Małe Indie na Domaniewskiej i samosy takie jak w Mandali

Kuchnia hinduska zajmuje szczególne miejsce w moim sercu. W moich byłych pracach niemal co drugi dzień zaczynał sie od maila: „to co – hindusik na obiad”? To do hinduskiej restauracji jako pierwszej kierowaliśmy kroki, kiedy będąc w Tokio dopadła nas jedzeniowa depresja związana z mdławą japońską kuchnią. Proste składniki, głównie warzywa zalane morzem przypraw były dla nas prawdziwym wybawieniem.  W Warszawie zwiedziłam większość knajp serwujących indyjską kuchnię. Ale wracam zawsze do jednej – Mandali. Nie ma nigdzie lepszego butter chickena, który podawany jest w pomidorowym sosie zagęszczonym mielonymi nerkowcami. Albo byriani z baraniną – doskonałego ryżu z aromatycznym i mięciutkim mięsem. No i zawsze na początek samosy, które w zasadzie wystarczyłyby za cały posiłek, ale nigdy nie mamy siły poprzestać tylko na nich.

Długo szukałam przepisu na dobre samosy. Coś tam kombinowałam miksując różne warzywa zapominając, że czasami mniej znaczy lepiej. W końcu jednak sięgnęłam do tradycyjnej książki z kuchnią hinduską – India: The Cookbook (aut. P. Pant) i postanowiłam wypróbować tamtejszego przepisu. To był strzał w dziesiątkę – nadzienie smakowało dokładnie tak jak w Mandali. Wymagało zaopatrzenia się w pewne przyprawy, ale to nie stanowi żadnego problemu. Bo nie wiem czy wiecie, ale w Warszawie, przy ulicy Domaniewskiej 22 (to zaraz przy stacji metra Wilanowska) mieści się bardzo fajny sklep, który nazywa się Little India. Znajdziecie tam wszystko, czego kiedykolwiek będziecie potrzebowali do przyrządzenia hinduskich (ale nie tylko) specjałów. Przedziwne przyprawy, rozmaite masale, świeże egzotyczne warzywa, placki, mąki, pasty, chutneye, oleje stoją gęsto na regalikach, tylko wybierać. Zawsze jak jestem to oprócz potrzebnych rzeczy dokupuję coś ekstra, a to pastę z tamaryndowca, a to wodę różaną, a to jakąś ciekawą przyprawę. Stoją sobie na półce i czekają na swoją kolej. Śmiechem żartem uzbierała mi się całkiem spora kolekcja i dużo przepisów nie stanowi już dla mnie zaskoczenia.   Z pewnością większość tych rzeczy można kupić w sklepach z żywnością azjatycką, albo w Kuchniach Świata – w Little India jest najtaniej – sprawdziłam. Ale moim zdaniem największą zaletą tego sklepu  jest spotkanie przy okazji zakupów z przedstawicielami odległych krajów, którzy osiedlając się w Polsce próbują rekonstruować swoje potrawy narodowe. Lubię się zastanawiać co można zrobić z zielonych bananów, o które zapytuje przepiękna kobieta z nieznanym mi akcentem, albo z okry, który którą właśnie kupuje hinduskie małżeństwo. Urocze jest to miejsce, bardzo je Wam polecam, tak jak kiedyś ktoś mi :) A teraz do samos, bo się rozpisałam :) Przed Wami przepis na klasyczne pierożki z dwoma sosami, z którymi zawsze są podawane: miętowym i tamaryndowym. Ciasto nieco zmodyfikowałam – tego z przepisu wychodzi za dużo, w smaku jest dość nijakie. Swoje wzbogaciłam o trochę oleju i jogurtu naturalnego. Teraz naprawdę smakują jak „u hindusa” :))

Ciasto:

300 g mąki pszennej

2 łyżki oliwy

2 łyżki jogurtu naturalnego

ok. 100 ml wody

Farsz:

4 łyżeczki sklarowanego masła

5 zielonych papryczek chilli

5 cm-owy kawałek imbiru

1 łyżeczka czerwonego chilli

1 łyżeczka kuminu

1 łyżeczka mielonej kolendry

1/4 łyżeczki kurkumy

100 g ugotowanych ziemniaków*

1 kubek ugotowanego zielonego groszku

1 łyżeczka świeżej kolendry

1 łyżeczka zmielonych nasion granatu

 

Mąkę przesiewamy do miski, dodajemy szczyptę soli. Na środku robimy wgłębienie, w którym umieszczamy oliwę i jogurt. Kolistymi ruchami zaczynamy mieszać płyny z mąką, jednocześnie stopniowo dodajemy wodę. Zagniatamy ciasto. Powinno być gładkie i elastyczne. Gotowe ciasto przykrywamy wilgotną ściereczką i odstawiamy na bok. 

Na patelni rogrzewamy sklarowane masło. Dodajemy do niego kumin i smażymy przez kilkanaście sekund mieszając. Dodajemy pozostałe przyprawy: chilli, kolendrę, kurkumę, posiekany imbir i zielone chilli. Smażymy i mieszamy przez chwilę. Do przypraw dodajemy zmiażdżone ziemniaki i ugotowany groszek. Wszystko dokłądnie mieszamy. Na sam koniec dodajemy posiekaną kolendrę i nasiona granatu. Farsz odstawiamy do ostygnięcia.

Ciasto dzielimy na 8 lub 10 porcji. Każdą rozwałkowujemy na cienki placuszek na którego środku umieszczamy 1 – 1,5 łyżki farszu. Ciasto sklejamy tak jak robilibyśmy to z pierogami. Musimy jednak zatrzymać się w połowie i zrobić to tak, jak jest pokazane na poniższym zdjęciu:

 

Gotowe samoski smażymy na dobrze rozgrzanym głębokim tłuszczu do momentu, aż osiągną złoty kolor. Odsączamy na ręczniku papierowym. Podajemy w towarzystwie dwóch sosów: pikantnego miętowego i tamaryndowego.

Sos miętowy: 2 łyżeczki pudina masala, 3 łyżki jogurtu naturalnego, 3 łyżki posiekanego szczypiorku, 8 listków mięty. Bźźźźźź. Gotowe.

Sos tamaryndowy: 2 łyżki pasty z tamaryndowca, 1 łyżeczka uprażonego kuminu, 2 łyżeczki miodu, 1 kubek wody, szczypta chilli i czarnej soli. Wszystkie składniki mieszamy w garnuszku i doprowadzamy do wrzenia. Redukujemy do momentu, w którym sos osiągnie gęstą konsystencję.

Uffff, to chyba wszystko :) Ależ się rozpisałam. Namaste!!


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>