Stambuł na talerzu: Kadikoi, Prince’s Islands. Po raz ostatni.

Kiedy opuszczaliśmy nasz hostel w Sultanahmet mówiąc, że teraz na cztery noce przeprowadzamy się na azjatycką stronę Stambułu, gospodarze byli bardzo zdziwieni. Przecież tam nic nie ma, tutaj jest najfajniej, najwięcej się dzieje. Nie były to dla mnie argumenty. Od początku wiedziałam, że chcę kilka dni spędzić w miejscu totalnie nieturystycznym. Oglądać jak żyją mieszkańcy, jak chodzą do pracy, gdzie robią zakupy. Zresztą, to tylko nocleg. Zaledwie piętnaście minut tramwajem wodnym dzieli część azjatycką od europejskiej. Rejsy sprzyjają zadumie, a jeżeli człowiek dobrze się przyjrzy, to może dostrzeże stadko delfinów, które nie wiedzieć jak zaplątały się w Złotym Rogu…

Simit na śniadanie…

Podczas naszego pobytu w Stambule tylko raz zjedliśmy hostelowe śniadanie. Pierwszego dnia naszego pobytu trafiliśmy do sieciówki Simit Saray, co tłumaczy się jako królestwo bajgli. Jej propozycje śniadaniowe (bajgle, zapiekanki, naleśniki, drożdżówki z tahiną) tak bardzo przypadły nam do gustu, ze wracaliśmy tam dosyć często. Stambulska oferta śniadaniowa jest szalenie bogata, a sami Turcy chętnie zaczynają dzień w mieście. Od samego rana lokale są zapełnione i nikogo nie dziwi jedzenie kebaba o 8ej rano. Sam bajgiel otoczony jest, można rzec, kultem. Co chwila człowiek się o niego potyka, można go dostać na malutkich stoiskach nawet w najciemniejszych i najciaśniejszych uliczkach. Jest szalenie dobry – ma chrupiącą, sezamową skórkę, która skrywa mięciutkie wnętrze. Doskonale smakuje sam, wybitnie zaś z tureckim słonym serem, ogórkiem i pomidorem. Od naszego bajgla odróżnia go to, że uformowane krążki ciasta zanurzone są w pekmezie – melasie winogronowej, a następnie obficie tacza się je w sezamie. Niewątpliwą ciekawostką jest forma, jaką przybrała sprzedaż simit. Mężczyźni noszą stosy bajgli na głowie nawołując klientów pod ich domami. A ci, zamiast zejść, spuszczają na dół wiaderka z pieniędzmi i wciągają na górę zakupiony towar. Niezwykłe i absolutnie urocze! :))

A kiedy uporamy się ze śniadaniem, koniecznie musimy napić się świeżo wyciskanego soku z pomarańczy lub innych cytrusów. Podobnie jak bajgle, stanowiska z sokami czekają na nas na każdym rogu ulicy. Solidna szklanka pysznego, wyciskanego na naszych oczach, świeżego soku z pomarańczy, uwaga, 3 złote. Jeżeli chcemy zaszaleć, możemy poprosić o sok z granatów. Albo mieszany. Tak czy tak dobrze.

Ekmek znaczy bułka

Kolejnym odkryciem po azjatyckiej stronie było to, że sklepy z pieczywem to tak naprawdę mini – piekarnie, w których na świeżo wypieka się chleb. Chlebem codziennym jest ekmek, czyli pszenna, delikatna bułka. Swoim smakiem przypominała mi polską bułkę bodaj wrocławską. Ekmek stanowi trzon kanapek, ekmek dostaje się jako czekadło, ekmek serwowany jest do posiłków. Ekmek, ekmek, ekmek. Zrobię cię kiedyś.


Turecka pizza to…

Lahmacun. Jest to duży placek, pokryty cienką warstwą mięsa i sosu pomidorowo – paprykowego. Jest też pide, które także mieści się w pojęciu tureckiej pizzy. Ma kształt łódki, a w środku skrywa mięso ser lub wszystko inne. Zaledwie trzy minuty od naszego hostelu mieścił się lokal, w którym wypiekano i pide i lahmacun w ogromnym piecu opalanym drewnem. Następnie kurierzy rozwozili zamówienia do domów. Jaki kraj, taka telepizza :) Rano w lokalu wypiekało się chlebki lawasz, a dopiero po 16ej można było kupić całą resztę. Kupowaliśmy więc po 4 lachmacuny na wynos i zajadaliśmy je ma hostelowym balkonie. To jedno z najfajniejszych stambulskich wspomnień.



A dosłownie kilka kroków dalej natrafiłam na  mały zakładzik, w którym małżeństwo produkowało się ciasto filo i kadafi. Każdego wieczora właściciel rozpościerał cieniutkie płaty ciasta na witrynie. Kupiłam sobie jedną paczkę na pamiątkę, podejmę się kiedyś zrobienia baklavy :)

Zamiast rejsu Bosforem

Pewnego dnia chcąc przeprawić się na europejską stronę trafiliśmy na przystanek, z którego odjeżdżały promy na Wyspy Książęce. Archipelag stanowi dziewięć małych wysepek, które w sezonie letnim stanowią kurort dla mieszkańców Stambułu. Okazało się, że można tam przepłynąć w cenie normalnego biletu, więc pięć minut zajęło nam podjęcie decyzji, że płyniemy. Morze Marmara tego dnia było wyjątkowo wzburzone. Na dolnym pokładzie trup słał się gęsto… Po godzinie dopłynęliśmy na miejsce i zdecydowaliśmy się wysiąść na wyspie Heybeliada. To druga co do wielkości wyspa, poza sezonem kompletnie martwa. Było cudownie łazić po pagórkach i napawać się niczym nie zmąconym spokojem. Towarzyszyła nam zgraja psów, które opuszczały nas tylko w momencie, gdy w zasięgu ich wzroku pojawiał się jakiś kot. Podczas spaceru po wyspie nie zjedliśmy niczego, karmiliśmy się za to widokiem piękna krajobrazu…



I tym optymistycznym akcentem nasza wycieczka po Stambule dobiegła końca. Życzę Wam, abyście na własnej skórze mogli doświadczyć tych wszystkich dobrodziejstw, które serwuje to miasto. Osobiście dopiero teraz jestem gotowa na to, żeby przeczytać „Stambuł”  Pamuka. Zderzyć swoje doświadczenia, z jego opisami. I, to pewne, wrócić. Ostatniego dnia, kiedy w opisanym wcześniej sklepiku z cukierkami robiliśmy zakupy do domu właściciel podarował mi książeczkę, która bardzo szczegółowo opisywała co i gdzie trzeba będąc w Stambule zjeść.  Mina mi zrzedła, bo myślałam, że naprawdę poznaliśmy wiele. Niestety, czy w dziedzinie kulinariów, czy innych atrakcji – Stambuł wydaje się być miastem niewyczerpanym…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>