Biegiem po amarantus!

Życie nauczyło mnie, aby pewnych rzeczy nie wypowiadać na głos. Bo czasami jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki te wypowiedziane słowa rozpływają się w powietrzu i przestają istnieć. Ale robię to już prawie od trzech miesięcy i w sumie na razie nie zanosi się na to, abym miała przestać, więc mogę się Wam pochwalić. Biegam, kochani. Ja biegam :)

Na razie bez szału, 35 – 40 minut ciurem, z przystankiem na każdym zielonym świetle i empatycznymi przerwami gdy widzę, że komuś przede mną zabrakło sił. Ale do przodu. W sumie jak dla mnie, osoby która dotychczas aktywnością fizyczną raczej się brzydziła to całkiem niezły wynik. Co więcej, to chyba pierwszy raz, kiedy sport uprawiam więcej niż miesiąc. Nawet nie wiecie ile niewykorzystanych karnetów na siłkę i nienajtańszych członkostw w klubach sportowych sprzeniewierzyłam z kretesem ;) Zaczynałam od dwóch minut truchtu i dwóch minut marszu, chowając swoją czerwoną i spoconą gębę w labiryncie małych uliczek nieopodal domu, zwiększając stopniowo czasy zgodnie z zaleceniami Warsaw Runnera. Z czasem jednak zauważyłam, że męczę się z większą godnością i ruszyłam na bardziej uczęszczany  przez biegaczy szlak, wiodący dookoła słynnego Panhandle – przedłużenia parku Golden Gate, autostrady rowerowej, miejsca przeróżnych aktywności fizycznej, azylu dla znudzonych przesiadywaniem na ulicy Haight hipisów. Miejsca, gdzie w latach siedemdziesiątch młodzież odużała się do muzyki Jimiego Hendrixa.

Najbardziej lubię biegać o świcie. Wyjść z domu gdy jeszcze ciemno i sapiąc podziwiać zamglony wschód słońca. To całkiem śmieszne biec wcześnie rano słuchając sprośnych historii Lubiewa, a potem kilku piosenek by jakoś dobiec do celu. A kiedy wrócę do domu, obmyję z tego wysiłku czuję się naprawdę jak królowa życia. Jest siódma trzydzieści. A ja zrobiłam dla siebie już tyle dobrego.

Ktoś podejrzliwie zapyta: a dla czego? Może ktoś nawet pomyśli, że wali mi się małżeństwo i w końcu coś ze sobą robię. Odpowiadam wszystkim: a dlaczego nie? Od zawsze myślałam o tym, aby się tym zainteresować. Bo ja jak się czymś nie interesuję, to się nie interesuję. Ale jeżeli, to na maksa. Podziwiałam moich kolegów, którzy z urocznych miśków stawali się super Michałami. Podziwiałam koleżanki, które siedzenie przy piwie zamieniły na dwugodzinne przełaje. Podziwiałam ludzi, którzy wybiegiwali trasy w kształcie penisa. Mieszkam w mieście bez zimy, w którym ludzie raczej truchtają niż chodzą. Więc kiedy w końcu los podstępnie sprawił, że na moich nogach pojawiły się adidasy stwiedziłam: teraz albo nigdy. No to biegam. Od trzech miesięcy, trzy razy w tygodniu. Z okresem, bez okresu, rano, wieczorem, raz wolniej, raz szybciej. Czasami mi się nie chce, ale na chwilę obecną nie widzę powodu, dla którego miałabym tego nie robić. Przetrwałam tyle razy, kiedy naprawdę miałam ochotę teatralnie zemdleć, mój oddech już nie przypomina rzęrzącego charkotu, a po bieganiu wyglądam na tyle przyzwoicie, że mogę nawet wstąpić do sklepu czy modnej kawiarni po latte. Na początku chodziło o to, aby przetrwać. Teraz chcę przebiec przez słynny czerwony most. W dwie strony ;)

Nie będzie to wychowawcze, ale najlepiej biega mi się na czczo. Kiedy jednak wracam do domu, pierwsze co robię, to nastawiam „owsiankę”. „Owsiankę” bo nie wiem jak inaczej nazwać ugotowane na mleku ziarna amarantusa. To śniadanie to kolejny zastrzyk energii i zawsze po nim czuję się tak, jakby ktoś mi dorzucił do pieca. Nie bez kozery amarantus wymieniany jest jako „zboże” przyszłości. W tych maleńkich ziarenkach tkwi moc, o której przekonuję się niemal codziennie rano. Lubię jak trzeszczy mi w zębach. Lubię ten delikatny smaczek. I mam nadzieję, że miłość do niego zaszczepię także i w Was :)

