Hola Mexico: boskie Puerto

Podróż z Oaxaca do Puerto Escondido z Oaxaca owiana jest wieloma legendami. Kilkaset kilometrów najkrócej można przebyć małą awionetką, ale jest to podróż dość kosztowna oraz niepozbawiona wrażeń. Jeżeli jednak zdecydujemy się na podróż busem najlepiej zażyć środki przeciw wymiotne, zaleca się też podróż z pustym żołądkiem.  Bo wyobraźcie sobie, że zaledwie kilka kilometrów za Oaxacą wjeżdżacie w wysokie góry i przez kilka godzin podróżujecie krętą drogą, ściskając się z towarzyszami drogi w dość ciasnym i dusznym wanie. Po dwudziestu minutach jazdy zrozumiałam dokładnie, co opisujący tę trasę na forach podróżnicy mieli na myśli. Mimo, że kierowca jechał bardzo rozsądnie, nie dało się nie czuć się tych wszystkich zakrętów, z których jeden przechodził w następny. Jedyna próba czytania skończyła się potwornym bólem głowy i mdłościami, więc przez kilka godzin nie pozostało nic innego jak podziwianie spektakularnych widoków przez szybę przy akompaniamencie tradycyjnej i żywej muzyki, którą ulubili sobie kierowcy, a której nazwę odkryłam zupełnie przez przypadek słuchając ostatnio radia w samochodzie. Kiedy płyta leciała już trzeci raz miałam już ulubione piosenki i byłam w stanie nawet podśpiewywać pod nosem pewne motywy (zresztą posłuchajcie sami).

_MG_4523

_MG_4727

Puerto Escondido to miejscowość bardzo popularna w surferskim światku i normalnie pewnie nigdy bym tam nie pojechała z własnej woli, gdyby w Puerto Escondido nie stacjonowała Ula The Adamant Wanderer, której obiecałam że zobaczymy się w Meksyku w trakcie jej podróży. Obserwowałam sielskie życie Uli w ośrodku wypocznykowym Osa Mariposa, ale przyznam szczerze, że kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać. Kiedy więc taksówkarz dowiózł mnie w pół żywą do Osy po ośmiu godzinach bujania w prawo i w lewo lekko zaskoczył mnie pięknie oświetlony taras z barem, drewnianymi stołami i hamakami dookoła.

osa1

Po kilku intensywnych dniach ciągłego łażenia byłam nieco nakręcona, a że nasłuchałam się od innych, że Puerto Escodido jest w zasadzie dość nudne jeżeli się surfuje, postanowiłam że spędzę tam dwa dni i pozwiedzam jeszcze okolicę. Moje plany nieco się jednak pozmieniały w momencie, w którym Ula zachęciła mnie, abym położyła się hamaku. Nie wiem jakie macie doświadczenia w tym temacie, bo mi temat hamaków był dość obcy. Na balach przy barze zawieszone były hamaki utkane z cieniutkich linek, rozciągające się jak żakard, takie które dopasowują się do waszego ciała i możecie w nich zawisnąć dosłownie jak w tej słynnej scenie z filmu Matrix. Totalna bezwładność. Kiedy położyłam się na hamaku dość szybko zrozumiałam, że jeżeli miałam jechać gdziekolwiek, to teraz się to nie liczy i jedyne co chcę robić to bujać i patrzeć w niebo. A Uleńka co chwila podsuwała mi jakieś smakołyki, żeby leżało mi się jak najmilej. Jak cudownie było dla odmiany dostać się pod czyjąś opiekę. Ula, nigdy Ci tego nie zapomnę ;)

I tak przebujałam te kilka dni w Puerto Escondido. Moim ulubionym zajęciem było leżenie na hamaku i liczenie owoców na pobliskim drzewku karamboli, które wyglądały podobnie jak liście (po trzech dniach leżenia hamak miał w jednym miejscu dziurę od mojej stopy, tak się dopasowaliśmy). O jedenastej swój dyżur za barem zaczynał manager Osy – Dan i z głośników zaczynały się sączyć kompozycje Debussiego czy Erica Satie – miód na moje uszy. Czasami przybiegał do mnie mały kotek i przez pół godziny drażniłam się z nim nie przerywając bujania. Z hamaka schodziłam praktycznie tylko po to, aby coś zjeść. A jedzenie w Osie było wyborne, bo przygotowywane na zamówienie, świeże i super przyprawione. Menu w barze było stałe, ale co wieczór Ula gotowała wspólną kolację dla ekipy ośrodka oraz gości i było to naprawdę świetne, szczere i pyszne jedzenie (niepozbawione polskich akcentów – jednego dnia Ula zrobiła chłodnik na mleku kokosowym i muszę go kiedyś powtórzyć w domu), które za każdym razem zbierało oklaski.

