Moja Mirowska

Moja Hala Mirowska zaczyna się z drugiej strony. Obok ratusza, przez Ptasią, a potem po lewo. Labirynt pomiędzy samochodami dostawczymi, które w kilkucentymetrowych stoją jedne na drugich. Po prawej ulubiony wietnamski sklep z wiecznie dostępną świeżą kolendrą, tanimi krewetkami  i przeuroczą ekspedientką. Przystanek zielona brama. Szybki przyping skradzionego niestety już roweru, pojawiam się i znikam.

Bo na jakiś czas mnie nie ma. Chodzę urzeczona tymi wszytkimi kolorami i dobrami w pozbijanych skrzynkach. Przeciskam się przez tłumy oblegające stragany w poszukiwaniu najtańszej albo najładniejszej papryki. Każdy ma swoją strategię. Ja lubię trochę tu, trochę tu nie zważając na 50gr które akurat nie robią różnicy. U każdego po trochu, do ostatniego grosza w portfelu. Tu nie da sie nie kupować, bo wszystko samo pcha się do koszyka. Zazwyczaj szybko wybijam się na sam przód, pod teren zadaszon- są tam niezłe jaja.

Wiele testowałam, po pięć tu, po pięć tu. Już wiem, że u tych dwóch panów żółtka są najżółtsze a L-ki największe. Świeżość bez zarzutu no i szeroki wybór tych 2jek i 1nek kupowanych ku pamięci tych wszystkich beznogich kur zamkniętych w klatkach wielkości pudełka na buty. Są też jaja zielononóżki jednak ze względu na ich cenę od sztuki wydają mi się zbyt ekstrawaganckie.

Powrót to jak algorytm – jeżeli skręcę w lewo pocieszę się pięknymi sadzonkami kwiatów i ziół. I najdziwniejszymi kolorami i kształtami doniczkowej papryczki. Teraz jest najpiękniej – stragany stroją wrzosy i lawendy. Fiolety i róże. Zaraz obok, za bramą sprzedawcy ziół w sadzonkach dzięki którym w tym roku jadłam najsmaczniejsze potrawy naszprycowane świeżą szałwią, bazylią, czy melisą. Pięknie. Jeżeli zaś pójdę prosto, trafię do jednego z najciekawszych miejsc na Hali. Jest to taki niby warzywniak, ale jednak nie. Bo wyeksponowane warzywa to nic, całe bogactwo tego biznesu chowa się w chłodniach – są wypełnione po brzegi świeżymi ziołami jakimi tylko chcecie. Jeżeli przepis wymaga od Was dwóch gałązek tymianku i rozmarynu – one tam będą. Tak jak całę mnóstwo indyjskich przypraw i innych kulinarnych gadgetów. Obsługuje to badzo miły Pan, który przypomina mi postacie z książek Irvina Welsha. Jeżeli będziecie mieli szczęscie i przyjdziecie w porze zwijania straganów może zobaczycie jego Psa – wielkiego białego chyba owczarka, który ostatnio jak wysiadał z samochodu to załamał się pod własnym ciężarem i przesłodko wywrócił. Zwierzę nie ucierpiało, stąd w tonie mojej wypowiedzi ten ładunek rozbawienia przemieszanego z czułością. Chwilę za nim wciśnięty w róg sklepik z czasopismami – ukochałam go kiedy znalazłam w nim bardzo archiwalne numery Kuchni za odpowiednio archiwalną cenę.

Wyszliście, to teraz wypada się skierować na prawo – olewamy zadaszoną część – zaglądamy tam tylko jeżeli chcemy kupić bakalie, ewentualnie chleb na zakwasie. Jeżeli mamy szczęście, to natrafimy na babuleńkę uzbrojoną w liche bukieciki roślinek wychodowanych we własnym ogródku – pietruszeczki, kopereczku, szczawiku. Nie mogę oprzeć się jej skromnej postaci – choćby pietruszka miałą zgnić, a szczypiorek wyschnąć na wiór kupię go, by babuleńka wróciła szybciej do swojego małego domku z ogródkiem. Dzisiaj przyglądałam się jej trochę dłużej – chyba wiele osób ma tak jak ja. Czasami też będzie dziadzio z mlekiem prosto od krowy sprzedawanym w butelkach po Cisowiance i kilkoma główkami czosnku w pojemniczku po kiwi. No jak tu się nie oprzeć, jak tu się nie wzruszyć nawet?

