Kuba – jak to się je?

Są państwa, do których jadąc wiem, że dni będą mi mijać na chodzeniu od jednej knajpy do drugiej i próbowaniu lokalnych specjałów. Jadąc na Kubę absolutnie nie miałam takich planów. Z informacji, które wyczytałyśmy przed wyjazdem jasno wynikało, że Kuba nie jest krajem smakoszy, a skromy asortyment sklepowy rodzi równie skromną kuchnię. Jest to prawda, ale nie do końca.



Sposobów przetrwania na Kubie jest kilka. Najprostszym jest stołowanie się w restauracjach. Jest to jednak rozwiązanie dość drogie, a potrawy nie są warte swoich wygórowanych cen. Drugą, pośrednią opcją, są paladary – to zalegalizowane, ściśle kontrolowane przez państwo restauracje rodzinne. Są nieco tańsze, ale jeżeli nie mamy rekomendacji od kogoś, kto w nich jadał, lepiej nie wchodźmy do pierwszej lepszej – można się nieźle naciąć. Podczas naszego pobytu ani razu nie dałyśmy się nabrać naganiaczom ani do jednych, ani do drugich przybytków. Najchętniej korzystałyśmy z obiadów przygotowywanych w naszych casach particular (prywatnych kwaterach), w których za niewielkie pieniądze można zjeść jak u kubańskiej mamy. Czasami chodziłyśmy do lokalnych fastfoodów.

Każdy dzień zaczynałyśmy śniadaniem składającym się z talerzyka świeżych owoców (banan, mango, guayava, papaya). Na drugie danie był omlet z jednego jajka z kawałkami avocado podawany z bułeczkami pszennymi lub kukurydzianymi. Do picia rozwodnione koktajle raz z guayavy, raz z mango i kawa z mlekiem zrobionym z proszku. Przez pierwszy tydzień byłyśmy zachwycone. W drugim tygodniu trochę się zmuszałyśmy. W trzecim tygodniu na słowo omlet reagowałyśmy agresją. Dla tego bardzo przeprosiłyśmy naszą gospodynię i wzięłyśmy śniadania w swoje ręce. Nie mając zbyt wielkiego wyboru poskładałyśmy śniadanie z dostępnych na sąsiednim bazarku składników jedząc kanapki z pomidorem, avocado, cebulką i skromnym serem z pobliskiego marketu.

Jedyne co nie znudziło się nam nigdy, to właśnie owoce. Owoce można kupić na każdym kroku, za śmieszne wprost pieniądze. Za dwie wielkie siaty płaciłyśmy nie więcej niż 2 CUC (równowartość 2 dolarów). Trafiłyśmy akurat na szczyt sezonu mango, które sprzedawane było w przeróżnych odmianach i wielkościach: od kurzego do strusiego jaja. Jedne były bardziej słodkie, inne bardziej miodowe, jeszcze inne lekko kwaskowate. Zajadałyśmy się papają, a właściwie fruta bombą – papaya to w języku potocznym określenie najbardziej intymnej części kobiecego ciała ;) Kupowałyśmy kiściami małe bananki i przez chwile plantany (odmiana bananów służąca do pieczenia i smażenia), dopóki nasz gospodarz nie powiedział nam, że jedzone na surowo mogą prowadzić do różnych problemów ;) No i avocado – sprzedawane na każdym rogu – o papuzich kolorach, miękkie i jędrne za nami. Jadłyśmy je tak po prostu – lekko oprószone solą lub skropione sokiem z limonki…



Na obiad z reguły jadałyśmy owoce morza, sporadycznie mięso, lub po prostu owoce i avocado. Na początku chętnie zamawiałyśmy sobie langustę. Przyglądałam się raz naszej gospodyni – Pani Mojito, która sporządziła ją duszoną w sosie pomidorowym z kminkiem. Jednak najdłużej będę pamiętać tę zjedzoną na rajskiej plaży na wyspie Cayo Jutias – złowioną w świcie, lekko zgrillowaną, której każdy kęs smakował jak morze… Często wpadałyśmy do pobliskieg baru fast food, w którym zamawiałyśmy najpopularniejszą a jednocześnie najbardziej podstawową potrawę – ryż z czarną fasolą. Podaje się ją z kilkoma plastrami cukiniowego ogórka, a przed podaniem miesza z wieprzowymi skwarkami. Smakuje wyjątkowo dobrze, zwłaszcza popita Tu – Kolą – doskonałym lokalnym odpowiednikiem znanej marki.

Inną narodową potrawą, która często zamawiałyśmy była pizza. Kubańska pizza to skromny, mały, drożdżowy placek posypany odrobiną sera. Ser jest tak tłusty, że zanim przystąpi się do jedzenia pizzy należy zlać z jej środka tłuszcz, który się tam zbiera. Całość polana jest lekko keczupem i najlepiej jeść ją jak kanapkę – złożoną na pół – plastikowe sztućce, czy nawet słomki to towar wielce deficytowy. Pozostałe pozycje w menu to różnego rodzaju lekko grillowane bułki – z plastrem sera, szynki lub kiełbasy.

Instytucja deseru jako taka nie istnieje. W nielicznych cukierniach sprzedaje się płynące od kremów torty, na widok których jedyne co przychodzi na myśl to salmonella. Gdzieniegdzie można kupić lody – ulubiony deser Kubańczyków. Ewentualnie ciastka, ale tylko za walutę turystyczną.

W ostatnich dniach pobytu na kubie odkryłyśmy dwa fajne miejsca – hiszpańską knajpkę Bodega Onda, w której serwowali bardzo smaczne i tanie tapas oraz mały browar na placu Habana Vieja, w którym rzesze turystów zamawiało piwo a do niego ogromne burgery. Po trzech tygodniach różnych doświadczeń kulinarnych ten kotlet był dla nas prawdziwym wybawieniem. Mimo, że pewnie w 60% składał się z bułki. Nie da się ukryć, na Kubę nie jedzie się dla jedzenia. Warto jednak przeżyć to wszystko choćby po to, aby docenić i zatęsknić do tego, co mamy na co dzień.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>