Sobotnie Delizie…

Z zadumy nad świeżo upieczonym bochenkiem chleba oliwkowego wyrwał mnie telefon wzruszonego szefa, który zadzwonił by opowiedzieć mi o niezwykłej kolacji, którą odbył poprzedniego wieczoru z przyjaciółmi. W rozgorączkowanym słowotoku często padały słowa: trufle, musisz, wyjątkowe, najlepsze…

Pół godziny później miałam się spotkać ze znajomymi. Chcieliśmy odwiedzić nowo powstałą miejscówkę o wdzięcznej nazwie Bułkę przez bibułkę i spróbować tamtejszych kanapek. Nietrudno się jednak domyślić, że dysponując tak potężną rekomendacją szybciutko zrewidowaliśmy plany. Zamiast jedzenia bułek odbyliśmy szybką kawę i czem prędzej z Mokotowa przenieśliśmy się do Centrum. Bułce poprzysięgam wrócić, bo pierwsze wrażenie wywarła dobre…

Dziś po raz pierwszy jadłam trufle. Na początku podane na zapiekanym truflowym serku ricotta, potem wypełniające aksamitne gnocchi. Próbowałam z talerza naprzeciwko genialnego carpaccio i pysznej parmeńskiej skrywającej ciepłe karczochy. Te same znajdowały się w paście z krewetkami. A na naszym stole domowe wstążki wiły się z kalmarami i pak choi. W finale wzięły udział trzy desery: szałwiowy brulee, suflet z lodami i muszę podać długą nazwę, żeby nie pominąć absolutnie niczego: mus z białej czekolady i orzechów laskowych aromatyzowany tymiankiem, polany gorącym espresso…  Te i inne Delizie znajdziecie na Hożej 58, tuż przy skrzyżowaniu z Poznańską.

 

 

 

Delizia

ul. Hoża 56

http://www.delizia.com.pl

 

Kilkanaście kobiet, dwóch kucharzy i masa afrodyzjaków…

„Ogórek wzmacnia potencję. Ciężko go tylko przymocować”.  Jak to jest z tymi afrodyzjakami? Nie wiem. Wiem natomiast, że kolacja ugotowana z sercem dla ukochanej osoby może zdziałać cuda. Mały PR nie zaszkodzi, już samo słowo afrodyzjak działa jak placebo. Na ostatnich warsztatach Makro, które odbyły się pod hasłem „Afrodyzjaki” nauczyłyśmy się jak przygotować dania o działaniu pobudzającym.

 



W parze z Magosią (mmintafood.wordpress.com),  jako pierwsze przyrządziłyśmy mule. To fantastyczny pomysł na szybciutką kolację.  Na maśle wystarczy lekko podsmażyć drobniuśko posiekaną szalotkę, czonek i papryczkę chilli. Potem wlać kieliszek (do wódki) mocnego alkoholu, lekko odparować. Mule zalać lodowatą wodą, i wyrzucić wszystkie te, których skorupki będą otwarte. Przebrane mule wrzucamy do garnka, dusimy pod przykryciem przez dosłownie 5 minut. Potem do sosu dolewamy trochę śmietanki kremówki i posypujemy natką z pietruszki. I tyle. Podajemy z bagietką. Jak to dobrze, że jeszcze troszkę przeziębiona Małgosia nie miała apetytu – cała porcja dla mnie ;)

 

 

Druga pozycja warsztatowego menu ekscytowała mnie bardzo. Miałyśmy bowiem spróbować legendarnych ostryg. Nie powiem – bałam się. To miał być mój pierwszy raz. Nie pomogło to, co ukazało się po otworzeniu muszli. Blado – szary glut. Ale raz się żyje, pomyślałam. Wycisnęłam na to to pół cytryny i tak jakbyś piła wódkę przełknęłam żyjątko. No cóż. Byłam, widziałam. Za więcej dziękuję :) Na szczęście Małgosia zawczasu skoczyła po welcom drinka ( Kir Royal – creme de casis + winko musujące – pyszka) i mogłam zmienić smak w ustach…

 

 

Po ostrygach nadszedł czas na deser – suflet czekoladowo – bananowy. Kolejne spełnione marzenie. Dawno temu, kiedy do kuchni zaglądałam tylko po to, aby zjeść przygotowany przez mamę obiad, suflet kojarzył mi się z czymś wybitnie trudnym. Z takim szczytem szczytów wykwintnych deserów. Nigdy go w sumie nie zrobiłam, ale zawsze chciałam. A tu proszę. Okazało się, że przygotowanie sufletu okazało się dość łatwe do zrobienia. Efekt? Będę szczera – gdyby banany były dojrzalsze, suflecik wyszedłby o wiele smaczniejszy. Pamiętajcie o tym, jeżeli będziecie chcieli powtórzyć go w domu. Przepis wklejam poniżej, dziękując Amber (kuchennymidrzwiami.blogspot.com) za skrzętne notowanie i uwagę ;)

