Londyn jak z książki kucharskiej, cz. I

Miałam kiedyś taki pomysł, aby polecieć rano do Londynu, odwiedzić Ottolenghi, przepuścić tam trochę funtów i jeszcze tego samego dnia wrócić szczęśliwa i objedzona do domu. W międzyczasie przybyło mi jednak trochę więcej książek kucharskich, z których jasno wynikało, że moja pielgrzymka na samym Ottolenghi na pewno by się nie skończyła. Toteż kiedy okazało się, że w Londynie będę miała do swojej dyspozycji prawie całe dwa dni postanowiłam, że nadszedł czas, aby skonfrontować wyobrażenia z rzeczywistością i odwiedzić kilka miejsc z moich ulubionych książek kucharskich. Sprawdzić, czy klimat na kartach książki odpowiada temu właściwemu. Czy potrawy z pięknych fotografii są smaczne istotnie. Czy bogactwo spisów treści równa się różnorodnemu menu. Czy przepisy, które testowałam sama, smakują tak samo na miejscu. Oto przed Wami londyńska chwila prawdy ;)

Stacja pierwsza: Leon

 

O jezu, Leon!!!!  wykrzyknęłam na widok kolorowego szyldu niczym nastolatka na widok Justyna Biebera. Moje koleżanki popatrzyły na mnie z wyrozumiałą litością, ale po chwili wyjaśniłam im, że to jedno z tych miejsc, które chciałam koniecznie odwiedzić podczas naszego pobytu. Książki z Leon uwielbiam za to, że są takie jakby szalone. Zrobione trochę tak jak tablica korkowa lub drzwi lodówki – tekst przeplata się ze spontanicznymi zdjęciami potraw, osób, wycinanek, rysunków, grafik, naklejek (sic!). Jedzenie wygląda sympatyczne, zdrowo i świadomie, a cały anturaż utrzymany jest w klimacie przyjacielskiego gotowania na luzie i z pasją. Leon dawno temu założyła Allegra McEvedy i jej pomysł na restaurację ze zdrowym fastfoodem tak się przyjął, na że jest to teraz jedna z najbardziej popularnych sieciówek w Londynie.

Nie wiem czego spodziewałam się po wnętrzu Leon, ale gdzieś tam w głębi duszy liczyłam na to, że będzie takie jak książki. Przytulne, trochę chaotyczne, dowcipne. A tymczasem Leon to dość sterylna fastfoodownia, cała w bieli bez choćby cienia książkowego uroku. Jedzenie może jest smaczne i faktycznie zdrowe ( w menu tortille, sałatki, pulpeciki), ale ewidentnie zaskoczona nie miałam tam ochoty zostać chwili dłużej. Zamówiłam więc sobie pulpeciki w sosie pomidorowym i czem prędzej czmychęłam z nimi na zewnątrz. Na zakup czwartej książki kucharskiej Leon chwilowo nie mam ochoty.

www

Stacja druga: Nordic Bakery

 

Przeżuwałam właśnie ostatniego pulpecika z Leon, kiedy zapiszczałam po raz drugi. Aaaaa, Nordic Bakery!! Dziewczyny tylko popatrzyly po sobie i niewiele mówiąc skierowały się w kierunku szyldu. Nordic Bakery to kawiarnia, w której serwuje się skandynawskie wypieki. Jej właścicielka, a zarazem autorka książki  – Iisa Mink dorobiła się trzech lokali na terenie Londynu. My trafiłyśmy do tego, położonego niedaleko Picadilly Circus.

Gdy kupuję specjalność zakładu – cynamonowe bułeczki z cynamonem, są jeszcze ciepłe. Pewnie Ci wszyscy ludzie, którzy cieśnią się przy małych stoliczkach przychodzą tutaj tylko dla nich, więc schodza na pniu i co chwila dopieka się nowe. Na ladzie leży jeszcze dziwne ciastko z ryżem (bierze je moja przyjaciółka ciesząc się, że okazuje się słone – dzień wcześniej popłynęłyśmy z bezą i Haagen Dazsami) oraz maślane ciasta w szklanych gablotach. Znam je bardzo dobrze, piekłam je nie raz. Bułeczka jest super – faktycznie czuć w niej masło, cynamon, a jej temperatura tylko potęguje doznania. Ponieważ nie ma szans na stolik, wychodzimy i jemy nasze zakupy po drodze. Ale jeżeli mam być szczera, to wcale nie żałuję. Surowość i minimalizm wnętrza Nordic Bakery jest dla mnie aż nazbyt minimalna i surowa, a przestrzeń między stolikami dość klaustrofobiczna. Dwa dni potem wracam tam, aby dać jej drugą szansę. Niestety kolejka do zajęcia stoliczka jest długa. A pewnie rozlane, płaskie ciasteczka owsiane, które leżą na blacie przypominają nieudany eksperyment kulinarny przedszkolaka. Pani Iisie już podziękujemy. Sama sobie upiekę.

www

Stacja trzecia: Outsider Tart


To mój pierwszy dzień samotnych wojaży kulinarnych. Spersonalizowania googlemapa pokazuje, że Outsiders Tart leży najbliżej naszych Gospodarzy, więc to w niej postanawiam zainagurować zwiedzanie. Idąc Cheesewick Road mam ochotę wstępować do co drugiego sklepu, po drodze mijam miliard kawiarni i piekarni, m.in. Carluccio’s. Ale wiem, że nie mogę tego zrobić, bo przecież cel mam już ustalony. Dochodzę na miejsce, przestępuję próg… Witajcie w krainie brownie i innych amerykańskich wypieków!

Outsider Tart założyło dwóch Amerykanów (w tym jeden pochodzenia polskiego), którzy postanowili rzucić pracę w korporacjach i oddać się swojej pasji. Jej podsumowanie możemy znaleźć w książce Baked in America, która jak tytuł wskazuje prezentuje przekrój amerykańskich, słodkich przysmaków które sprzedają w swojej cukierni. Wnętrze Outsider Tart jest super, a wybór brownies przyprawia o zawrót głowy. Decyduję się na to, które upiekłam kiedyś sama – snickers brownie. Smakuje zupełnie tak samo, chociaż ma ewidentnie mniej pianek niż to moje ;) Jak na brownie jest lekko suche, czyli więc naprawdę powinno tak być. Słodycz z brownie neutralizuje pyszna kawa i przestronne drewniane wnętrze, a ja czuję, że dzień zaczął mi się idealnie. Pełna cukrowej energii mam ochotę góry przenosić. A to dopiero przecież początek, bo następnym przystankiem mojej wycieczki jest moja prywatna Mekka. Domyślacie się o czym mowa? Podpowiem, że pierwsza litera to O. Resztę zdradzę w następnym wpisie.

www

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>