Mielony nie jedno ma imię…

Ludzie dzielą się na tych, którzy lubią kotlety schabowe albo na tych, którzy wolą kotlety mielone. Mimo całej swojej miłości do dobrze wysmażonego cieniutkiego sznycla, gdyby ktoś w chwili ostatecznej zapytał którego kotleta chcę dostać na wieczerzę odparłabym, że mielonego. Może to nie jest to miłość tak wielka, jak mojego kolegi Maćka W., który będąc dzieckiem dostając mielonego do ręki zapominał o całym bożym świecie a na jego twarzy wykwitał bezkresny uśmiech, ale niewątpliwie mięso mielone jest mi bardzo bliskie. Głównie przez jego plastyczność – uszlachetniając mięso najlepszym naturalnym spoiwem czyli żółtkiem,  można z niego lepić niczym z plasteliny. A to kofty, a to kotleciki, a to spagetti, no można prawie wszystko. Wiedziałam, że bez mielonego nie odbędzie się moje urlopowe grillowanie, więc będąc na przedwczasowych zakupach zaopatrzyłam się paczuszkę rzeczonego. Padło na wołowo-wieprzowe, choć marzyła mi się baranina, ale o nią trudno w hipermarketach. Nic to – i na nią nadejdzie wkrótce pora. Do tego parę przypraw – zioła prowansalskie, kminek, a jak on to żywa kolendra i obowiązkowa hurtowa wręcz ilość czerwonej słodkiej papryki – grillowego niezbędnika. I ser lazur – bo tym razem, część kotlecików miała zawierać w sobie pleśniową niespodziankę…

0,5 kg mielonego mięsa wołowo – wieprzowego

2 żółtka

2 małe cebule

4 ząbki czosnku

1 kostka sera lazur

przyprawy: kminek, sól, pieprz, słodka papryka, zioła prowansalskie

 

Cebulę i czosnek siekamy na dość drobne kawałki i mieszamy z mięsem. Dodajemy żółtka, ponownie wszystko dokładnie mieszamy. Mięso dzielimy na dwie równe porcje.

Do jednej dodajemy pół paczki ziół prowansalskich i 2 łyżeczki papryki dla koloru. Dokładnie mieszamy. Do drugiej porcji dodajemy 3 łyżeczki kminku i pół opakowania słodkiej papryki. Również dokłądnie łączymy wszystkie składniki. Tak przyprawione mięso odstawiamy w szczelnie zamkniętym pojemniku do lodówki i idziemy na plażę opalać się.

Jakieś parę godzin później przystępujemy do formowania kotlecików. Mięso w lodówce przeszło przyprawami a także stężało, więc robi się to całkiem sprawnie. Z części kminkowej robimy kuleczki i układamy je na aluminiowej tacce. Z części prowansalskiej robimy kuleczkę, którą następnie spłaszczamy i umieszczamy na środku kawałek sera pleśniowego, który następnie zamykamy mięsem. Potem jeszcze szybkie zrobienie idealnej kuleczki i kotlecik ląduje na tacce obok swoich kminkowych kolegów.

Kotleciki pieką się dość szybko. Niestety gdzieś po drodze gubią swój idealny kulisty kształt, ale na szczęscie zachowują 100% smaku. Smakują idealnie ze zgrillowanym chlebem obficie natartym czosnkiem. Te kminkowe rewelacyjnie smakują posypane świeżą kolendrą. Zastanawialiśmy się z mężem, co z nimi potem zrobimy – wszak nie damy rady tego zjeść. Ale kiedy skończyliśmy obiad okazało się, że nasz dylemat zniknął w naszych żołądkach :)

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>