Madera, I love!



Choć słowo sezon nie jest kluczowym dla Madery,  to nie da się nie zauważyć, że w kolacyjnej godzinie szczytu goście hotelowej restauracji mieszczą się na jednej trzeciej jej powierzchni. Madera, nazywana wyspą wiecznej wiosny, to miejsce o względnie stałej temperaturze, która w przeciągu roku waha się pomiędzy 17 – 22 stopni. Złośliwi twierdzą, że niemieccy emeryci przyjeżdżają tam latem aby się chłodzić, zimą zaś aby się wygrzać… Na Maderę pojechałam razem ze swoją Mamą. Wycieczka była prezentem rodziców na moje 30te urodziny. Zameldowawszy się w hotelu w miasteczku Machico każdego dnia poznawałyśmy coraz to nowy kawałek wyspy. A Madera ma naprawdę wiele do zaoferowania. To przede wszystkim wyspa zielona, bujna, z krajobrazem zmieniającym się co kilkanaście kilometrów. Choć opinie słyszałam różne, moim zdaniem na Maderze po prostu nie da się nudzić. Zapraszam więc Was dzisiaj na wycieczkę objazdową po Maderze. Gotowi do drogi? Zapnijcie pasy. Zakręty są naprawdę ostre, a zbocza bardzo strome  ;)

Machico

Machico to najstarsze miasteczko Madery, mieszczące się na wschodnim krańcu wyspy, niecałe 5 km od lotniska. Samo w sobie jest dość spokojne, żeby nie powiedzieć nudne. Życie toczy się w nim powolnym rytmem. Mężczyźni przesiadują na ławkach przy deptaku, kobiety robią zakupy w lokalnym supermarkecie, młodzież po szkole gromadzi się przy nadmorskiej promenadzie. To, co wyróżnia Machico na tle innych miasteczek to fakt, że znajduje się w nim jedna z niewielu plaż z białym piaskiem. Nie wiem jak jest w lecie, ale podczas naszego pobytu niestety nie mogłyśmy za bardzo z niej korzystać. Pogoda była kapryśna jak kobieta w trakcie PMS, dni zaczynały się deszczem, potem na chwilę wychodziło słońce, które w trymiga było zasłaniane przez chmury. Taki widać urok Machico, bo za każdym razem, kiedy przemieszczałyśmy się poza nie temperatura rosła z każdym kilometrem.

Panoramę Machico można obejrzeć ze wzgórza Pico Do Facho, na którym niegdyś rozpalano ogień, aby ostrzec ludzi przed piratami. Oprócz pięknego widoku na wzgórzu można pobawić się z bandą pięknych kociaków ;)

 Przylądek św. Wawrzyńca

Kilkanaście kilometrów od Machico leży miasteczko Canical. Oprócz portu i muzeum wielorybnictwa nie ma w nim zbyt wiele do zobaczenia, więc napiwszy się napoju z marakui w lepiej skierować się jeszcze dalej na wschód, w kierunku Przylądka św. Wawrzyńca. Jest to najdalej wysunięty na wschód fragment Madery i to właśnie do jego brzegu na początku XV wieku przypłynęli Tristão Vaz TeixeiraJoão Gonçalves Zarco, odkrywcy wyspy.

Przylądek można zobaczyć na dwa sposoby. Ze strony północnej, wspinając się na niewielkie wzgórze, z którego rozpościera się zapierające w piersiach widoki na klify i rozbijający się o nie ocean…

Oraz ze strony południowej, z której będziemy mogli udać się na piękny spacer na prawie sam kraniec przylądka. Trasa ma ok 5 km. i w zależności od tempa pokonamy ją w 1,5 – 2 godziny. Droga nie jest skomplikowana i jak się okazuje, nie trzeba mieć specjalistycznego obuwia, można ją przebyć nawet w zwykłych balerinkach (nota do czytalnika: jeżeli kiedyś na Mt. Evereście zobaczycie zziajaną babę w balerinach lub kubotach, zaczepcie ją, na pewno to będę ja). Mimo wszystko trzeba liczyć się jednak z tym, że często będziemy musieli wspinać się pod górkę, a kiedy będzie się nam wydawało, że osiągnęliśmy kres naszej podróży, ni stąd ni zowąd wyłoni się przed nami ostatnie wzniesienie. Wejście na nie, to tylko wisienka na torcie naszej satysfakcji, bo równie piękny widok roztacza się z poziomu niżej. Myślę, że zdjęcia z tego spaceru najlepiej ilustrują to, co powiedziałam o pogodzie: czasem słońce, czasem prawie deszcz. Tak czy siak kiedy po spacerze doszłam trochę do siebie, pąs na twarzy ustąpił lekkiej opaleniźnie.