 



 

Kiedy nasze suflety trafiły do piekarnika przeniosłyśmy się wszystkie na ucztę, którą zgotowali nam kucharze. Czegoż tam nie było! Same wykwintności: prosciutto z melonem, ser pleśniowy w bakłażanie, panierowane kalmary, czekoladowa fontanna i wiele wiele innych przepysznych pyszności :) Jedząc je faktycznie czułam podniecenie. Na myśl o tych wspaniałych zakupach, które zrobię za chwilę w Makro :)

 

 

 

Chodzenie do Bagno wciąga

Pośród meandrów, szlabanów i tymczasowych metalowych baraków budowniczych metra nowej relacji wreszcie udaje mi się dotrzeć do Bagno Food & Wine. Przeszklone szyby zapraszają do środka. Jest lekko po ósmej.

 





W zasadzie to jestem jedyna,  bo obok mnie odbywa się czcza poranna rozmowa biznesowa. Tylko przy kawie.  Moszczę się przy stoliczku, rozpoczynam śniadaniowanie. Kawka i granola – to pewne. Waham się pomiędzy croissantami, a placuszkami z ricottą. W końcu decyduje się na te drugie, choć croissanty sprawdzę przy najbliższej okazji (podobno robią je na miejscu). Granola przybywa w pięknym anturażu – w wielkiej szklance,  nie mam wątpliwości co do tego, że nie pochodzi z plastikowej torebki. Są suszone owocki, znać miód, jest pysznie. Po chwili przybywają placuszki. Są piękne – udekorowane miętą i bananami. Polane syropem klonowym? Nie ważne. Są pyszne i tak delikatne że wprost rozpływają się w ustach. Pięknie mi się siedzi, ale zegar nieustępliwie każe zakańczać posiłek i ruszać do pracy. Więc ruszam, ale kiedy okazuje się, że o 12:00 jestem już po wszystkim i mogę wracać do domu, w głowie kiełkuje mi pewna myśl, która sprawia, że w drodze powrotnej wysiadam o stację metra wcześniej…

 



 

O godzinie 13 w Bagno troszkę jakby tłoczniej. Z okolicznych biurowców przychodzą zjeść danie lunchowe. Ale ja nie z tych. Chcę spróbować czegoś z karty, tych specjałów, o których tyle się teraz mówi. O dziwo – nie jest to żaden orient. Składniki znane, swojskie. Jakby prosto z niedalekiej Mirowskiej.  Zapewniona przez uroczą Panią kelnerkę, że przystawki mają rozmiar przystawkowy biorę kaszankę z malinami i gruszką. Na tostowanym staropolskim chlebie toto przybywa, wygląda pięknie i jest tak smaczne, że mimo iż na początku postanowiłam chleba uszczknąć tylko kawałek, zjadam co do reszty i gębę obcieram szczęśliwa. Następnie – aglio olio. Moje ukochane spaghetti zostało zinterpretowane  rozmarynowo, zwyczajową pietruszkę zastępuje rucola. Czosnek łagodny, wręcz słodkawy, pikantności nie stwierdzam.

 



W wyborze deseru pomaga mi Kelnerka. Poleca mi mus czekoladowy, specjalność zakładu. Kiedy czekam na mus i fotografuję wszystko dookoła zwabiony dźwiękiem migawki zagląda do mnie właściciel. Jest fotografem, a zdjęcia które wiszą na ścianach są jego autorstwa. Rozmawiamy przez chwilę o jedzeniu, fotografii jedzenia. Bardzo to sympatyczne, to ludzka rzecz pogadać z klientem, rzadko spotykana. A szkoda. W międzyczasie na stole pojawia się wielka ceramiczna misa skrywająca awangardową kompozycję musu z rozmaitemi dodatkami. Mus to złe słowo – to czekoladowa jakby krówka, niepuszysta w ogóle, gęsta i zbita. Udekorowana musem malinowym, płatkami bezy, żurawiną i duszoną cykorią. Kulinarny Mount Everest. Z pewną dozą nieśmiałości ale i z niekłamaną ciekawością zabieram się do niej, a w buzi czuję wszystkie barwy smaku.

 



Kuchnia w Bagno 2 skonstruowana jest według uznawanej i przeze mnie zasady komplementarności smaku. W daniu musi być równowaga. Musi być trochę słodko, ale też i gorzko. Smaki powinny się uzupełniać, harmonizować. Mini wykład o filozofii Bagna zrobił mi szef kuchni – Adam Leszczyński, który akurat miał chwilę wolnego czasu i zajrzał do mojego stolika. Kontemplując jedzenie nawet nie zauważyłam, kiedy Bagno zupełnie opustoszało.

