#hala mirowska #iloveit

Pół nocy nie spałam głowiąc się skąd wziąć agrest do sesji zdjęciowej. Sprzedawca jednego z najlepiej zaopatrzonych sklepów z owocami mieszczącym się w hali na ulicy Polnej dzień wcześniej rozwiał moje złudzenia, że uda mi się go dostać gdziekolwiek. Rano pełna nadziei udałam się w kierunku Hali Mirowskiej, a nóż ktoś tam akurat…

Oczywiście, że mieli. Niezawodna para z krytego pasażu między Halą Mirowską a MarcPolem. Już nie raz ratowali mnie z różnych opresji, tym razem też mogłam na nich liczyć. Kupiłam te dwa pojemniczki, płacąc jak za zboże, ale agrest o tej porze roku nie możę być tani.  Swoją drogą ciekawe skąd pochodzi. Przy stoisku spotkałam koleżankę, która też że tak powiem robi w branży ;) Obok Wodza otworzył się nowy sklepik z oliwkami. Prowadzi go kompletny freak, właśnie zostałam zmuszona do degustacji dziesięciu różnych odmian oliwek. Musisz tam pójść.

Oczywiście, że poszłam. Już od progu powitał mnie rubaszny jegomość, Daro. Żartom i dowcipom nie było końca. A Panie ze stoisk obok tylko chichotały, jak nastoltaki. Ależ ich życie musiało nabrać koloru odkąd się sprowadził. Po serii utarczek słownych wyszłam od niego z dużo większym kawałkiem chałwy niż planowałam i nastrojem wywindownym do maksimum.


Obowiązkowo zajrzałam do kultowej mirowskiej postaci – Pana Darka znanego też jako Wodza. Uwielbiam te wizyty, bo pan Darek oprócz tego że zna i ma wszystkie warzywa, zioła i przyprawy świata (skrzętnie pochowane w przepastnych chłodziarkach) to do tego jest niesamowitym człowiekiem. Warto wdać się z nim w dyskusję, lub po prostu go wysłuchać. Bo do powiedzenia ma wiele mądrych rzeczy. Więc tak sobie gawędziliśmy, a w międzyczasie przewijało się morze klientów. Dwie meksykanki, kucharz z restauracji GEMO szukający przyprawy sambal oelek do pasty, którą ucierają na miejscu, ktoś po tajską bazylię czy jedną marchewkę. Pan Darek to magnetyczna postać i przyciąga ludzi bardziej niż szeroki asortyment jego stoiska. W czasie naszej pogawędki i ja nabyłam parę zupełnie niepotrzebnych rzeczy: kwiaty gałki muszkatołowej czy olej musztardowy. Czy wspomniałam o topinamburze? :)

Po półtorej godziny ruszyłam dalej – do moich ulubionych Panów sprzedających jaja. Ojciec i syn. Zawsze promienni i sympatyczni. Uwijający się między górami wytłaczanej i jajek do wyboru do koloru. Zielononóżki czy jednyneczki – najlepsze u nich.

Wracając jeszcze tylko rabarbar i truskawki. Pierwsze w tym roku szparagi i boćwina. Na hali mirowskiej tracę zdrowy rozsądek. Chcę mieć wszystko – zielone i świeże.  Wracając do domu zaopatrzyłam się w konwalię. Urocza babuleńka chciała mi wcisnąć pięć pęczków. Obiecałam, że kupię dwa jak pozwoli sobie zrobić zdjęcie :) I w sumie dobrze zrobiłam, bo kiedy zeszłam na dół w cukierni u Meryka dostrzegłam Panią, która często ratuje mnie w pudełeczka do roznoszenia słodkości znajomych, czasami też, kiedy rogal marciński był troszkę mniejszy niż powinien dostawałam od niej drugiego. Podarowałam jej bukiecik konwalii. W końcu kto powiedział, że obdarowywać kwiatami kobiety mogą tylko mężczyźni ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>