_MG_4685

_MG_4588 _MG_4579

_MG_4942

osa3

Będąc w Osie Mariposie praktycznie nie odczuwałam potrzeby ruszania się poza bramę ośrodka. Ocean był za bardzo narowisty aby się w nim kąpać, a upał zbyt dotkliwy żeby się opalać i leżeć na plaży, więc najlepiej było chronić się w cieniu tarasu. Co i tak nie uchroniło przez gorącem, które było jednym z najdotkliwszym, jakie przeżyłam w życiu. I powiem Wam, nie ma znaczenia czy ktoś mieszka w upalnym klimacie czy nie. Upał wszystkich boli tak samo i każdy marudzi po równo. Na czas dnia wszystkie aktywności były ograniczone do minimum i każdy po prostu starał się ten gorąc przetrwać z godnością. Ja ratowałam się beeromosą, czyli piwem zmieszanym ze świeżo wyciśniętym sokiem z przesłodkich pomarańczy, który wyparowywał mi przez skórę zanim jeszcze dochodziłam do końca wielkiej szklanki. Od pół roku w Puerto Escondido nie spadł deszcz i w barze przyjmowali zakłady kiedy to się stanie. Stało się to jeszcze tego samego wieczoru i choć deszcz przyniósł krótkotrwałą ulgę, to chmury zafundowały wszystkim epicki zachód słońca.

birmosa

_MG_4872

_MG_4869

Osę Maripose opuszczałam bardzo rzadko, z niejakim ociąganiem. Raz poszłam z Ulą popatrzeć jak surfuje o świcie. Pojechałam też raz do miasta, aby zrobić z Ulą zakupy na kolację, drugi raz by spotkać się z koleżanką, którą poznałam w Oaxaca. Raz pojechałyśmy w towarzystwie dwójki super fajnych wolontariuszy – Mike’a i Laury na piękną plażę, gdzie stało się za dość honorowej kąpieli w oceanie. Nigdy nie zapomnę wspólnego oglądania filmu Big Lebowski, podczas którego popijaliśmy „białego ruska” zrobionego na bazie mezcalu. Czy dość osobliwego seansu filmu Sugar Man, bo tej samej nocy, jak się okazało potem, zmarł jego reżyser.

ula

_MG_4790

_MG_4800

_MG_4808

Piękny to był czas i naprawdę nie pamiętam kiedy ostatnio mogłam się aż tak zrelaksować. Osa Mariposa to niezwykłe miejsce, idealne do tego aby głęboko odetchnąć. Podczas kilku dni spędzonych tam przyglądałam się życiu podróżników, którzy osiedli w Puerto Escondido na dłuższą chwilę, ciesząc się prostym życiem. Ale o ile przez poprzednie działo się tyle, że nie dopuszczałam do siebie uczucia tęsknoty, to im bliżej było mojego wyjazdu, tym bardziej tęskniłam za swoim mężem i życiem. Marzyłam ostatnimi czasy o odbyciu długiej, samotnej podróży, ale teraz wiem, że to nie byłoby raczej na moje nerwy. Paradoksalnie ta hamakowa bezczynność była bardzo produktywnym czasem na przemyślenie kilku rzeczy, które nurtowały mnie ostatnimi czasy i z Puerto Escondido wyjeżdżałam z dość konkretnym planem do wcielenia w życie niezwłocznie po powrocie. Zanim jednak miało to nastąpić musiałam się dostać do Mexico City, aby stamtąd odlecieć do domu. Jakież to szczęście, że Ula doradziła mi, aby kupić niedrogi bilet lotniczy. Drugiej takiej pokrętnej podróży chyba bym już nie przeżyła ;)

7 thoughts on “Hola Mexico: boskie Puerto

  1. Raj dla duszy, arkadia dla żołądka!

  2. przepięknie się czytało!

    Pozdrawiam serdecznie

  3. Można się rozmarzyć nad tym tekstem i pięknymi zdjęciami!

  4. Ohh jej. Odpoczywaj częściej, bo cudnie się u Ciebie o tym czyta i jeszcze lepiej ogląda się zdjęcia :)
    Piękne kadry, piękne kolory

  5. „Ale o ile przez poprzednie działo się tyle, że nie dopuszczałam do siebie uczucia tęsknoty, to im bliżej było mojego wyjazdu, tym bardziej tęskniłam za swoim mężem i życiem. ”

    Piękne to. I podróż też cudowna. A samotna podróż jest dobra czasem, choć niekoniecznie bardzo długa.

  6. SophieLourence

    to Ula serfuje na ostatnim zdjęciu??

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>