_MG_9247

„Owsianka” z amarantusa – korzenna, z gruszką i miodem (porcja na 1 osobę)

1/2 szklanki ziaren amarantusa (nieekspandowanego)

1 szklanka mleka roślinnego lub zwykłego

1/2 szklanki wody

1 gruszka

1/3 łyżeczki przyprawy korzennej

miód

Amarantus zmieszaj z mlekiem i wodą w garnuszku. Umieść na gazie i doprowadź do wrzenia, zmniejsz ogień i gotuj do momentu, aż nasiona amarantusa pochłoną mleko, a mikstura stanie się gęsta (ok. 25 minut). Ściągnij amarantus z ognia. Dodaj startą gruszkę, przyprawę korzenną i tyle miodu, ile uważasz za słuszne. Wszystko dobrze zamieszaj. Zjadaj natychmiast, póki ciepłe! Smacznego!

 Ps. Świetnie smakuje też z łyżką tahiny i wody różanej ;)

_MG_6228

34 thoughts on “Biegiem po amarantus!

  1. a co z tą wodą?

  2. Ha! Amarantus mam w domu!

  3. Suuuper! Dla mnie bieganie to odkrycie minionego roku – świetnie pomaga poukładać myśli :) a przepis wypróbuję jutro, gdzieś mam jeszcze pół paczki amarantusa, który nie może doczekać się swoich pięciu minut.

  4. amarantus to moje ulubione zboże „śniadaniowe”, ma rewelacyjną fakturę. ale niestety wszystkie zapasy już wyjadłam, a nie kupuję nowych suchych produktów, aż nie wyjem tego, co mi zawala szafki, muszę powoli myśleć o przeprowadzce. piękne zdjęcia! i gratuluję ogromnie zaparcia. mnie podobnie, nigdy nie udało się trzymać przy jakimś sporcie dłużej, niż miesiąc. nudzi mnie po prostu to pocenie się dla pocenia – ale jak mówisz, kiedy się znajdzie jakiś wyższy cel, to można ;) chyba się rozejrzę za jakimś „moim” mostem. pozdrawiam!

  5. pycha! :) Właśnie zajadam. Wspaniałe śniadanie. Wprawdzie bez porannego biegania, ale i tak czuję się jak Królowa Życia! :)

  6. super, bieganie jest fantastyczne – ja wciąż leczę kontuzję, stąd od wielu miesięcy u mnie inne aktywności…
    Ale na czczo? Niedobrze… Chociaż pół banana zjedz (Zacznij od 1/3 nawet) – zobaczysz, będzie zupełnie inna jakość biegu, więcej siły, zdrowej energii.

  7. BRAWO…! Ja też zawsze cicho siedzę, a dopiero jak wypala mówię :).
    Owsianka super. Coś zapomniałam o amarantusie, na studiach miałam szał, a teraz chyba z 10 lat go nie jadłam…

  8. Ja tam to nazywam „amanką” (am am). Rewelacja, na śniadanie obiad kolację do życia bez życia…

  9. ale miło poczytać takie słowa :) ja – przeciwniczka biegania (bo przecież w pracy się tyle nabiegam, bo nogi bolą, bo bez sensu, itd.) – biegam od grudnia i też załapałam bakcyla. jest w tym coś uzależniającego, że po prostu CHCE SIĘ BIEGAĆ :) do 40 minut biegu dopiero dążę, na razie 6min biegu+2marszu, więc jeszcze troszkę. dzięki za te słowa, bo aż chce się jeszcze bardziej. oby tak dalej :) pozdrawiam ciepło! no i ziarna amarantusa muszę w takim razie kupić ;)

  10. prawdziwa poezja kulinarna :) cuuuuuuuuuuudo !

  11. Fajny pomysł, solidnie mnie zaciekawiłaś! Muszę sobie takowe ziarna sprawić, jak na razie eksperymentuję z kaszą jaglaną, ale amarantus… :) Do wypróbowania, dzięki za inspirację!

  12. Coś mi zjadło chyba komentarz…
    Powtórzę się więc: zazdroszczę biegania, bo ja leczę kontuzję, więc żeby nie zwariować, uprawiam inne sporty fitnessowo-jogowe…
    Ale słuchaj, na czczo to niedobrze. Zjedz chociaż pół banana (zacznij od 1.3, serio!), zobaczysz, że to zupełnie inna jakość będzie. Nawet cały banan (nie mówiąc o jego połowie) nie obciąży Ci w żaden sposób żołądka. Zjedz, rozgrzej się i po 10-15 minutach wyjdź na bieg. Zobaczysz, jaka będziesz zaskoczona powerem!

