim smakiem i dbałością detale. Nowojorskie – chciałoby się napisać. Idealne, żeby spotkać się z przyjaciółeczkami, poplotkować, pochwalić się zakupami haendemu, omówić ostatni odcinek Plotkary. Skubać babeczki i popijając je świetną herbatą odwzajemniać uśmiechy przemiłej obsługi. Jeżeli nie w głowie nam moszczenie się przy stoliku, a słodkość wolimy celebrować samotności, tyłem lub bokiem do innych, zawsze można zająć miejsce przy szybie i upajając się wonią białych lilii pofilować na ul. Kruczą, która nieprzerwanie jest in. Jeśli nam mało, to babeczki można zakupić na wynos. Niestety po opuszczeniu lokalu czar nieco pryska i designerskie babeczki nagle zaczynają smakować jak zwykłe kapkejki.

 

 

 

 

 

 

 

 



 

 

Le Vanille

ul. Krucza 16/22