Presidente no. 1

Zanim udamy się na dalszą część naszej wycieczki, pozwólcie, że przedstawię Wam naszego kierowcę ;)



Każe mówić na siebie President Nomer Jeden i jeżeli w danej chwili nie obwozi po wyspie turystów, to spotkamy go pod hotelem Dom Pedro w  Machico. To chyba największa atrakcja tego miasteczka – obrotny taksówkarz w lakierkach na wysoki połysk, obwieszony złotem odziedziczonym po matce, który ze swojego bagażnika stworzył mini muzeum wyklejone monetami z całego świata i wycinkami z gazet.

Z komiwojażerską sprawnością zaplątuje turystów w sieć swoich usług przewozowych i trzeba nie lada asertywności, aby wywinąć się z jego szponów. Jeżeli jednak się zdecydujemy, a naprawdę warto, czeka nas nie lada kabaret. Prezydent niczym wyuczona papużka zaserwuje nam wiązankę polsko – angielskich zwrotów, które głównie wychwalają jego osobę :)  Jednych może to irytować, mnie natomiast bardzo bawiło. Niczym królowie przejeżdżaliśmy poprzez kolejne miasteczka, Prezydent w każdym kogoś pozdrawiał głośnym ćwierkaniem swojego klaksonu. Na twarzach, które mijaliśmy malowało się przede wszystkim rozbawienie. Na koniec każdej wycieczki prosił o wpis do pamiętniczka, aby móc pokazać referencje następnym i następnym… Niech mnie kule biją, jeśli to nie jedna z najbarwniejszych postaci na całej wyspie.

Dookoła Madery

Madera jest dość małą wyspą, objechanie jej dookoła to mniej więcej 200 km. Wyspę można zwiedzić wypożyczonym samochodem, ale jest to opcja dla osób pewnie czujących się na drodze, a przede wszystkim na ostrych zakrętach i stromych przepaściach tuż przy kole.

Wyruszając z Machico na zachód warto wstąpić do Santa Clara, w której znajduje się targ rybny. Na końcu małego budynku, w świecie mężczyzn można pooglądać funkcjonowanie miejsca – zakup ryb wyłowionych przez wędkarzy, patroszenie, aż w końcu sprzedaż. Jeżeli będziecie mieli szczęście, to może natkniecie się na czarnowłosego sprzedawcę o melancholijnym spojrzeniu, wyglądającym jak amant z brazylijskiej noweli…

Udając się na zachód w kierunku Funchal zatrzymajmy się na chwilę w Canico, przy posągu Jezusa miłosiernego. Jego postać stoi nad stromym klifem i jest nieco mniejsza niż jego brazylijski odpowiednik, a już na pewno nasz świebodziński ;)

 Teraz powinniśmy zatrzymać się w Funchal, ale dłuższy postój urządzimy sobie tam za chwilę. Na naszej trasie przejeżdżamy przez małe rybackie miasteczko Camara de Lobos, które upodobał sobie Winston Churchil. Spędził tam długie wakacje i urzeczony widokiem z pewnego tarasu namalował kilka obrazów. Chwilę drogi zanim znajduje się najwyższy w europie, drugi co do wysokości na świecie klif Cabo Girao. 580 metrowe urwisko można podziwiać zza szklanej podłogi, która wystaje poza klif. Naprawdę robi wrażenie, osoby o słabych nerwach lub lęku wysokości uprasza się o pozostanie w taksówce.

 A teraz przemieścimy się wgłąb wyspy. Zostawiamy za sobą krajobraz linii brzegowej, a zza szyb samochodu oglądamy tarasowe uprawy małych bananowców (główny towar eksportowy Madery), lasy laurowe i strome zbocza, z których wartkimi strumieniami wyciekają kilkudziesięciometrowe wodospady. Małe miasteczka są naprawdę małe. Można zatrzymać się przy kościółku lub przypatrzeć się mężczyznom grającym w karty. Droga ta nie będzie jednak długa, bo za chwilę wyjedziemy na północny brzeg wyspy. Wstąpmy na chwilę do Porto Moniz, w którym pośród wynurzających się spod powierzchni wody ostrych skał znajdują się najbardziej oryginalne baseny, jakie widziałam w życiu.

 Po malutku kierujemy się w stronę Funchal. Będziemy przejeżdżać przez Santanę, w którym bardziej od kolorowych domków w kształcie litery a zainteresował mnie obserwujący ulicę kot, oraz przez położoną w kraterze wygasłego wulkanu wioskę Curral das Freiras. Podziwia się ją z wysokiego tarasu widokowego. Tam nie zrobiłam niestety zdjęcia, natomiast schodząc w dół uwagę mojego obiektywu przykuły pewne skalne porosty :)

 

No to teraz wracamy na południowe wybrzeże, kierunek: Funchal

Funchal to stolica i największe miasto Madery. Mimo, że leży nad morzem, a jego głównym źródłem dochodu jest turyzm, nie czuć w nim specyficznej, kurortowej atmosferki. Na pierwszy ogień wsiadłyśmy do czerwonego autobusu turystycznego i objechałyśmy całe miasto. Nie da się ukryć – jest urocze, choć wybudowanie go jak i zasiedlenie całej górzystej wyspy musiało być nie lada wyzwaniem. 

