Przyprawowym szlakiem: kolendrowe kofty z czarnuszką

Pewne rzeczy nie zmieniają się. Nawet mimo upływu historii. Tak jak kiedyś kupcy karawelami wozili tony przypraw między kontynentami, tak i my najchętniej przywozimy je z dalekich podróży. W swoich słoikach mam dużo takich podarunków: goździki i anyż z Meksyku, kurkumę z Indii, ziarna kakaowca z Dominikany, kawę z wanilią z Zanzibaru, w lodówce stoi cały rząd past paprykowych o różnych odcieniach ostrości: a to z Nikaragui, Panamy czy Kuby. To chyba najbardziej oczywisty ale i najfajniejszy prezent jakim może zostać obdarowana osoba z gatunku gotujących. Czasami jest też tak, że przychodzi do mnie koleżanka z zawiniątkiem i mówi: dostałam coś takiego, weź to, ja nawet nie wiem co to jest. W woreczku sumak, aidżwan i curry. Piotr Najsztub w życiu nie pomyślałby, że mam pół słoiczka dzikiego oregano, które przywiózł kiedyś komuś z podróży do Włoch, a ten ktoś podzielił się z koleżanką, która podzieliła się ze mną. Bo na pewno docenisz i fajnie to wykorzystasz. Pewnie!

Przypraw używam bardzo chętnie. Ale z rozwagą. Pamiętam, że dawno temu, jeszcze na początku przygody z gotowaniem lubiłam się nimi ostro zabawić. Dawałam po kolei, jak leci. Im więcej, dziwniej, tym lepiej. Otóż nie. W efekcie potrawa smakowała jak wszystko i nic. Dopiero z czasem, a zwłaszcza w momencie, w którym gotować zaczęłam dla innych nauczyłam się, że przyprawa ma podkreślać, a nie dominować. Najbardziej zaprzyjaźniłam się z solą i pieprzem. Takim młynkowym, dodawanym w ostatnim momencie. A do nich jedna, góra dwie dobrze dobrane przyprawy. I tego staram się trzymać, mimo, że fantazja chciałaby czasami ponieść…

Kofty to mój ulubiony poligon doświadczalny, jeżeli chodzi o doprawianie mięsa. Prawie nigdy nie powtarzam mieszanki przypraw, choć jestem konsekwentna jeżeli chodzi o klimat smaku. Udaję, że wołowina to tak trudno dostępna mielona jagnięcina. Dla tego chętnie sięgam po wszystkie przyprawy krajów arabskich: cynamon, kmin, czarnuszkę czy tajemniczy i kompletnie niepopularny aidżwan. Do kompletu zestawiam ze świeżą miętą, kolendrą lub pietruszką. Czasami robię je bardziej na słodko, a czasami bardziej na pikantnie. Tym razem, wypadło na kolendrę, czarnuszkę i aidżwan. Jedząc taki obiad z kamiennego talerza w trzydziestostopniowym upale naprawdę czułam się tak, jakbym na chwilę zmieniła kontynent…

400 g mielonej wołowiny

2 ząbki czosnku

2 łyżki posiekanej kolendry

1 łyżeczka czarnuszki

1/2 łyżeczki aidżwanu

sól, pieprz

Mięso umieść w misce. Dodaj wszystkie przyprawy, drobniutko posiekany czosnek oraz sól i pieprz. Wyrabiaj przez chwilę mięso, jakbyś wyrabiał ciasto. Mięso puści w tym czasie swój naturalny klej, który będzie trzymał je w ryzach i obędzie się bez jajka. Poznasz to po tym, że w trakcie wyrabiania w mięsie będą widoczne jakby białe nitki. Wyrobione mięso schowaj na godzinę do lodówki, aby przeszło smakiem. Następnie formuj z niego kulki wielkości orzecha włoskiego. Jeżeli masz w domu patyczki do szaszłyków możesz je obkleić mięsem. Uformowane kotleciki układaj na nasmarowanej oliwą blasze. Piecz w 210 stopniach przez 25 – 30 minut.

Proponuję, abyś kotleciki podał z pilafem z kaszy bulgur. Szklankę gruboziarnistej kaszy bulgur ugotuj na sypko. Dodaj do niej posiekaną kolendrę, dwie łyżki oliwy, sok wyciśnięty z jednej cytryny, prażone orzechy piniowe i migdały. Dobrze zamieszaj. W roli kolejnego dodatku doskonale sprawdzi się tzaztiki z poprzedniego wpisu (klik).

Smacznego!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>