 

 

Cóż mogę powiedzieć. Jestem zauroczona. Nie dość, że ładnie; nie dość, że smacznie; to mieści się to Bagno jeden przystanek ode mnie, czynne jest od 7ej rano, mają pyszne autorskie śniadania, ceny posiłków z grubsza kończą się na 20 złotych, na miejscu można przejrzeć i kupić książki kucharskie, napić wina. No sami powiedzcie. Jak nie dać się wciągnąć?

 

Ps. Muszę sprostować informację odnośnie cen w Bagno. Podczas drugiej wizyty w okazało się, że po południu zmienia się menu. Do przekąsek dochodzą dania kolacyjne, których ceny wahają się w granicach 35 – 40 zł.

Miejsca, w których czas się zatrzymał…

Klucząc po ukochanej Warszawie trafiam do miejsc, w których czas się zatrzymał. Żywcem wyjętych z dawnej epoki, z dawnego ustroju. Uroczych i prawdziwych, które tylko minimalnie próbują się dostosować, nadążyć za tempem współczesności.

W księgarni Warszawianka na Placu Bankowym, mój Tato kupował mi książki zanim przychodził po mnie do szkoły. W środku nie zmieniła się w ogóle, inne są tylko tytuły na półkach. Nie ma ich wiele. Ale jeżeli znajdziesz już coś dla Ciebie, to Pani przy kasie zamiast zwrócić się do Ciebie po imieniu przeczytanym na Karcie płatniczej przetrzyma zakupioną przez Ciebie książkę w ręku. Przekartkuje ją, wyrazi zdziwienie, że można tak fajnie wydać książkę o ciastach. A potem opowie Ci, że w sumie nie rozumie jak to jest, ale tak jakoś w międzyczasie straciła ochotę na słodycze. Że kiedyś mogła zjeść paczkę ciastek, teraz z rzadka wystarczy jej kostka czekolady.  Bezduszna gdzie indziej procedura zakupu zmienia się w życzliwą pogawędkę…

W domu handlowym Sezam utrzymał się ład i porządek peerelowskiego sklepu. Słodycze kupisz na innym stoisku, alkohol na jeszcze innym. Jeżeli dokładnie pomyszkujesz, to zobaczysz doklejone stoisko z wyciskanymi sokami z owoców. Na piętrze drogeria i artykuły gospodarstwa domowego. Miliony foremek, szklaneczek, kryształów, porcelany. Panie w mundurkach.  W mocnych i jaskrawych makijażach po same brwi. Wyfiokowane. Opryskliwe do granic możliwości. Mogłabym je obserwować godzinami.

Nie inni są handlarze z bazarku na Kole. Wcisną Ci szkło, mówiąc że to diament. Sprzedadzą Ci serwis, mimo że potrzebowałeś tylko filiżanki. Jedni szarmanccy, drudzy grubiańscy. Wycenę Twojej osoby zawrą w cenie bibelotu. Słowo asertywność w konfrontacji z nimi nabiera zupełnie nowego znaczenia.

 



A dziś z przyjaciółką odwiedziłam bar mleczny Bambino. Odmalowane ściany i nowe krzesła nie odwrócą uwagi od barejowskiego klimatu, który już na wejściu tworzy tablica z menu i Pani kasjerka w szklanej gablocie. Zna wszystkie ceny na pamięć. Niespotykane nigdzie indziej końcówki cen wbija zajadle na kasę i wydaje kolejne paragony z zamówieniem. W barze mlecznym nie ma podziałów. Wszyscy jesteśmy równi. Studenci z biznesmenami, artyści z emerytami. Tyle samo stoimy w kolejce, jesteśmy obdarzani tymi samymi spojrzeniami kasjerki. A jednak stoimy, w porze obiadu nawet pół godziny i czekamy aż zwolni się stolik, żeby zjeść jak u mamy. Zresztą gdzie, jak nie w mleczakach właśnie, pogodzimy na jednym talerzu wszystkie zachcianki. Buraczki z ziemniakami i wątróbką. Kaszę gryczaną z kotletem schabowym. Do tego kompocik,bo kompocik musi być. Rozwodniony i za słodki. Przepyszny. I leniwe, koniecznie leniwe.

Takich miejsc, nie tylko w Warszawie, jest coraz mniej. Giną w starciu z nowoczesnością, z walką o atrakcyjne grunty czy lokale w dobrych punktach. Więc warto je odwiedzać, póki jeszcze są. Bo co nam po chłodnej uprzejmości i ogładzie korporacyjnych sieciówek? Nuda Panie, nuda.