A potem kroczymy główną aleją, póki co w torbie jedynie jajka a ile wrażeń po drodze nienaruszających zawartości portfela. Po prawej mięsa: świeże cielęciny, jagnięciny, uprzejme małżeństwo co to wytrymuje kości i sprzeda przepis na mostek jak ten mojej babci. Zaraz kolejna sprzedawczyni – mistrzyni władania siekierą potrafiąca rozprawić się z małym kawałeczkiem kotlecika jagnięcego jednym cięciem z chirurgiczną wręcz precyzją. No i sprzedawca nad sprzedawcami – budka 128, przy której każdy może się poczuć jak ten jedyny wyjątkowy klient. Nie zdziwcie się, jeżeli opuścicie ją z torbą mięsa którego nie mieliście w planach kupować przez najbliższe poł roku. Sprzedawca – obrotny wąsacz za każdym razem już zamyka, więc mięso zawsze jest w specjalnej cenie. No i wychodzisz potem z dwoma kilogramami wątróbki cielęcej, bo przecież to taka okazja, najlepsza, tylko dla Ciebie. A jeżeli jakimś cudem obronisz się przed zakupieniem ostatniego kawałka ślicznej karkówki, to możesz być z siebie niezwykle dumny.

Zmieńmy front, bo nabiał i mięso to jedna sprawa, a wiadomo że na Mirowską przychodzi się głównie po warzywa. Chodzę wzdłuż, patrząć widzę miliony potraw, które zrobię z tych wszystkich bakłażanów i cukinii i tych deserów ze śliwek, gruszek i truskawek. Pomijam te początkowe stragany, chociaż czasami jeżeli coś mnie zwali wyglądem to kupię. Na początku środka starszawa tleniona blondyna, charakterystyczna badylara o ewidentnej handlarskiej cwaności na twarzy. Potem bracia – mroczni młodzieńcy, na pewno stoi za nimi jakiś rodzinny dramat – jestem tego pewna. Potem urocze małżeństwo – zawsze miłe i zawsze razem. Potem mrukliwa handlara z z fochem po kłótni z mężem, jeszcze za chwile najtańsi z końca albo i początku: gderliwy głośny sprzedwca warzyw a  tuż przed nim matka z córką uśmiechnięte i uprzejme aż miło. U tego śliwki, u tego papryki, każdy dziś zarobić może.

Na mirowskiej nie ma słabych rzeczy. Warzywa są autentyczne i świeże. Zmieniają się z kolejnymi tygodniami i miesiącami. Stragany to się zielenią szparagami, to czerwienią pomidorami, to świecą fioletem od tysiąca i jednej śliwki.

Doszłam do ostatniego straganu – w kieszni ostatnie 3,50 a tu taka piękna dynia piżmowa. Idealnie mała, w sam raz do przerobienia. Po ile – pytam. Po pięć złoty za kilo – słyszę. Myśli Pan, że ma mniej niż kilogram? Mam tylko 3 złote. Zaraz zważymy – waży dokładnie kilo. Cholera. Muszę ją mieć, więc dokładnie po raz dziesiąty sprawdzam kieszeń i tryumfalnie wyciągam złotówkę. 50groszy zostaje mi umożone. Dynia jest moja, to z nią stracę dyniowe dziewictwo.

Obładowana siatami z mnóstwem rzeczy wracam do domu bez grosza przy duszy. Zawsze jest tak samo. Dochodzę do bramy. Niestety tym razem nie odepnę roweru, a zakupów nie powieszę na kierownicy by potem balansować jak akrobata na linie z batutem w ręku. Muszę wracać pieszo. Cholera, ciężkie te torby. Niech złodzieja dunder świśnie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>