      • o :) daj znać, jak się czułaś. :) Inny sposób, to zjedzenie przed treningiem łyżki rodzynek – też super działa.
        No a bezpośrednio po treningu warto zjeść 2 daktyle lub resztę banana sprzed treningu. Nic a nic się od tego nie przytyje, to tzw okienko węglowodanowe, dzięki temu możesz spokojnie przygotowywać właściwy posiłek/śniadanie, bez oznak omdleń :)

        …och, ależ ci zazdroszczę, że możesz biegać!

  13. Właśnie się zastanawiałam co na śniadanie zrobić. Już wiem! Dzięki za inspirację. Uściski!

  14. wspaniale czytać taki wpis:)
    a ‚owsianka’ prezentuje się wybornie!

  15. Kibicuje Ci bardzo w tym bieganiu, Monia!
    I przypomniał mi się mój jeden zajebisty bieg 10km jak byłam u Ciebie… ależ miałam wtedy radochę…

  16. Dla takiego śniadania warto się napocić o świcie :)

  17. Wow, podziwiam i szczerze gratuluję!! A nawet czuję się zainspirowana :)

  18. Cudowny opis biegania. Poezja. Chyba sama zacznę.

  19. Super Monia, że biegasz! :) Ja też we wrześniu stwierdziłam, że muszę się w końcu za siebie zabrać, nie ma obijania, do następnego lata jakoś poprawię formę i kondycję, żeby dobrze się czuć z samą sobą :) no i tak chodzę na fitness od tych 5 miesięcy i jest ekstra! także trzymam mocno kciuki za Ciebie i siebie, żeby dalej szło jeszcze lepiej! :D

  20. A ja od miesiąca nie biegałam, mimo ze wczesniej nie wyobrażałam sobie życia bez „zrobionych” kiludziesieciu kilometrów tygodniowo. Dzieki za inspirację, pomimo deszczu za oknem idę biegać :)

  21. A może amarancianka? ;)

  22. Gratuluję biegania, chociaż ja tez biegałam po miesiącu ogłosiłam to światu i po ok pół roku dopadł mnie kryzys, przyszła zima i du.. blada, brak odpowiednich butów, ciuchów(owszem można kupić, ale czy wydanie x kasy pomoże w motywacji?) i bieganie poszło w odstawkę- czekam na wiosnę.
    Amarantus dzisiaj kupiłam :)

    • Na mnie nowe ciuchy do biegania działają bardzo motywująco :D I nie ma nic wspanialszego niż bieganie w ożywczym lekkim mroziku, polecam! O wiele bardziej wolę bieganie zimą niż latem na przykład – w gorącu czerwienieję i pocę się straszliwie – wracam do domu mokra, jakbym właśnie wyszła spod prysznica. A zimą nic – dobra bielizna termoaktywna wszystko wchłania ;) No i bieganie zimą poprawia wytrzymałość :)
      Tak btw: do biegania zimą nie potrzeba specjalnych butów – ja korzystam z moich biegowych, w którym latam przez cały rok. Trzeba kupić tylko bieliznę termoaktywną i biegać możesz też w letnich biegowych ciuchach. Ewentualnie warto by się zaopatrzyć w kurtkę, ale ja używam takiej leciutkiej, w której biegam i wiosną/jesienią i całkowicie mi ona starcza przy ubraniu się „na cebulkę” :)

      A Tobie, Moniko, serdeczne gratulacje za podjęcie tej decyzji! Mnie do biegania zachęcił narzeczony niecały rok temu, a teraz to ja jestem tą, która jego wyciąga na treningi :) W tym roku startujemy w półmaratonie, a pod koniec roku marzy mi się maraton – ale do tego jeszcze daleka droga.

      Trzymam kciuki za Twoją nieustającą motywację! :)

  23. Uśmiałam się ,nie powiem ,że nie z tych zmieniających ducha i ciało biegów.Ja biegam do szkoły z dzieckiem ,potem do pracy ,codziennie.Szkoda,że tak mało o amarantusie ,bo u mnie chyba nie sposób go kupić ,soczewica ,to tak.Pozdrawiam.

  24. zainspirowałaś mnie na maxa! przesmaczny ten amarantus! przez przypadek kupiłam i stał sobie tak i czekał :) i się doczekał! ale świetny blog! cudne zdjęcia ! a co do biegania to na razie boję się pisać że załapałam bakcyla bo pewnie jak napiszę to mi coś odwali i zakończę to wymawiając się brakiem czasu itp. także napiszę że zdarza mi się coraz częściej zrywać się o poranku żeby się poruszać :) i życzę Tobie i sobie wytrwałości ! pozdrawiam i jeszcze raz dzięki za inspirację :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>