Miejsca, w których czas się zatrzymał…

Klucząc po ukochanej Warszawie trafiam do miejsc, w których czas się zatrzymał. Żywcem wyjętych z dawnej epoki, z dawnego ustroju. Uroczych i prawdziwych, które tylko minimalnie próbują się dostosować, nadążyć za tempem współczesności.

W księgarni Warszawianka na Placu Bankowym, mój Tato kupował mi książki zanim przychodził po mnie do szkoły. W środku nie zmieniła się w ogóle, inne są tylko tytuły na półkach. Nie ma ich wiele. Ale jeżeli znajdziesz już coś dla Ciebie, to Pani przy kasie zamiast zwrócić się do Ciebie po imieniu przeczytanym na Karcie płatniczej przetrzyma zakupioną przez Ciebie książkę w ręku. Przekartkuje ją, wyrazi zdziwienie, że można tak fajnie wydać książkę o ciastach. A potem opowie Ci, że w sumie nie rozumie jak to jest, ale tak jakoś w międzyczasie straciła ochotę na słodycze. Że kiedyś mogła zjeść paczkę ciastek, teraz z rzadka wystarczy jej kostka czekolady.  Bezduszna gdzie indziej procedura zakupu zmienia się w życzliwą pogawędkę…

W domu handlowym Sezam utrzymał się ład i porządek peerelowskiego sklepu. Słodycze kupisz na innym stoisku, alkohol na jeszcze innym. Jeżeli dokładnie pomyszkujesz, to zobaczysz doklejone stoisko z wyciskanymi sokami z owoców. Na piętrze drogeria i artykuły gospodarstwa domowego. Miliony foremek, szklaneczek, kryształów, porcelany. Panie w mundurkach.  W mocnych i jaskrawych makijażach po same brwi. Wyfiokowane. Opryskliwe do granic możliwości. Mogłabym je obserwować godzinami.

Nie inni są handlarze z bazarku na Kole. Wcisną Ci szkło, mówiąc że to diament. Sprzedadzą Ci serwis, mimo że potrzebowałeś tylko filiżanki. Jedni szarmanccy, drudzy grubiańscy. Wycenę Twojej osoby zawrą w cenie bibelotu. Słowo asertywność w konfrontacji z nimi nabiera zupełnie nowego znaczenia.

 



A dziś z przyjaciółką odwiedziłam bar mleczny Bambino. Odmalowane ściany i nowe krzesła nie odwrócą uwagi od barejowskiego klimatu, który już na wejściu tworzy tablica z menu i Pani kasjerka w szklanej gablocie. Zna wszystkie ceny na pamięć. Niespotykane nigdzie indziej końcówki cen wbija zajadle na kasę i wydaje kolejne paragony z zamówieniem. W barze mlecznym nie ma podziałów. Wszyscy jesteśmy równi. Studenci z biznesmenami, artyści z emerytami. Tyle samo stoimy w kolejce, jesteśmy obdarzani tymi samymi spojrzeniami kasjerki. A jednak stoimy, w porze obiadu nawet pół godziny i czekamy aż zwolni się stolik, żeby zjeść jak u mamy. Zresztą gdzie, jak nie w mleczakach właśnie, pogodzimy na jednym talerzu wszystkie zachcianki. Buraczki z ziemniakami i wątróbką. Kaszę gryczaną z kotletem schabowym. Do tego kompocik,bo kompocik musi być. Rozwodniony i za słodki. Przepyszny. I leniwe, koniecznie leniwe.

Takich miejsc, nie tylko w Warszawie, jest coraz mniej. Giną w starciu z nowoczesnością, z walką o atrakcyjne grunty czy lokale w dobrych punktach. Więc warto je odwiedzać, póki jeszcze są. Bo co nam po chłodnej uprzejmości i ogładzie korporacyjnych sieciówek? Nuda Panie, nuda.

 

 

 

 



 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>