    

Funchal słynie z trzech atrakcji. Pierwsza z nich to położone wysoko ogrody botaniczne, do których można się dostać kolejką liniową, która dumnie sunie nad miastem.

Miesiąc, w których roślinność kwitnie najbujniej to kwiecień, wtedy też odbywa się festiwal kwiatów. Mając świadomość, że ze względu na porę roku roślinność może być trochę przetrawiona postanowiłyśmy udać się do ogrodu niższego, tzw pałacowego, z którego obrazki, a w zasadzie jeden obrazek widnieje na czele wszelkich folderów turystycznych. Ta oto pocztówka teraz przed wami :)

Drugą atrakcją stolicy jest targ, na którym sprzedaje się ryby, warzywa i owoce. W pierwszej części zakupimy świeże kwiaty, ale także owoce, z których jeden rośnie tylko i wyłącznie na maderze. Jest to krzyżówka banana i ananasa, o przedziwnym smaku i konsystencji. Owoc jest bardzo drogi, ale naprawdę warto go spróbować. Trzeba tylko pamiętać, że je się go w następujący sposób – odzieramy kilka łusek i zostawiamy owoc aby dojrzał. Zjadamy, a następnie obdzieramy kolejne i znowu odstawiamy na trochę. Świadomość metody konsumpcji nie pozwoli nam pociąć sobie jamy ustnej niedojrzałymi kawałkami, a także uchroni owoc przed przedwczesnym wyrzuceniem do kosza ;) Poza bananowym ananasem na stoiskach znajdziemy szeroki wybór innych owoców: mango, marakui, anony czy też lokalnych bananów. Nie warto jednak ich kupować, ze względu na zawyżone ceny.

W głębi budynku, w wydzielonej wysokiej hali mieści się targ rybny. Osoby o słabych nerwach lepiej, niech zostaną przy stoisku z warzywami :)

 

Skręciwszy w prawo z bazarku rybnego dojdziemy do fantastycznej uliczki Rua de Santa Maria, na której każde drzwi to istne dzieło sztuki. Wzdłuż niej ciągnie się niezliczona ilość galeryjek, kawiarni i restauracji, w morzu których można się zatracić. 

 

Fado do szaszłyka

Kucharz, którego widzicie na zdjęciu za dnia jest mistrzem grilla w restauracji Arsenio’s. Jest synem właściciela i pracuje po kilkanaście godzin dziennie przez 5 dni w tygodniu. Pozostałe dwa dzieli między sobą a rodziną :) Serwuje wspaniałe, krwiste, metrowe szaszłyki, ale kiedy przychodzi godzina 21 i w lokalu gasną światłą, pokazuje swoją drugą twarz.

Arsenio’s to bardzo dobra restauracja, która oprócz jedzenia słynie z wieczorów fado. Fado to rodzaj tradycyjnej portugalskiej muzyki, w której nostalgicznemu śpiewowi towarzyszy akompaniament gitar. W Arsenio’s śpiewa cała rodzina. Na scenie zmieniają się postacie, panuje luźna i niezobowiązująca atmosfera. Ale spróbujcie ją zakłócić głośną rozmową, wtedy do czynienia będziecie mieli z wyżej załączonym kucharzem, który kiedy nie śpiewa gardłowym barytonem bezpardonowo ucisza mało dyskretnych gości.

W Arsenio’s byłyśmy dwa razy – raz na wieczorze fado, drugi raz na honorowym obiedzie. Tym razem padłam ofiarą oferty all inclusive, która nie pozwoliła mi się w pełni wyżyć kulinarnie na mieście, jednak koronnych maderskich przysmaków spróbowałam. Doskonałe były metrowe szaszłyki, poprawne, choć za mało wyraziste kotleciki z dorsza. Doskonały zaś pudding z marakui i chyba najbardziej popularny przysmak Madery – bolo de caco, czyli ciepły chleb z masłem czosnkowym. Dla mnie jest to najlepsze połączenie świata.

Inne przysmaki, o których nie można nie wspomnieć to oczywiście wino Madera i suszony dorsz, którego mogłam oglądać tylko z daleka :) Żałuję, że nie spróbowałam ryby espady, którą podaje się w towarzystwie bananów. Ale to już następnym razem. Bo na Maderę bardzo, ale to bardzo chciałabym wrócić. :)



 

One thought on “Madera, I love!

  1. wspaniały opis i nieszablonowe zdjęcia; ja wracam na Maderę po raz drugi juz za dwa dni :) nie możemy sie doczekać…..

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>